<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533</id><updated>2011-07-28T20:37:58.286+02:00</updated><category term='koncerty'/><category term='recenzje'/><category term='antykwariat'/><category term='śmietnik'/><title type='text'>music is my radar...</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>101</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8408451826492315697</id><published>2010-05-10T19:20:00.009+02:00</published><updated>2010-05-11T00:09:42.838+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Dzień, w którym zepsuł się licznik odwiedzin bloga...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Miały być recenzje, tzn. coś co ja w sposób dość zarozumiały nazywam recenzją (fałszywa skromność, och...) i co tu od czasu do czasu umieszczam; ale jakoś nie zmogłem, pękam, atmosfera za oknem od kilku dni zbyt mocno daje się we znaki. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Coraz mniej sensu dostrzegam w pisaniu takich tekstów, bo w sumie nie widzę logicznego uzasadnienia i aktualnie nie obczajam tego w żaden sposób. Każdy kto chce coś wiedzieć na temat albumów, o których piszę, zna je na długo zanim zabiorę się do sklecenia tych kilku wniosków i dawno ma swoje zdanie w temacie. Poza tym jest już (dzięki Bogu) gdzie poznawać muzykę w polskiej sieci, mało tego - teraz co drugi łebek zna angielski na poziomie, jakiego ja nie osiągnę nigdy, a więc jest panem i władcą wiadomosci wszelakiej; czas przejrzeć na oczy - 21 wiek mamy.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Recenzowanie na zasadzie opisywania tracków przypomina starą szkołę pisania o muzyce, która dziś ssie niezmiernie i której kultywować nie chcę (nawet jesli to nieświadomie robię); silenie się na frazeologiczne fikołki i wyszukiwanie coraz to nowszych pomysłów na recenzje też nie da nic świeżego, bo zawsze wyjdzie że to juz było na Porcys, albo że mało śmieszne, albo że ma ukrywać niewiedzę. To wszystko prawda - stawianie na formę już było (chyba sam Porcys uznał, że konwencja się wyczerpała, więc temat zamknięty raczej), poza tym takie sztuczki naprawdę wymagają umiejętności zaskakiwania czytelnika i naprawdę wydają się świetnym zamiennikiem wiedzy (w sumie to nie zarzut pod adresem Porcys, ale naśladowców raczej).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mnie się wydaje, że polskie dziennikarstwo muzyczne dochodzi do takiego etapu, że liczą się ci, którzy maja autentyczną wiedzę, którzy fakty i muzyczną świadomość popierają celnymi spostrzeżeniami z dziedzin socjologii, kulturoznawstwa, psychologii i szeregu nauk pokrewnych. Coraz częściej krytyce towarzyszy refleksja na temat tego kto i jak słucha. Nie dziwota - wszak obserwowana przez nas wszystkich zmiana sposobu słuchania, to prawdziwa rewolucja; zmiana polegająca na całkowitym odejściu od nośnika jest ważniejsza niż poprzedzające ją zmiany w obszarze samych nośników (vinyl&gt;kaseta&gt;CD), bo odejście od nośnika implikuje nowy sposób słuchania i refleksję nad tym, jaka jest dziś funkcja muzyki rozrywkowej. Dziś najcenniejsi dziennikarze muzyczni (używa się w ogóle jeszcze takiego określenia?), to erudyci, to pewnie prymusi na studiach, poligloci, ludzie nie bojący się podróżować, studiować za granicą, jednym słowem - pokolenie wyzbyte kompleksów, jakie wyznaczały horyzonty ich starszych kolegów i koleżanek. Nie wiem czy tak jest na 100%, ale taki obraz kumatego pismaka mi się rysuje w głowie. Za tym idą konsekwencje  dość istotne, bo to określa sposób pisania o muzyce i selekcję tego, o czym się pisze (ja mogę nie kumać fenomenu Toro Y Moi, ale za to nie będę miał już poczucia, że u nas fascynacja zjawiskiem zaczyna się wtedy, gdy ono w cywilizowanych krajach dawno odchodzi w niebyt).&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tak więc wiedza. Przykłady? Przykład stanowi cała rzesza niezwykle osłuchanych ludzi piszących o muzyce (najczęściej w sieci), skupiona wokół muzycznych portali i stron pokrewnych, reprezentująca nową jakość w opisywaniu dźwięków. Dziś dla każdego czytelnika w miarę interesującego się muzycznym dziennikarstwem nad Wisłą, to osoby takie jak: Kuba Ambrożewski, Borys Dejnarowicz, Paweł Sajewicz, Bartek Chaciński,  Mariusz Herma czy Marta Słomka są tymi, których się czyta z wypiekami (nie wnikam w to, jakie są ich wzajemne stosunki - z perspektywy osoby trzeciej mnie to ryra, jak się konstruktywnie pokłócą to lepiej dla czytelników). Wzorcowy przykład - &lt;a href="http://musicspot.pl/martaslomka/163/Leave_my_girls_no_faster,_czyli_polemika_ws__Gagi/"&gt;tekst Marty o Lady Gaga&lt;/a&gt; (Gadze?) na platformie &lt;a href="http://musicspot.pl/"&gt;www.musicspot.pl (polecam)&lt;/a&gt;. Sam babska (tzn Gagi - nie Marty, w tej się zabujałem na podstawie samych tekstów) nie znoszę, ale czy ja sobie zdawałem sprawę, że o niej można w takich aspektach pisać? Nie. Można się z Martą zgadzać lub nie (z tym że do tego trzeba też coś wiedzieć - ostrzegam), ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym jak można (pozornie puste w środku i tworzone na zamówienie) muzyczne fenomeny analizować, w jakim ciekawym aspekcie je ujmować, jakiego rodzaju erudycją się popisywać i jak walczyć ze stereotypami (a jak te stereotypy są zakorzenione, na to wskazują komentarze i zawarta tam polemika z byłym lub obecnym - nie wiem - dziennikarzem Teraz Rocka). Myślę, że takie teksty zawstydzają całe pokolenia ludzi, którym przez lata się zdawało, że mają patent na pisanie o muzyce, z wyraźnie zarysowaną czarno-białą hierarchią typu: pop - taniocha i kicz dla mas, rock - ambitna muzyka kumatych ludzi (mam na myśli oczywiście polską krytykę muzyczną, tradycja poważnego pisania o muzyce rozrywkowej na zachodzie z naturalnych powodów na pewno jest na zupełnie innym etapie zaawansowania). U nas chyba nie było problemów z pisaniem o jazzie czy klasyce, ale rzetelna analiza szeroko pojętej muzyki rozrywkowej to (mimo obecności pierwszej edycji "Machiny") ciągle luka, jaką trzeba wypełniać. &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; Zachęcony do stworzenia bloga przez nieświadomą chęć bycia czytanym (czytaj: bycia dla kogoś "kimś", jeśli chodzi o jakikolwiek muzyczny dyskurs), szybko zorientowałem się, że moje luki w wychowaniu muzycznym, dyskwalifikują mnie w porównaniu z zasłuchanymi we wszystko, młodszymi nieraz o 10 lat, komentatorami pop-kultury (pop-kultura, muzyka rozrywkowa - to dla mnie pojęcie obejmujące zarówno pop, rock, folk w tradycyjnym rozumieniu i to co zwykło się brzydko od lat 90-tych nazywać alternatywą i generalnie wszystko co nie jest poważką i jazzem w klasycznym wydaniu, bo przecież dziś wszystko z wszystkim ten tego). Nie chcę żeby to zabrzmiało jak jakieś osobiste żale, czy (co gorsza) tłumaczenie własnych braków, ale z zazdrością patrzę na klimat w jakim wychowały sie młodsze ode mnie rzesze słuchaczy (tzn. mam nadzieję, że rzesze). Ja naprawdę miałem wybór między polskim rockowym boomem reprezentowanym przez Hey, Wilki i Róże Europy, setlistą RMFu, tylkorockowym uwielbieniem dla gitarowego onanizmu i progresywnych suit oraz modą na spoconych, sfrustrowanych kolesi we flanelach. W samej tylko Wielkiej Brytanii działy sie w połowie lat 90-tych milion razy ciekawsze rzeczy w muzyce. Kurwa, przeciez gdybym w połowie lat 90-tych (czasy technikum) potrafił zachłysnąć sie takim "Different Class" zamiast s/t - Alice in Chains, pewnie wiele lat wcześniej dotarłbym do Roxy Music,  Bowiego czy nawet Orange Juice, a nie tylko zasranych Black Sabbath. Miałbym dziś pewnie więcej dystansu do siebie i dźwięków jakich słucham, byłbym bardziej otwarty na muzykę taneczną, na glam, punk, post punk, new wave, new romantic, college rock, elektronikę, twee pop, post rock itd. itp. Tylko że w '95 r. nie miałem nawet kablówki, a MTV kumpel mi zgrywał na taśmy video (bo w blokach już mieli). I nie o to chodzi żeby się tłumaczyć, ale żeby obiektywnie skwitować, że nie mam szans, a jak nie mam szans to nie ma chyba sensu tego ciągnąć, bo to wyklucza rywalizację - nutka rywalizacji to niezbędny dreszcz. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby mieć poczucie, że się jest w stanie podjąć jakiś dialog; jak poczucia nie masz - odpuść. Blogi mało profesjonalne kojarzą mi się z pisaniem o "pięknej muzyce poruszającej do głębi", a ja tak nie chcę; z kolei jak patrzę na swoje teksty o muzyce, to widzę schematy i kalki podkradzione innym, więc jeśli ja - koleś zapatrzony w siebie jak każdy blogger - to widzę, to co widzą inni?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kiedyś myślałem, że pisanie bloga pomaże mi uporządkować muzyczny świat, pękający od nadmiaru dźwięków w tym post-post-post-post modernizmie, ale to takie trochę kolorowanie gówna - przecież ja wiem czego chcę słuchać bez pisania bloga.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Co jeszcze przemawia przeciw? Sama forma bloga ma jakieś takie mało pozytywne konotacje. W recenzji Beach House przytoczyłem opinię Victorii o blogerach, że niby czytają sami siebie i tak naprawdę nie mają zbytniego wpływu na pozostałych słuchaczy. Ambrożewski niedawno pisał wprost "Poza tym, blogi? Rzadko interesuje mnie, co piszą autorzy stronek tego typu o muzyce (...) beztreściowość, maskowana efektownymi grafikami, pretensjonalnym nazewnictwem, no i przede wszystkim tomami linków do YouTube'a, w które nikt przecież nie klika, to bolączka wielu". Napisał, po czym ... zainaugurował bloga (heh), ale jednocześnie opowiedział się za treścią i słowa raczej dotrzyma. Znamienne jest, co wyczytałem na jednym (skądinąd bardzo sympatycznym) blogu, gdzie autor w komentarzach do podsumowania dekady przyznał się, że określił "Spiri They're Gone, Spirit They've Vanished" najbardziej przystępnym albumem Animal Collective (którego to stwierdzenia nadal nie ogarniam), nie znając właściwie połowy dyskografii owych. Oczywiście nie chodzi o to co kto przesłuchał, ale o jakieś dziwne przekonanie, że wszyscy muszą stwarzać pozory ogarniania wszystkiego. W innym wpisie autor rekomenduje album Boards of Canada, jako jedną z płyt dziesięciolecia, wyznając, że poznał ją kilka dni wcześniej (więc pewnie na potrzeby podsumowania - WTF? - sami przyznajcie). Wniosek może mylny, ale zdaje mi się, że wszyscy czujemy taką silną potrzebę bycia ekspertami, że mamy wyrobione zdanie o albumach i wykonawcach, których nawet nie znamy. Nie piętnuje tu samego pisania czy też tworzenia list wszelakich, ale chyba trzeba byłoby się zastanowić nad względną niezależnością sądów. Czy to moja lista, taka jaka jest w istocie? Czy taka, jakiej oczekuje pokolenie pitchforka? Sami narzucamy sobie ten rygor, mając większy niż kiedykolwiek w historii dostęp do informacji i wytworów kultury - wszyscy czytamy Pitchforka. To dosyć żałosne - wiem po sobie. Do pewnego momentu nie byłem świadomy, że 90% opisywanych przeze mnie albumów to hajpy pitcha (nawet jeśli zdania o nich nie podzielam, to właśnie o tych płytach piszę, a mógłbym o setkach innych).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie chcę nikogo wskazywać palcem, sam nie jestem bez winy, chcę tylko zauważyć, jakie pole do popisu dają blogi, jaką mają moc kreacji wizerunku autora. Fora to co innego, na forach konfrontowałeś swoje zdanie z innymi, ktoś cię wyprowadzał z błędu, ktoś prostował i wytykał luki - blog to monolog, ładną frazą zatkasz każda dziurę i zostaniesz ekspertem. Dlatego fora umierają, a blogi kwitną. Brak zaufania do bloggerów, to najbardziej naturalny odruch, jaki mogę sobie dziś wyobrazić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tak więc siedzę tu i pieprzę, jest 23:30, jutro pobudka o 6:00, cały wieczór słucham The Morning Benders, którzy są tak kapitalni w podrabianiu Grizzly Bear, że się nie mogę nadziwić. Usiadłem z nadzieją napisania kilku słów o nich, a wyszło jak wyszło. Priorytety się zmieniają, życie płynie, poza tym muszę przejść Heavy Rain i God of War 3, no i w ogóle- zawieszam się z tą stronką. Może kiedyś się odwieszę jak poczuję potrzebę - dobranoc.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;PS. Sorki, nie mogłem sie powstrzymać:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;- nowy the National - 6/10&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;- nowy Broken Social Scene - 7/10&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt; - The Morning Benders - 7.9/10&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="640" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/7jgmgE-QDzA&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/7jgmgE-QDzA&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="640" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8408451826492315697?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8408451826492315697/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8408451826492315697' title='Komentarze (14)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8408451826492315697'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8408451826492315697'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/05/dzien-w-ktorym-zepsu-sie-licznik.html' title='Dzień, w którym zepsuł się licznik odwiedzin bloga...'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>14</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6506663624653852293</id><published>2010-05-10T18:02:00.004+02:00</published><updated>2010-05-10T18:14:43.191+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>The National dla Pitchforka</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kapitalną formę zaprezentowali panowie z The National podczas ostatniego występu dla Pitchforka. Cztery fragmenty z nowego krążka (w tym również "Terrible Love") możecie podejrzeć/odsłuchać pod adresem:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://pitchfork.com/tv/"&gt;http://pitchfork.com/tv/&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="430" height="275" id="delve_playerf41db15d64b449eaa0064d5529d83f23334260o" classid="clsid:D27CDB6E-AE6D-11cf-96B8-444553540000"&gt;&lt;param name="movie" value="http://assets.delvenetworks.com/player/loader.swf"&gt;&lt;param name="wmode" value="window"&gt;&lt;param name="allowScriptAccess" value="always"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="flashvars" value="mediaId=cd548418f43644b2bb7d63275daf59e1&amp;amp;channelId=6d7d028115b1474b8f3202e5ef184771&amp;amp;playerForm=88a26316a62d4655a806dda0da4e95ca&amp;amp;autoplayNextClip=true"&gt;&lt;embed src="http://assets.delvenetworks.com/player/loader.swf" name="delve_playerf41db15d64b449eaa0064d5529d83f23334260e" wmode="window" width="430" height="275" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" type="application/x-shockwave-flash" pluginspage="http://www.adobe.com/go/getflashplayer" flashvars="mediaId=cd548418f43644b2bb7d63275daf59e1&amp;amp;channelId=6d7d028115b1474b8f3202e5ef184771&amp;amp;playerForm=88a26316a62d4655a806dda0da4e95ca&amp;amp;autoplayNextClip=true"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6506663624653852293?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6506663624653852293/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6506663624653852293' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6506663624653852293'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6506663624653852293'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/05/national-dla-pitchforka.html' title='The National dla Pitchforka'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-5178634400028819633</id><published>2010-05-08T08:51:00.012+02:00</published><updated>2010-05-08T09:20:33.257+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Allmusic - ku przestrodze</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie traktujcie wszystkich informacji z Allmusic na poważnie. Niech (nie daj Boże) pojawią się dwa takie same nazwiska, należące do dwóch w miarę znanych muzyków, a całkiem możliwe, że portal przedstawi wam całkiem nową i rewolucyjną interpretację historii muzyki popularnej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify; "&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Na przykładzie And'ego Bella z Ride.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;1. &lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S-UPXAj3ZTI/AAAAAAAAAVo/VNKBJi7dQqQ/s1600/1.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 235px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S-UPXAj3ZTI/AAAAAAAAAVo/VNKBJi7dQqQ/s320/1.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5468794210473174322" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal; "&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal; "&gt;&lt;b&gt;2.&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S-UPRzuWbqI/AAAAAAAAAVg/4F-eK7NpuoQ/s1600/2.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 261px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S-UPRzuWbqI/AAAAAAAAAVg/4F-eK7NpuoQ/s320/2.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5468794121128144546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-5178634400028819633?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/5178634400028819633/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=5178634400028819633' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5178634400028819633'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5178634400028819633'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/05/allmusic-ku-przestrodze.html' title='Allmusic - ku przestrodze'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S-UPXAj3ZTI/AAAAAAAAAVo/VNKBJi7dQqQ/s72-c/1.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8820759702854942152</id><published>2010-04-24T16:21:00.007+02:00</published><updated>2010-04-25T01:10:09.196+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>The Tallest Man On Earth</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S9MJCpDydsI/AAAAAAAAAU4/zcc9FO-4M0w/s1600/tallest.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 179px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S9MJCpDydsI/AAAAAAAAAU4/zcc9FO-4M0w/s320/tallest.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5463720713916675778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;The Tallest Man On Earth - "The Wild Hunt"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;i&gt;4.8/10&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Czy słuchanie w 2010 r. gościa ze Szwecji, który jest bardziej Dylanem niż Hold Steady Springsteenem, może być w jakimkolwiek aspekcie interesujące?&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie łatwo pokonać Dantego w czwartej części "Devil May Cry" - w powszechnym odczuciu uchodzi za najtrudniejszego bossa tej odsłony kultowej serii. Można oczywiście całymi dniami napieprzać w przyciski z nadzieją wynalezienia sposobu na rozpracowanie zaszytego w gierce kodu kierującego ruchami starego rutyniarza, trudno wszakże wymagać, by biedny casualowy gracz, cieszący się chwilą czasu na virtualne hobby (gdzieś między pieluchami synka, a pracą domową córki), spędzał godziny na mozolnym rozpracowywaniu każdego ruchu przeciwnika. Bez obaw, po to tu jestem by wam tego oszczędzić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przepis na pokonanie Dantego wymaga wszakże nieco ćwiczeń, ale zaledwie minimum w porównaniu ze sposobem tradycyjnym. Gracz musi opanować walkę z Dantem do tego stopnia, by tuż przed niechybnym zgonem Nero, przeciwnik pozostał z połową przydzielonych mu sił, zwanych tutaj Vitality. Jeśli opanujemy akcję do tego stopnia, że Vitality Dantego = 6, a Vitality   Nero = 1, wskakujemy na pauzę i wybieramy (zakupione tuż przed pojedynkiem) ustrojstwo zwane "Holy Water". "Holy Water" odbiera demonom moc, acz w przypadku Bossów nie całą, lecz znaczną. Po użyciu takowej, Vitality Dantego zmniejsza się dramatycznie do 2 modułów, z kolei Nero nadal zostaje ze swym jedynym, osamotnionym modułem. Oczywiście sytuacja jest nadal dramatyczna, to i tak (pożal się Boże) - 1:2 dla Dantego, co przy porównaniu naszych umiejętności jest dla Nero wynikiem miażdżącym. Tak więc niezbędne jest podjecie kolejnych brzemiennych w skutkach decyzji w drodze ku zwycięstwu. Po użyciu "Holy Water", czym prędzej kolejna pauza, by wybrać zieloną Vital Star (najlepiej L  - dla pewności), kupioną w poprzedniej misji za drobne 10 000 Red Orbs. Gwiazdka uzdrowi naszą moc, dając nam w tej chwili druzgoczącą przewagę w kwestii Vitality, co pozwoli na pokazanie cwaniakowi gdzie jego miejsce w szeregu. Proste? No przecież.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A że muzyka i efekty dźwiękowe w DMC okropne, w tle może lecieć cokolwiek, byleby niezobowiązującego. Choćby coś na maxa wtórnego i kompletnie nie wnoszącego nic do mapy współczesnego songwitingu. na przykład nowy album szwedzkiego Dylana.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/pbluNsfA8RM&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/pbluNsfA8RM&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8820759702854942152?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8820759702854942152/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8820759702854942152' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8820759702854942152'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8820759702854942152'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/04/tallest-man-on-earth.html' title='The Tallest Man On Earth'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S9MJCpDydsI/AAAAAAAAAU4/zcc9FO-4M0w/s72-c/tallest.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8511787956802734443</id><published>2010-04-17T09:22:00.006+02:00</published><updated>2010-04-17T10:43:27.444+02:00</updated><title type='text'>Bonnie "Prince" Billy &amp; Cairo Gang</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S8lwuEFFonI/AAAAAAAAAUw/1N0P75QcpIw/s1600/bonie.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 177px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S8lwuEFFonI/AAAAAAAAAUw/1N0P75QcpIw/s320/bonie.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5461019959834813042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Bonnie "Prince" Billy &amp;amp; the Cairo Gang - "The Wonder Show of the World"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;i&gt;5.9/10&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Jeśli dobrze liczę, to już czwarty album sygnowany pseudonimem Oldhama wraz z innymi muzykami. I chyba starczy.&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z tą współpracą to też umownie, bo większość albumów w karierze Bonniego wynikało z kolaboracji z najróżniejszymi postaciami (no raczej), ale umieszczenie nazwy na okładce sugeruje, że towarzysz w dany materiał angażował się przynajmniej w takim stopniu jak Książe. Ok, krótki przegląd: kapitalna płytka ze Sweeneyem, fatalna z Tortoise, takie sobie demówki z Dawn McCarthy, no i teraz Cairo Gang - bilans jest dla misia zdecydowanie niekorzystny.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z gitarzystą gangu (Emmett Kelly) już sobie zresztą nasz bohater wcześniej pogrywał, i to na albumach, które krytycy przyjmowali dość entuzjastycznie ("The Letting go" przede wszystkim, ale też "Lie Down In The Light" - drugi lepszy jak dla mnie).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wpływ gości dość wyraźny, bo oto rezygnujemy z jakichś pedal steel i charakterystycznych  dla new country (czy w ogóle folku) motywów, na rzecz gitarowej maestrii - subtelnego fingerpickingowego tła i - zapodawanej od czasu do czasu - bardziej wyrafinowanej gitarowej zagrywki, która zawsze ("Teach me to bear you" na przykład) jest jedynie składnikiem, a nie główną częścią kompozycji (i super - umiar w cenie). Dodatkowo towarzysze wspierają głównego bohatera wokalnie, ładnie zagospodarowując drugi plan ("With Cornstalks or Among Them").&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I brzmi to - trzeba przyznać - ślicznie, może nawet najładniej w karierze brodacza, tylko że cholernie mainstreamowo i w efekcie nudno. To takie klimaty, w jakich gustowali podstarzali artyści podczas największej popularności serii MTV Unplugged (które to koncerty, jak wiadomo, nie były aż takie znowu unplugged). A swoją drogą miś też nie jest tym razem specjalnie hojny w kwestii melodii i czasem przesadza z długością nagrań. Wniosek jest taki, że zbyt  niewyraźne to wszystko i mimo kilku poruszających momentów (jak zawsze), dotrwanie do ostatniego kawałka jest wyczynem godnym uznania (szczególnie że pierwsza część płytki lepsza). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dla fanów pewnie mus, dla reszty - niekoniecznie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/eBPTelWogwY&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/eBPTelWogwY&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8511787956802734443?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8511787956802734443/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8511787956802734443' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8511787956802734443'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8511787956802734443'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/04/bonnie-prince-billy-cairo-gang.html' title='Bonnie &quot;Prince&quot; Billy &amp; Cairo Gang'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S8lwuEFFonI/AAAAAAAAAUw/1N0P75QcpIw/s72-c/bonie.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6027615256351931785</id><published>2010-04-05T08:46:00.008+02:00</published><updated>2010-04-05T15:26:29.108+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Joanna Newsom</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S7mhe9pdbFI/AAAAAAAAAUo/fhHOhg61lD4/s1600/n.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 195px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S7mhe9pdbFI/AAAAAAAAAUo/fhHOhg61lD4/s320/n.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5456569976852671570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Joanna Newsom - "Have One On Me"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;6.3/10&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Krótko o najdłuższym tegorocznym albumie.&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trzy płyty, dosłownie trzy długaśne płyty musiała wypełnić muzyką boska Joanna, by udowodnić sobie i wszystkim w około, że na piekielnie dobrym "Ys" ostatniego słowa nie powiedziała. Niepewność nowego materiału (na zasadzie: daję wam wszystko i nie ma bata, żeby każdy nie znalazł tu czegoś dla siebie) czy wręcz przeciwnie - rozdmuchane do granic możliwości ego i wiara we własną nieomylność? &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Strach podchodzić do takiego materiału, zakładając nawet, że obcujemy z kimś tak oryginalnym, mającym swój jedyny i niepowtarzalny styl, bazujący na długich, epickich i nieliniowych historiach oraz dziecinnym głosie, który był jakąś wypadkową Bjork, lasek z Cocorosie i czegoś absolutnie swojego. No i kontekst muzyczny - ona i jej harfa. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trzy długie płyty wypełnione muzyką - format zarezerwowany dla wydawnictw stricte fanowskich, jakichś zbiorów odrzutów i b-sidów, a tu proszę - całkowicie nowy materiał. Na coś takiego pozwolił sobie w 1999r. Stephin Merritt z Magnetic Fields, ale nawet on wydał swoje "69 Love Songs" jako oddzielne krążki (dostępne opcjonalnie jako 3-płytowa kompilacja). Tylko czy presję ciążąca na obu wydawnictwach można w ogóle porównywać? "Have One On Me" z założenia miało być czymś wyjątkowym, bo po "Ys" to właśnie Joanna była pierwszą damą niezależnych salonów. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Miała podobno poważne problemy z głosem - to słychać. Nie, nie chodzi o uchybienia warsztatowe (zresztą teraz już nie nagrywa się albumów ze złymi wokalami, a poza tym kim ja jestem by oceniać czyjeś warunki głosowe?), a o zachowawczość. Swego czasu nagrałem mojej obecnej żonie "Ys", potem opowiadała, że po wyjściu ze swojego pokoju w akademiku spotykało ją pytające spojrzenia współlokatorów: "co za przeraźliwe skrzeczenie dochodzi zza tych ścian"? Uspokajam wszystkich obecnych studentów - teraz można zapuszczać Joannę nawet dwa razy głośniej, nikogo uszy nie zabolą. Znormalniała, złagodniała, uspokoiła się , z rzadka przypominając za co ją tak polubiliśmy. Zbliżyła się do twórczości Joni Mitchell na tyle, że czasami nerwowo sprawdzisz czy nie pomyliłeś płyt włożonych do odtwarzacza. W tej kwestii polecam szczególnie "In California" - coś między "Blue", a "Court and Spark". Wspaniałe to były płyty, ale czy kolejna Joni jest nam potrzebna (szczególnie, że inspirujących się jej dorobkiem było po drodze całkiem sporo)?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kolejna sprawa - aranże. Po tym albumie przestaniemy pewnie identyfikować artystkę z harfą. Również w tej kwestii postarała się o dopasowanie do maglowanego setki razy kanonu, czytaj: zapomnimy o tej płycie szybciej niż się niektórym zachodnim recenzentom wydaje. Tu wszystko jest ładne i na swoim miejscu - zdaje się, że to jest  największa wada "Have One On Me".  Orkiestracje, pianinko, dęciaki, drobne dodatki, to wszystko zaledwie wypełniacze. Brak miejsca na jakieś odważniejsze kroki, a ilość materiału nie rekompensuje długich przestojów. Wiem, że się czepiam, ale nie oszukujmy się - to taka artystka od której wszyscy wymagają więcej.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I w sumie nie ma co się spinać, przyjmijmy to artystyczne założenie - tak miało być, tak siebie w 2010r. wymyśliła i to jest ok., ale fakt, że dobrego materiau starczyło jedynie na pierwszy krążek, to już niestety przypadłość dość krępująca. Połączenie piosenkowych form "The Milk-Eyed Mender" z długością kompozycji zarezerwowaną dla pokręconych fragmentów "Ys", daje dość smutną konstatację, że słuchając ziewamy średnio co 3 minuty, z niepokojem sprawdzając ilość tracków pozostających do końca albumu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Szkoda, wielka szkoda, że ten materiał nie jest przynajmniej o połowę krótszy, bo w obecnej formie konfrontowanie go z wcześniejszymi wydawnictwami Joanny nie ma nawet specjalnego sensu. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;object width="640" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/-n-s7pWlL08&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/-n-s7pWlL08&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="640" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6027615256351931785?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6027615256351931785/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6027615256351931785' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6027615256351931785'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6027615256351931785'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/04/joanna-newsom.html' title='Joanna Newsom'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S7mhe9pdbFI/AAAAAAAAAUo/fhHOhg61lD4/s72-c/n.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3483607791767544128</id><published>2010-03-28T13:05:00.007+02:00</published><updated>2010-03-28T14:13:17.784+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Broken Social Scene na majówkę</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie jest żadną tajemnicą, że najbardziej wyczekiwanym przeze mnie albumem 2010 jest "Forgivness Rock Reckord" - Broken Social Scene. Swego czasu przeorał mi psychę ich "You Forgot in People" (2002), klasę potwierdził s/t wydany dwa lata później, a kropkę nad "i" postawiły smaczne solówki Kewina Drew, Brendana Canninga, Charlesa Spearina i Feist (zresztą solówek i drużyn pobocznych, w jakie zamieszani są członkowie kolektywu, jest znacznie więcej, wymieniam te najbardziej udane). Czasem pisze się o nich w kategoriach "supergrupy" (że niby zbieranina kilkunastu muzyków z różnych projektów), z tym że  tego typu przedsięwzięcia najczęściej nie spełniają rozdmuchanych oczekiwań publiczności w stosunku to połączonych sił uznanych gwiazd; tu jest odwrotnie, bo też o żadnych gwiazdach mowy nie było. Oni właściwie dopiero jako Broken Social Scene zaistnieli w świadomości słuchaczy, znacznie przyczyniając się w poprzedniej dekadzie do nakręcenia podjarki na muzyczną scenę Kanady.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Forgivness Rock Reckord" wyprodukował sam John McEntire (Tortoise, Sea and Cake), a zaplanowana data premiery to 04.05.2010. &lt;a href="http://www.brokensocialscene.ca/"&gt;Na stronie zespołu można już posłuchac trzech nowych fragmentów&lt;/a&gt;. Poniżej ich wersje koncertowe. Trzeba przyznać, że zapowiada się porządne ciacho z kremem:&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;object width="640" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/GzhfeO1Gu88&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/GzhfeO1Gu88&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="640" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="640" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/zTgIm5xJTEw&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/zTgIm5xJTEw&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="640" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;No i na koniec (głównie dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji słyszeć), przypomnienie tego, jak to wyglądało kilka lat temu:&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Uev2J_cBHjQ&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Uev2J_cBHjQ&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/L7R0tSDcwbI&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/L7R0tSDcwbI&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe czy uda ich się w końcu kiedyś zaprosić nad Wisłę.&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3483607791767544128?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3483607791767544128/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3483607791767544128' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3483607791767544128'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3483607791767544128'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/03/broken-social-scene-na-majowke.html' title='Broken Social Scene na majówkę'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-7428581921438853262</id><published>2010-03-07T12:12:00.006+01:00</published><updated>2010-03-07T12:30:04.394+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Mark Linkous R.I.P.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dzisiejszy poranek przywitał nas bardzo smutną wiadomością. Samobójstwo popełnił Mark Linkous, twórca projektu Sparklehorse, współpracujący z takimi artystami jak Fennesz, P J Harvey czy Danger Mouse (projekt "Dark night of the soul", o którym pisałem &lt;a href="http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/danger-mouse-sparklehorse.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt;). Cztery albumy Sparklehorse, ze swoją zawstydzającą intymnością mają stałe miejsce na mojej półce z płytami. Traktuję to bardzo osobiście, bo te nagrania towarzyszyły mi w ważnych momentach życia. W tym roku mieliśmy gościć Linkousa na Off Festivalu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/8o2VAKPCtFU&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/8o2VAKPCtFU&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/UjsUZRs770U&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/UjsUZRs770U&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-7428581921438853262?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/7428581921438853262/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=7428581921438853262' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7428581921438853262'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7428581921438853262'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/03/mark-linkous-rip.html' title='Mark Linkous R.I.P.'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-7712895146555202971</id><published>2010-03-07T09:46:00.006+01:00</published><updated>2010-03-07T11:50:37.432+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Pavement Vs. Flaming Lips</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No stało się, całkiem niespodziewanie dwa (coraz bardziej oddalające się od siebie, jeśli o grupę docelową chodzi) festivale, zaserwowały  fanom niezalu w Polsce dwa ciosy między oczy. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na Openerze Pavement, reaktywowana legenda indie lat 90 (prawdziwego indie, nie mającego nic wspólnego z grzywkami chłopców lansowanych przez media w ostatnim dziesięcioleciu). Legenda, obiekt kultu; to w ogromnej mierze im zawdzięczamy coś, co w ostatniej dekadzie można było nazwać pitchforkową mentalnością, to oni stali się niedoścignionym wzorcem kapeli niezależnej artystycznie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Z5j4W2Y7RPQ&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Z5j4W2Y7RPQ&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A na Offie kolejna ikona, choć może mniej uświęcona, bo działająca od lat nieprzerwanie - Flaming Lips. O zespole pisało się ostatnio dużo (ze względu na zeszłoroczny"Embryonic"). Wayne Coyne to postać nietuzinkowa, a albumy jego kapeli wydawane od 1999 r. (wtedy wychodzi ich ósme w kolejności dzieło - "Soft Bulletin"), to mariaż niebanalnych, bogatych aranży, eksperymentu, słodyczy przechodzącej w ironię i charakterystycznej kosmicznej otoczki. Od czasu "Soft Bulletin" aż do dzisiaj, prezentują niebywałą wręcz formę, tworząc na naszych oczach (uszach?) kolejne klasyki.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Hq-W-4Izjwc&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Hq-W-4Izjwc&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-7712895146555202971?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/7712895146555202971/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=7712895146555202971' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7712895146555202971'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7712895146555202971'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/03/pavement-vs-flaming-lips.html' title='Pavement Vs. Flaming Lips'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1009041814398276804</id><published>2010-02-25T20:38:00.010+01:00</published><updated>2010-02-26T06:15:58.546+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Tindersticks</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S4bmmDBS_gI/AAAAAAAAAUg/ELS37o2kIxY/s1600-h/a.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 183px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S4bmmDBS_gI/AAAAAAAAAUg/ELS37o2kIxY/s320/a.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5442290741043985922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Tindersticks - "Falling Down a Mountain"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;7.4/10&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;To podobno nowe rozdanie, odświeżenie formuły czy coś takiego - przesada, ale nawet brak świeżości walorów artystycznych nie przekreśla. Tindersticks w formie.&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pisanie o albumach Tindersticks jest pewnie zbiorem powtarzalnych formuł, tak jak powtarzalna jest ta muzyka. Poruszanie się po dobrze znanym terytorium bazującym na nieco wzniosłych, nieco dramatycznych pozach drobnego pijaczka rodem z zadymionej knajpy; muzyka małych życiowych tragedii niespełnionych 40-latków, topiących smutki w butelce Whiskey. Niedoszłe miłości, życiowe porażki i takie tam historie. Patrząc całościowo na dyskografię widać jednak wyraźny przeskok od rozbudowanych, intrygująco rozlazłych form, do bardziej konwencjonalnej piosenki, zakorzenionej po trochu w twórczości Cave'a, Morphine, Cohena, Joy Division czy Pulp. Z tym bandem jest trochę tak, że wystarczy jeden z dwóch pierwszych albumów + "Simple Pleasure" z dojrzalszego okresu i wiesz wszystko. Gdybym był zimnym, pozbawionym odrobiny człowieczeństwa automatem, to może bym to tak "obiektywnie" skwitował, ale jestem tylko wieśniaczkiem z Bierunia, nie wymagajcie, ulegam czarowi wokalu Staplesa i autentycznie się wzruszam; nabieram się na te same chwyty wraz z każdym nowym albumem, nawet jeśli zdarzało im się nagrywać krążki bazujące bardziej na tzw. klimacie niż nieprzeciętnych kompozycjach. Ulegam im, mam słabość, sorki.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Utwór tytułowy obiecuje zmiany. Tkwiący gdzieś w fusion jazzie Milesa Davisa, z nerwową trąbką i czającym się do wybuchu (który nie nastąpi) rytmem. Wrażenie nerwowości i rozbicia potęgują nakładające się ścieżki wokalne Staplesa. To jednak tylko początek, bo "Keep your beautiful" sprowadza na ziemię typowym dla nich intymnym charakterem korespondującym z całkiem bogatą aranżacją i uroczą melodią - czyli bez zmian, a jednocześnie Francja-elegancja (cóż, we Francji to nagrywano i w ogóle - żabojady ich kochają). "Harmony around my table", choć w ogólnym wydźwięku odmienny, nawiązuje do żwawszych (jeśli to w ogóle trafne określenie) kawałków z handclapami i chórkami w stylu &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rtVSGo3ws4s"&gt;"Can we start again"&lt;/a&gt;. Pamiętamy tamten utwór? Z niby prostym - ukazującym pozornie zwykłe kobiety - teledyskiem, a jednak, dzięki teatralnym grymasom wzdychającego do nich frontmana Tindersticks, tak sugestywnym i działającym na męską wyobraźnię, że automatycznie go to ustawia w mojej piątce clipów wszech czasów, serio. Dalej "Peanuts", czyli poruszający duet z Mary O'Hara jako (nasuwający się automatycznie) odpowiednik "Travelling light" z legendarnej już dwójki (1995 r.). No i mógłbym tak po kolei, tylko chyba nie ma sensu i czasu szkoda.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Stosunkowo krótki materiał, ale całkiem treściwy, bo pomimo braku oznak wyraźnego artystycznego rozwoju, zaskakuje poziomem na jaki jest w stanie wzbić się ten siwiejący już przecież, rozmarzony nieco pan o spojrzeniu "kota ze Shreka". Więc w zasadzie brawa za udany album i Oskar z całokształt. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;PS. A z innej beczki: spadła jak grom z jasnego nieba informacja, że Pavement na Openerze. Nie będę tu udawał, że z nimi dorastałem czy coś, ale ludzie, doniosłość tego wydarzenia....&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/w9G6idC9Fjg&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/w9G6idC9Fjg&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1009041814398276804?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1009041814398276804/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1009041814398276804' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1009041814398276804'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1009041814398276804'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/02/tindersticks.html' title='Tindersticks'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S4bmmDBS_gI/AAAAAAAAAUg/ELS37o2kIxY/s72-c/a.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2804514492106975064</id><published>2010-02-14T08:04:00.006+01:00</published><updated>2010-02-14T11:27:42.940+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Beach House</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S3evusQeYkI/AAAAAAAAAUY/b-OTTrnEPf8/s1600-h/bh.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 189px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S3evusQeYkI/AAAAAAAAAUY/b-OTTrnEPf8/s320/bh.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5438008291762266690" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Beach House - "Teen Dream"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;8.2/10&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;"Z pamiętnika nastolatki"&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Cały proces hajpowania polega na tym, że o danym albumie mówi się długo przed premierą, tworzy się atmosferę wyczekiwania i nerwowego podniecenia, sam zespół odpowiednio wcześnie udostępnia w sieci powalające single (w tym przypadku "Used to be" i "Norway"), pojawiają się szczegóły tyczące warunków nagrywania albumu (tutaj - modny ostatnio - kościół, ale nie obawiajcie się o "przesłanie" tych nagrań, kazań nie będzie; muzycy przyznają, że bez Boga radzą sobie świetnie, chodziło raczej o klimat odosobnienia i brzmienie). Potem jakiś pismak ogłasza triumf, przyznając 9/10 na łamach poczytnego serwisu muzycznego, no i reszta przychodzi sama (widać to nawet u nas - nagle w sieciowej rzeczywistości BH stali się jedną z najbardziej pożądanych kapel, jeśli chodzi o życzenia związane ze składem tegorocznego Off festivalu, a przecież praktycznie nad Wisłą nie istnieli). Dodatkowo są typowym dla naszych czasów przykładem zespołu zdobywającego popularność w "drugim obiegu". Ulubieńcy bloggerów, do których mają stosunek pozytywny, ale nie do końca doceniają ich wpływ na kształtowanie muzycznego rynku. "Czy ludzie naprawdę czytaja blogi? Czy może bloggerzy czytają siebie nawzajem po kilka razy dziennie?" - pyta przewrotnie Victoria, wywołując rumieńce na twarzy autora tego tekstu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mieli dobrą prasę już od czasu debiutu, ale na żaden wcześniejszy album aż tak bardzo nie czekano. Zmienili się, zadbali o brzmienie - dziś są przyswajalni dla większości słuchaczy, których wczesniej nudzili. Różnicują brzmienie i serwują melodie, których tak brakowało na "Devotion". Nabrali kolorów i nie są już tak przeraźliwie smutni (chociaż to pewnie bardzo subiektywne). Pojawiły się porównania do zeszłorocznego "Veckatimest". Słuszne, jesli weźmiemy pod uwagę melodie (każda jakby stworzona dla  Grizzly Bear) i niektóre klawiszowe motywy, ale na wyrost jeśli prześwietlimy aranże (wiadomo - BH nie próbują odtwarzać tamtej głębi, mają swoją bajkę, bardziej jednowymiarową i zamgloną, choć i tu czynią postępy - np. przez nakładanie wokali). Do tego nadal ogranicza ich formuła dwuosobowego zespołu, co skazuje słuchacza zaledwie na automat perkusyjny, klawisze i gitarę, ale przecież ślicznie zagospodarowują drugi plan, rozpuszczając rzeczywistość w mieszance rozlanych dźwięków. &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niełatwa sprawa - oddać intensywność uczuć nastolataka, ale zgolę wąsa jeśli to nie jest album na trójkę w podsumowaniu roku; chociaż jest dopiero luty, a ja przesłuchałem może z trzy nowe płyty.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/PHbtR8uO81M&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/PHbtR8uO81M&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/KXP3y1eH-M0&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/KXP3y1eH-M0&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2804514492106975064?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2804514492106975064/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2804514492106975064' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2804514492106975064'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2804514492106975064'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/02/beach-house.html' title='Beach House'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S3evusQeYkI/AAAAAAAAAUY/b-OTTrnEPf8/s72-c/bh.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3304662343089085941</id><published>2010-02-06T10:56:00.011+01:00</published><updated>2010-02-07T08:35:56.954+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Z cyklu "wyrwane z kontekstu"</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Ed Droste - gitarzysta i wokalista Grizzly Bear - jest właściwie moim rówieśnikiem (rocznik 78, ja - 79). W jednym z zeszłorocznych wywiadów, przy okazji promocji "Veckatimest", mówi jak na jego (naszych) oczach zmieniła się percepcja muzyki, kultura słuchania płyt i towarzysząca jej "otoczka". Sieć zmienia wszystko, żyjemy w "download culture", a sentymenty w kierunku nośnika, to raczej destrukcja niż postęp - wiem o tym, a jednak trudno się nie rozczulać, gdy zmiany zachodzą tu i teraz. W końcu to dla nas jakieś tam wspólne pokoleniowe doświadczenie.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;p style="margin-top:0cm;margin-right:0cm;margin-bottom:7.5pt;margin-left:0cm; text-align:justify;line-height:12.0pt;vertical-align:baseline"&gt;&lt;b&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;"Pitchfork:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;span class="apple-converted-space"&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;The record leaked online before its release. Was that a disappointment?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="margin-top:0cm;margin-right:0cm;margin-bottom:7.5pt;margin-left:0cm; text-align:justify;line-height:12.0pt;vertical-align:baseline;border-style: initial;border-font-style:inheritcolor:initial;"&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;ED: Well, it happened, literally, maybe five days after we mastered it. That was a really huge shock because it came from a really sort of shady-- no one ever confessed to it, but something sketchy happened. It was a really huge bummer that it happened so soon. We knew it was gonna leak and we were prepared for that, but really, the biggest bummer for us was that we spent a lot of time and put a lot of effort into making sure that it's a really rich recording-- recording it to tape and doing all these nice sonic details-- and then it leaked and I remember listening to it and it sounded like an underwater YouTube stream or something. It was really, really bad. And so it's just a bummer to think of everyone's first impressions of this album being this horribly compressed, terrible-quality version of the album.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="margin-top:0cm;margin-right:0cm;margin-bottom:7.5pt;margin-left:0cm; text-align:justify;line-height:12.0pt;vertical-align:baseline;border-style: initial;border-font-style:inheritcolor:initial;"&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;But that said, the excitement behind it and everyone's reaction was really encouraging and exciting for us to see. I think people find their own way of showing support, whether it be through an album sale or coming to a concert or even just telling some friends about it. Obviously, the leak didn't hurt us because we debuted in the Top 10. You've gotta be sort of Zen about it&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;. I would never be angry at someone for downloading the album. Sometimes people just wanna listen to it first to see if they like it and that's totally fair. I'm as guilty of that as anyone else. The only thing I find a little strange about the download culture now is that people have so much music at their fingertips that it's really easy to dismiss an album quickly. I'm speaking from my own experience, where I've caught myself downloading a bunch of albums and then I sort of listen to one and I'm like, "Eh." And I wasn't really giving it my all or listening to it in the right order. I caught myself one day where I was like, "What am I doing? This is so not how this artist intended it to be."&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="margin-top:0cm;margin-right:0cm;margin-bottom:7.5pt;margin-left:0cm; text-align:justify;line-height:12.0pt;vertical-align:baseline;border-style: initial;border-font-style:inheritcolor:initial;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Pitchfork:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;span class="apple-converted-space"&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;It's definitely not the way I listened to music when I was a teenager-- I memorized every album I bought, whether I liked it or not.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="margin-top:0cm;margin-right:0cm;margin-bottom:7.5pt;margin-left:0cm; text-align:justify;line-height:12.0pt;vertical-align:baseline;border-style: initial;border-font-style:inheritcolor:initial;"&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;ED: Remember that feeling of buying an album? And you didn't have a lot of money so you bought one album and you had that album for like, two months or something until you bought another album? This really cool thing that would happen where you would be forced to only have that album because you couldn't just download a million more, and you may not have liked every song on it, but then as you started listening to it more and more you'd be like, "Oh wait, I&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-converted-space"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;do&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-converted-space"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;like track nine." &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;You lived with an album, and that doesn't happen as much anymore. I'm sure some people do have that experience still, but it's a little bit harder to get to that place because you can easily just switch gears and go off to something else if it's not tickling your fancy at that moment.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="margin-top:0cm;margin-right:0cm;margin-bottom:7.5pt;margin-left:0cm; text-align:justify;line-height:12.0pt;vertical-align:baseline;border-style: initial;border-font-style:inheritcolor:initial;"&gt;&lt;span lang="EN-US"  style="color:#4B4B4C;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;I haven't had that kind of experience with an album for awhile, either. And I sort of miss it-- that feeling of not necessarily settling for an album but just of having an album and having your initial favorites, then listening to it and listening to it and discovering new things and being like, "Whoa, I really like this part now." Just the feeling of "This is what I have for the next six weeks or so until I can buy another album."&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/xuYZbYtAl9A&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/xuYZbYtAl9A&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3304662343089085941?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3304662343089085941/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3304662343089085941' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3304662343089085941'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3304662343089085941'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/02/scyklu-wyrwane-z-kontekstu.html' title='Z cyklu &quot;wyrwane z kontekstu&quot;'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-9168060106016645958</id><published>2010-01-30T08:45:00.012+01:00</published><updated>2010-01-30T10:06:58.753+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Field Music</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S2PkJp2oJaI/AAAAAAAAAUQ/87h2OiSshfg/s1600-h/fm.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S2PkJp2oJaI/AAAAAAAAAUQ/87h2OiSshfg/s320/fm.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5432436430043882914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;Field Music - "(Measure)"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;8.0/10&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span"   style="  font-weight: bold; font-family:Georgia;font-size:small;"&gt;"We wanted to redefine the double album as something very varied. We thought about how to break through the restrictions of an album, and we decided the best way to do it was to make a massive record. The others have had a coherence, the preoccupations you get from writing songs very close together, but making this one, we just felt a bit more free, and I think you can tell that."*&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:black;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;"Measure", taa... Rasowe recenzje tego krążka zawierają szereg odniesień do znaczenia i roli albumów dwupłytowych dla muzyki popularnej. Od eksperymentalnego oblicza Białego Albumu, przez dokonania Floydów czy Fleetwood Mac. Z racji dźwięków, w jakich specjalizują się bracia Brewis, na myśl przychodzi też "English Settlement" XTC, no ale skojarzenia z songwritingiem Partridge'a i Mouldinga są w moim przypadku tymi najbardziej rzucającymi się w uszy przy słuchaniu każdego z trzech dotychczasowych dokonań Field Music (o projektach pobocznych nie mówiąc), więc chluby mi to raczej nie przynosi. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:black;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:black;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Ok, chciałbym widzieć Petera i Davida jako następców swych wielkich protoplastów. Gdzieś między Lennonem/McCartneyem, braćmi Davis, Diffordem/Tillbrokiem czy wspomnianym już duetem kompozytorskim XTC. Umieściłbym ich w konkretnej przegródce i bym się ze spokojem ducha rozkoszował łechcącym ego zadowoleniem z własnego osłuchania. Nic z tych rzeczy.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:black;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:black;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Problem z Field Music - oni się kompletnie nie łapią na akapit w podręczniku "British music for beginners". Już sam sposób bycia i przerażająca zwyczajność, skazuje ich na muzyczny margines. Brakuje im mentalności gwiazd podlizujących się wiernym fanom. Zresztą sami to świetnie czują, choćby przez porównanie z innymi przedstawicielami muzycznej sceny Zjednoczonego Królestwa: "&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:#222222;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;They've got a lot of expectations to deal with, a lot of admiration. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span lang="EN-US"   style="font-family:Georgia;color:#222222;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;They're close friends, there's no envy there. We've been to see both bands and it's fascinating to see the interaction they have with their audience. It's very different to anything we've ever had. We have very personal lyrics - a lot of them of them are about misunderstandings and... I don't know, very personal things, and I think itwould feel wrong having my lyrics shouted back at me."*&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span lang="EN-US"   style="font-family:Georgia;color:black;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:#222222;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Ale inność Field Music, to głównie sfera muzyki, ta ich "nieprzyswajalność", bo nie są w stanie tworzyć piosenek, które porywają masy, chociaż każdy utwór składa się z elementów wymienianych w definicjach wzorca dobrej brytyjskiej piosenki pop (wiecie o jakim popie myślę?). Czerpią garściami od najlepszych, choćby przez zapodawanie ciekawych mostków, to znowu przytłaczają aranżem żywcem wyciągniętym ze "Skylarking" (tytułowy "Measure"), serwują spiętrzone chórki w "All you'd ever need to say" albo poprzez klawiszowe plamy i delay, wprowadzają nieco oniryczny klimat w "Lights up".&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:#222222;"&gt;&lt;u1:p&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Dlaczego rzesze fanów nie noszą ich na rękach, skoro niejednokrotnie niebanalne rozwiązania harmoniczne, idą w ślad za kapitalnymi, kipiącymi swą "brytyjskością", melodiami? Czy dlatego, że nawet w tej ich bardziej urozmaiconej formule, nadal dominuje popieprzone metrum, a dotarcie do clue tych piosenek, to właściwie rozpracowywanie łamigłówek? Najważniejsze, że nie stoją w miejscu. Roszady wewnątrz zespołu przyczyniły się do zróżnicowania brzmienia i środków wyrazu (choć nie jest to jakiś poważniejszy eksperyment, co mogły sugerować zapowiedzi muzyków). Dziś nie straszny im rockowy hendrixowski riff ("Each time is a new time"), jak równiez funkowy rytm i wokalne popisy w stylu Prince'a ("Lets write a book"). Nie zaburza spóności zwolnione tempo i progresywne odniesienia z drugiej części albumu.&lt;/span&gt;&lt;/u1:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;color:#222222;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Pozycja nie tyle efektowna co wymagająca. Zaproszenie słuchacza do 100% zaangażowania w zbiór tych 20 nieoczywistych, precyzyjnych, misternie skonstruowanych piosenek; w badanie zależności między poszczególnymi elementami struktur i szukanie kolejnych tropów. Nie chcę pisać "rzecz dla wybrańców", ale do tego się to pewnie w praktyce sprowadzi. Ubiegłoroczny sukces Grizzly Bear każe się jednak wstrzymywać z radykalnymi prognozami, a czas działa na korzyść Brytyjczyków, bo to krążek na długie miesiące. Póki co - znakomite otwarcie roku.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="mso-margin-top-alt:auto;mso-margin-bottom-alt:auto; text-align:justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"   style="font-family:Georgia;color:#222222;"&gt;(* - cytaty z wywiadu dla &lt;a href="http://www.musicomh.com/music/features/field-music_0110.htm"&gt;musicOMH&lt;/a&gt;)&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/-JV3dPrR0PY&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/-JV3dPrR0PY&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-9168060106016645958?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/9168060106016645958/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=9168060106016645958' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/9168060106016645958'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/9168060106016645958'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/01/field-music-measure-8.html' title='Field Music'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S2PkJp2oJaI/AAAAAAAAAUQ/87h2OiSshfg/s72-c/fm.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-7792798863837839992</id><published>2010-01-09T02:30:00.002+01:00</published><updated>2010-01-09T02:41:43.781+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Tymon o...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Link podrzucony przez Kubę, zapodaję bo jestem pod wrażeniem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Dowód na to jak można mówić o Beatlesach (i muzyce w ogóle).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.polskieradio.pl/muzyka/polecamy/default.aspx?id=129721"&gt;The Beatles według Tymona&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/khYRzIS5pLE&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/khYRzIS5pLE&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-7792798863837839992?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/7792798863837839992/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=7792798863837839992' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7792798863837839992'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7792798863837839992'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/01/tymon-o.html' title='Tymon o...'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-5956632530259796751</id><published>2010-01-02T11:41:00.014+01:00</published><updated>2010-01-06T16:12:19.211+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Coś na kształt podsumowania 2009 - cz.2</title><content type='html'>&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;5. Yo La Tengo - "Popular Songs"&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" style="TEXT-DECORATION: none" href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S0I5g2Gm_HI/AAAAAAAAATg/KXPn295Puss/s1600-h/yolatengo.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5422960137749331058" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 204px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S0I5g2Gm_HI/AAAAAAAAATg/KXPn295Puss/s320/yolatengo.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Właściwie trudno stwierdzić czym różni się ten album od poprzedniczek. Trio z Hoboken nadal realizuje własny pomysł na łączenie przeciwieństw; pomysł o zakreślonych już jakiś czas temu ramach. Stworzyli własny paradygmat różnic, poza który nie wychodzą. Jednocześnie nie pierwszy raz okazuje się, że wykonawcy grający po prostu swoje, zyskują tym samym coraz większe uznanie. Konsekwencja i rzemiosło oraz to niezbędne coś, co stanowi o ich cholernej wiarygodności. Niby nie wiele, ale wymieńcie mi więcej niż 5 nazw tak wzorcowych dla indie rocka w chwili obecnej.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/SmpelduRY3I&amp;amp;hl=" fs="1&amp;amp;" width="560" height="340" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;4. The xx - "xx"&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S0I5hpIpj8I/AAAAAAAAAT4/SSHvFDOetiA/s320/xx.jpg" /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Gdyby mi ktoś wcześniej pokazał ich fotę i powiedział "to jest zespół na pierwszą piątkę 2009", pewnie bym pomyślał, że to zwyczajny wkręt. Poza tym, myśmy z Kasią tego słuchali bez znajomości ich wizerunków i przeżyliśmy autentyczny szok po rewizji na YouTube, gdy się okazało, że wyglądają jak jakieś niemieckie emo-dzieciaki. Ale chrzanić to, nie buźki stanowią o ich uroku, a nawet nie ten plumkający bas w piosenkach. Cały patent na muzykę to właściwie takie odbijające się piłeczki, bez początku i końca. Fajne, ale by poruszali naprawdę, potrzebowali czegoś silniej działającego na zmysły - w tym wypadku pięknych linii wokalnych. Wokalami The xx stoją, bo większość wejść Olivera kontrującego Romę i Romy kontrującej Olivera, to hooki. Dialog godny XXI wieku.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Pib8eYDSFEI&amp;amp;hl=" fs="1&amp;amp;" width="560" height="340" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;3. Grizzly Bear - "Veckatimest"&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S0I5hLKvYwI/AAAAAAAAATo/0EGflLynPcQ/s320/grizzly.jpg" /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Grizzly Bear - wszystko o tej płycie napisałem &lt;a href="http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/grizzly-bear.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt; i nic ciekawszego raczej nie wymyślę. Zadziwiająca jest siła tych nagrań z perspektywy kilku miesięcy od wydania. Właściwie za pomocą prostych środków potrafili sprawić wrażenie przepychu i niezwykłej maestrii oraz strukturalnych spiętrzeń. Inspirując się nowatorskimi albumami ostatnich lat, nagrali muzykę brzmiącą w gruncie rzeczy dość staroświecko. A przecież paradoksalnie stali się modni na tyle, by dotrzeć do 8 miejsca Billboardu. Chyba sami się tego nie spodziewali.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Puph1hejMQE&amp;amp;hl=" fs="1&amp;amp;" width="560" height="340" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;2. Flaming Lips - "Embryonic"&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;img src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S0I5heHBu4I/AAAAAAAAATw/Q6Ko-M-eYdo/s320/flaming.jpg" /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Wayne Coyne gra nam na nosie jak chce. To nie jest pierwszy tak znaczący skok stylistyczny w karierze Flaming Lips, a przecież krążek wywołał skrajne emocje. Tylko czy argumenty o braku melodii, niesłuchalności, przeroście formy nad treścią, nie są czasem wynikiem oczekiwań na jakiś Soft Bulletin 2? Przecież to, co tu najbardziej szokuje, to przesunięcia w ramach estetyki. Wymiana ślicznych (przez to niejednoznacznych) aranży na szorstkie i niemal awangardowe (przez to równie niejednoznaczne). W tym szaleństwie jest metoda, estetyka "piękne inaczej" broni sie właśnie dzięki towarzyszącym jej melodiom i strukturalnym poszukiwaniom, które są wyzwaniem dla słuchacza, ale jednocześnie dają mu możliwość odsłaniania kolejnych atutów "Embryonic" metodą drobnych kroczków, a jest co odkrywać. Czyli masło maślane, bo widzicie, o tej płycie właściwie nie da się sensownie pisać.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/92TNIIbaBOo&amp;amp;hl=" fs="1&amp;amp;" width="560" height="340" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;1. Animal Collective - "Merriweather Post Pavilion"&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;b&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S0I5h_ewuAI/AAAAAAAAAUA/7lJvU7m5NvU/s320/animals.jpg" /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Jeśli o "Veckatimest" napisano już wszystko, to co z albumem, który zgarnął najwyższe laury w większości opiniotwórczych portali muzycznych? Tak, wiem, za cholerę nie jestem oryginalny, ale czemu miałbym kopać się z koniem? MPP to krążek, który pochłania w całości, w którym nie liczy się podział na poszczególne tracki czy melodie. Odpalasz play i przeżywasz rytmiczne trzęsienie ziemi. Stajesz się częścią plemienia Animal Collective, sekty z której nie ma ucieczki.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/WJRoHTimZKI&amp;amp;hl=" fs="1&amp;amp;" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-5956632530259796751?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/5956632530259796751/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=5956632530259796751' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5956632530259796751'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5956632530259796751'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/01/cos-na-ksztat-podsumowania-2009-cz2.html' title='Coś na kształt podsumowania 2009 - cz.2'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/S0I5g2Gm_HI/AAAAAAAAATg/KXPn295Puss/s72-c/yolatengo.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-5676272830533239510</id><published>2010-01-02T10:22:00.042+01:00</published><updated>2010-01-02T15:14:14.438+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Coś na kształt podsumowania 2009 - cz.1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="color:#0000EE;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 0); "&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;No dobra, czas przynajmniej częściowo zmierzyć się z tematem podsumowania rocznego, uporać chociaż z tą dyszką i mieć za sobą. Generalnie - nie jestem zwolennikiem, no bo jakie znaczenie może mieć zastawienie najlepszych płyt roku układane przez jedną osobę? Ile albumów musiałbym zgłębić, żebym był wiarygodny? A ile muzyki w ciagu roku jest w stanie pochłonąć, przeanalizować i ocenić jeden słuchacz? Temat samego (powiedzmy) indie - wchodzę rano na Porcys, tam jedna z &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://porcys.com/Others.aspx?id=241"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;rekapitulacji roku&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;; w niej oprócz nazw, które znają wszyscy, w miarę interesujący się tematyką (Grizzly Bear, Animale, Dirty Projectors czy Atlas Sound), cała masa tytułów, które podobno wyznaczają nowy kierunek, a ja pierwszy raz o nich słyszę. Sprawdźcie sami. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="color:#0000EE;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 0); "&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Jaki zatem sens takiego podsumowania? Traktujcie to bardziej na zasadzie pożyczania płyt od kumpla, który poleca, bo lubi. Właśnie raczej "moje ulubione", a nie koniecznie "najlepsze" -  takiego zadania bym sie nie podjął. Zresztą to zestawienie jest bardzo wtórne względem podobnych list prezentowanych na różnych portalach i blogach.  Jak każdy maluczki ulegam hajpom i uniesieniom. Mam jednak nadzieję, że tu i ówdzie wdarło się przynajmniej jakieś minimum zdrowego rozsądku. Miałem ochotę zapodać też linki do kilku fajnych kawałków (bo zestawienia singli nie będzie), więc, by było w miarę czytelnie, rozbiję tę dyszkę na dwie części. Dziś miejsca 10-6:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold; "&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;10. Various Artists - "Dark Was The Night"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sz8lTiykJpI/AAAAAAAAAS4/AKoq1FgyFQQ/s320/dark.jpg" style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5422093494063998610" /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;To w zasadzie dość nierówny składak, ale:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;a) na dwóch krążkach znalazło się tyle muzyki, że o brak wrażeń martwić się nie trzeba, do tego najbardziej spójna zbieranina jaką ostatnimi czasy słyszałem.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;b) jeśli naprawdę niewiele wiesz o tym, jakie nazwy w muzyce ostatnich lat wypada kojarzyć - tu mógłbyś mieć pierwszy etap edukacji (taka zerówka, ale z profilem rozszerzonym dla uzdolnionych dzieci)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;c) a dla starszaków mnóstwo ciekawostek, jakich nie znajdą na płytach studyjnych swoich ulubieńców.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;d) spojrzenie na listę wykonawców i właściwie punkty a, b, c, możemy sobie darować: Dirty Projectors, Feist, Grizzly Bear, TV On The Radio, Sufjan Stevens, Oberst, Andrew Bird, Blonde Redhead, Yo La Tengo i wielu innych równie istotnych...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/LdbGCfa8qkg&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/LdbGCfa8qkg&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold; "&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;9. Circulatory System - "Signal Morning"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;img src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sz8m8jjypEI/AAAAAAAAATA/ufDvNKSJ2EQ/s320/circulatory.jpg" style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 204px;" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5422095298156733506" /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Fajnie byłoby napisać, że tam gdzie kończy się Olivia Tremor Control, zaczyna się Circulatory System. No i spoko, tylko że takie stwierdzenie sugeruje progres, a Circualtory właściwie stoją w miejscu od lat 90-tych, proponując nagrania jakby żywcem wykrojone z płyt Olivii. Tylko jak tu iść do przodu przy takim stopniu zakwaszenia? Co jeszcze mogliby zrobić? Mają swój jedyny, wyrosły na bazie naćpanych Beatlesów styl. Styl dla cierpliwych i wytrwałych poszukiwaczy wrażeń. Ja to nadal kupuję, nawet jeśli nieraz nie jestem w stanie dotrwać do końca płyty (z ciekawostek - Jeff Magnum udziela się w tych nagraniach, tylko że nikt do końca nie wie w jakim charakterze).&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/slv0MFGSdfo&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/slv0MFGSdfo&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;8. Wild Beasts - "Two Dancers"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sz8o1BrWsrI/AAAAAAAAATI/uW33ZP_A4uo/s320/wild+bea.jpg" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Taką muzykę mógłby tworzyć Antony, gdyby odszedł od pianina i postawił na piosenki, gdyby dodał nieco post-punkowych inspiracji, przyprawił to wszystko tanecznym podbiciem i rytmiką zakorzenioną gdzieś w dokonaniach Talking Heads. Teatralność tej muzyki, przerysowane wokalne wycieczki; uwierzcie, gdyby nie te melodie, mogliby nieźle irytować, a tak...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/4sxh5zMbNAo&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/4sxh5zMbNAo&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;7. Whitest Boy Alive - "Rules"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sz8pFEsq_2I/AAAAAAAAATY/XcHe_OZGDEg/s320/whitest.jpg" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt; Erneld nagrał w tym roku dwie płyty, "Declaration of Dependence" z Kings of Convenience i własnie "Rules" w ramach projektu Whitest Boy Alive. I nawet jeśli z macierzystą formacją nie sięgnął poprzeczki wyznaczonej poprzednimi (znakomitymi) krążkami, to w pełni zrehabilitował się tym delikatnie parkietowym materiałem, spełniając moje coroczne zapotrzebowanie na umiarkowane pląsy. To tak naprawdę bardzo precyzyjna, dopracowana i elegancka muzyka do bujania. Słodkie.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;(Koniecznie obejrzyjcie to video i zastanówcie się, czy w którymś z naszych dużych miast byłoby to możliwe)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Ry3WFtlDSco&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Ry3WFtlDSco&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;6. Here We Go Magic - "Here We Go Magic"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;img src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sz8o9SNQkfI/AAAAAAAAATQ/KrVvtlEjQeI/s320/here+we.jpg" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;"Here We Go Magic" to dowód, że z nadmiernie dziś ekspoloatowanej formuły grania, bazującej na dokonaniach Animal Collective, moża stworzyć mega fajną, całkiem oryginaną i porywającą całość. "Here We Go Magic" to folk dla wariatów, hipnotyczna i ujmująca mieszanka stylów, z pozoru nieprzystępna, a w istocie obezwładniająca słuchacza w zasadzie po pierwszym odsłuchu.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/cpxZvQsQH8Y&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/cpxZvQsQH8Y&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-5676272830533239510?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/5676272830533239510/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=5676272830533239510' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5676272830533239510'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5676272830533239510'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2010/01/cos-na-ksztat-podsumowania-2010-cz1.html' title='Coś na kształt podsumowania 2009 - cz.1'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sz8lTiykJpI/AAAAAAAAAS4/AKoq1FgyFQQ/s72-c/dark.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-851106268918859919</id><published>2009-12-30T10:57:00.010+01:00</published><updated>2009-12-30T11:22:08.044+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>STATEK KOSMICZNY wylądował</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Szsn1EeGo9I/AAAAAAAAASw/sxOY0qjfoqs/s1600-h/statek.jpg" style="text-decoration: none;"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 128px; height: 128px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Szsn1EeGo9I/AAAAAAAAASw/sxOY0qjfoqs/s320/statek.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5420970369157080018" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No ok, dałem ciała na całej linii. Na blogu ani klimatu świąt, ani wniosków związanych z końcem roku (o dekadzie nie wspominając). Obiecuję przynajmniej jakieś minimum rocznego podsumowania zapodać w styczniu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Żeby nie było tak smutno, przytaczam opis jednej z aukcji internetowych, którą wczoraj wyhaczyłem na allegro:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="  font-weight: bold; font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;ŚCIANKA - STATEK KOSMICZNY ŚCIANKA De Luxe Remastered Edition&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;i&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: normal; "&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Z wielką radością oddajemy w Państwa ręce jedną z najważniejszych gitarowych płyt, jakie ukazały się w naszym kraju! Pierwsze wydanie &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style="font-weight: bold; "&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Statku kosmicznego Ścianka&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt; ujrzało światło dzienne w 1998 r. i w tym samym roku płyta ta została nominowana do Fryderyków w kategorii "Debiut roku". Magazyn "Tylko Rock" uznał ją za "Debiut roku" a "Machina" określiła jako jedną z pięciu niszowych płyt roku (obok albumów Kur, Łoskotu, Mapy i Ewy Braun).&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: normal; "&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Debiutancka płyta&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style="font-weight: bold; "&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt; Ścianki &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;rozeszła się w ilości 5 000 sztuk (cały nakład). Od pewnego czasu coraz boleśniej odczuwalny był jej brak na sklepowych półkach, w związku z tym przygotowaliśmy dla Państwa reedycję &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style="font-weight: bold; "&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;Statku kosmicznego&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;. Płyta została zremasterowana i wydana przez oficynę &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span style="font-weight: bold; "&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;My Shit In Your Coffee&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;. &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;zapraszamy do zakupów!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i na internetowe strony zespołu oraz wytwórni:&lt;br /&gt;http://www.scianka.com/&lt;br /&gt;http://www.myspace.com/scianka&lt;br /&gt;http://www.facebook.com/pages/Scianka/214555621924&lt;br /&gt;http://www.myspace.com/myshitinyourcoffee&lt;br /&gt;http://www.facebook.com/pages/M-y-S-h-i-t-I-n-Y-o-u-r-C-o-f-f-e-e/196271574135 &lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;No i faktycznie wydarzenie. Pamiętam jak pierwsze wydanie Statku osiągało na aukcjach ceny liczone stówkami. Wymodlona reedycja, na którą większość fanów Ścianki straciło już chyba nadzieję.  Nie wiem jaki jest nakład, ale biorąc pod uwagę wydawcę - raczej niewielki, więc grzecznie zamówiłem i czekam na wieści o &lt;/span&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;"Dniach wiatru"&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;I właśnie jak najwięcej takich niespodzianek życzę Wam i sobie w 2010 roku.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:Arial, Helvetica, sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/RuVy9-jrvOo&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/RuVy9-jrvOo&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-851106268918859919?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/851106268918859919/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=851106268918859919' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/851106268918859919'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/851106268918859919'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/12/statek-kosmiczny-wyladowa.html' title='STATEK KOSMICZNY wylądował'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Szsn1EeGo9I/AAAAAAAAASw/sxOY0qjfoqs/s72-c/statek.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6704924553917293003</id><published>2009-12-17T17:36:00.021+01:00</published><updated>2009-12-23T06:26:20.688+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Real Estate</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SzFAkWCMbSI/AAAAAAAAASo/FdQIMK_bTp0/s1600-h/real+estate.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SzFAkWCMbSI/AAAAAAAAASo/FdQIMK_bTp0/s320/real+estate.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5418182819837668642" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Real Estate - "Real Estate"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;4.8/10&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;I znowu będzie, że jestem kretyn.&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pewnie to prawda, że za niedługo nośnik odejdzie do lamusa, a miarą wiarygodności grajków będą jedynie koncerty (ja przypominam, że istnieją artyści wybitnie studyjni, więc nie dla wszystkich radość). Wyobraź sobie, że poddajesz się pesymistycznym wizjom roztaczanym tu i ówdzie i głoszącym, że wraz z rekordową ilością wydawnictw, jakie ujrzały światło dzienne w zeszłym roku (fakt - z faktami się nie dyskutuje), spada ich sprzedaż (cóż, też fakt) oraz jakość (tu już ocena subiektywna, ale bardzo prawdopodobna).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Masz dziś wybór taki, jakiego zazdrościłby ci ojciec i starszy brat, jesteś jednak zagubiony w gąszczu ocen, wykluczających się recenzji i opinii ekspertów, których coraz więcej. I nie mów proszę, że jesteś w swoich sądach niezależny, że nie czytasz tych bzdur na temat muzyki, że interesuje cię czysta sztuka. Już sam wybór płyty, po którą sięgasz, to rodzaj wstępnej selekcji, jaka wypływa z faktu zasłyszenia nazwy, czasem nieświadomego kierowania się podszeptami docierającymi do ciebie z każdej strony, o każdej porze dnia i nocy. Już na tym etapie jesteś kierowany, nawinie myśląc że twoje nowe odrycie to wynik własnej decyzji. A jeszcze ten trud oceniania, bo musisz ocenić. Nadmiar najpierw powoduje euforię, potem tylko cieszy, by w końcu wywołać obojętność na dźwięki wszelakie. Powszechność i łatwość w pozyskiwaniu muzyki staje się przekleństwem zarówno dla niej samej, jak i dla ciebie słuchaczu. W końcu sytuacja, w której każdy nowy album to muzyka tła, a o jej faktycznej wartości dowiadujesz się z Metacritic. I tęsknisz, tęsknisz do tych czasów, gdy każdy krążek, to było odkrywanie lądów nieznanych i kiedy mogłeś katować tych 12 kawałków do znudzenia przez pół roku. To se ne wrati...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli faktycznie wszystko to składa się na mierny obraz naszych czasów, to idealnym odzwierciedleniem tej miernoty jest mierny album miernego zespołu - Real Estate, podobno nadziei indie rocka...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Oczywiście jest także inna perspektywa, która każe cieszyć się z rychłego wyeliminowania nośników, gdy muzykę będziesz miał za grosze, o każdej porze i w każdym miejscu. Upadną molochy mające wyłączność na dźwięki, zniknie znienawidzony plastik, zostanie sztuka. Ale ten optymizm mi nie pasuje do pochmurnej wizji tekstu, jaką sobie tu wykombinowałem, więc wybaczcie...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ma być smutno, bo Real Estate ze swoim miernym songwritingiem i kroczeniem wytartymi dwie dekady temu ścieżkami, są zjawiskiem smutnym. Kapela, której głównym atutem ma być fakt nieposiadania wystarczających środków na profesjonalne studio, co ma stanowić o jej autentyczności, przekonuje mnie średnio. Tzn. nic w tym złego, ale czy to może być argument? A jednak. Nie zaprzeczę, że z tego chałupnictwa wynikło dość ciekawe brzmienie. Tak jakbyś słuchał Built to Spill w wannie i na 40 minut zanurzył łeb pod wodę. Niewyraźny, wycofany wokal, mnóstwo pogłosów, gitara brzmiąca jakby miała za zadanie zastąpić klawisze, ale to wszystko pogłębia jedynie wrażenie niewykorzystanej szansy. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najprościej pisać o nawiązaniach do tego, co w latach 90-tych definiowało indie (właściwie do tamtych czasów powinno sie sprowadzać definicję, jeśli o kwestie nazewnictwa chodzi, ale to inny temat), z tym że jak sobie spacerwałem przy minus 15 z dworca PKP do domu (auto mi, że tak powiem, wymiekło, więc to PKP nie jest do końca moją zachcianką), a trwało to akurat tak z 40 minut, to mi sie to rozmyte tło tej płytki w sposób oczywisty skojarzyło z dwójką Beach House (no i ta zawodząca gitara w "Black Lake"). Kojarzymy tamten album? Jeden z najfajniejszych w ostatnich latach w kategorii "nie pamiętam żadnej melodii, ale klimat mej głowy nie opuszcza". Przy odrobinie talentu (a może to kwestia tego profesjonalnego studia jednak?), można by coś takiego wyczarować; czyli nie geniusz, ale styl przynajmniej. Cóż, na razie dłużyzny i nuda, ale kto wie? W każdym razie linia wokalna "Pool swimmers" fajna. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ou8VI0Kuqng&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/ou8VI0Kuqng&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6704924553917293003?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6704924553917293003/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6704924553917293003' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6704924553917293003'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6704924553917293003'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/12/real-estate.html' title='Real Estate'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SzFAkWCMbSI/AAAAAAAAASo/FdQIMK_bTp0/s72-c/real+estate.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8179346217069111229</id><published>2009-12-12T08:56:00.008+01:00</published><updated>2009-12-12T11:03:59.141+01:00</updated><title type='text'>"A imię jego będzie czterdzieści i cztery."</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Billy Corgan konsekwentnie wskazuje młodym grajkom drogę, jaką powinni kroczyć, by się artystycznie stoczyć. Jeśli chcecie zaliczyć taką "piękną katastrofę", koniecznie posłuchajcie pierwszego z 44 zapowiadanych kawałków łysego, jakie będzie sukcesywnie udostępniał w sieci pod nazwą Smashing Pumpkins, a w późniejszym czasie wyda na jakichś ekskluzywnych epkach. Jest to, zdaje się, analiza przyczyn braku posiadania potomstwa, co podobno wynika z trudnych relacji muzyka z ojcem (&lt;a href="http://www.spinner.com/2009/12/07/smashing-pumpkins-a-song-for-a-sun-song-premiere/?utm_source=feedburner&amp;amp;utm_medium=feed&amp;amp;utm_campaign=Feed:+Spinner+(Spinner.com)&amp;amp;utm_content=Google+Reader"&gt;szczegóły tutaj&lt;/a&gt;). Temat jak temat, gorzej z dosłownością przekazu; no ale olać teksty, gdy się muzyka broni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tyle, że znowu (ile to już lat minęło?) nie broni się ani przez chwilę. Z jednej strony ciągoty do stworzenia swojego progresywnego potworka i czegoś artystycznie bardziej wydumanego niż rockowy wymiatacz, z drugiej bazowanie na przerabianych setki razy schematach. Najpierw sentymentalizm godny drugiej części Adore (Billy przy pianinie), potem do bólu oldschoolowa gitara, co się zamieni w jeszcze bardziej olschoolową solówę, a na końcu wyciszenie niemal barokowe. Coś mi się zdaje, że się łysy zamarzył "klasyka" stworzyć. Szkoda, że jest przy tym przejrzysty jak wskazówki z "Poradnika dla początkujących kompozytorów". Mniej rozumu, więcej spontanu, a może za jakieś 30 lat doczekamy się niezłego albumu Dyń, póki co - JimmyPage by się uśmiał.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/HTAoLql14Bs&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/HTAoLql14Bs&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8179346217069111229?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8179346217069111229/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8179346217069111229' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8179346217069111229'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8179346217069111229'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/12/imie-jego-bedzie-czterdziesci-i-cztery.html' title='&quot;A imię jego będzie czterdzieści i cztery.&quot;'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3747163812188973566</id><published>2009-12-05T08:59:00.007+01:00</published><updated>2009-12-05T09:38:39.174+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>The Antlers</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxoYItQnNoI/AAAAAAAAASc/DBrqAsT3GKE/s1600-h/ant.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 175px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxoYItQnNoI/AAAAAAAAASc/DBrqAsT3GKE/s320/ant.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5411664440106366594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;The Antlers - "Hospice"&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;i&gt;4.0/10&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;"Świat nie wierzy łzom"&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ubrana w ramy koncept albumu synteza indie-hajpów ostatnich lat. Od Sigur Ros, przez Antonego, po Arcade Fire i  3/4 kanadyjskiej sceny muzycznej. Nic dziwnego, że mijający rok jest ich rokiem, przecież w końcu post-rock-weird-neo-folk co nie?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Koncept może jakiś w tym jest, ale w warstwie tekstowej jedynie, bo własnego pomysłu na muzykę tu nie uświadczysz. Sprytny zabieg - no jak można źle ocenić twórczość bazującą na historii pobytu w szpitalu bliskiej "Artyście" osoby? No serca musiałbym nie mieć! To może jednak o plusach co? Np. "godna szacunku  i uznania jest konsekwencja, z jaką zespół robi laskę Pitchforkowym pupilom", albo "przecież to celowy zabieg, żeby było wtórnie i nudno, bo to oddaje dramat leżącego na szpitalnej pryczy".  Żeby nie było, że się nie starałem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/PHdHYnVZp0M&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/PHdHYnVZp0M&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3747163812188973566?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3747163812188973566/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3747163812188973566' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3747163812188973566'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3747163812188973566'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/12/antlers.html' title='The Antlers'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxoYItQnNoI/AAAAAAAAASc/DBrqAsT3GKE/s72-c/ant.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3879609129234434141</id><published>2009-12-01T20:42:00.029+01:00</published><updated>2009-12-03T18:01:05.360+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Flaming Lips</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxWJOKIsUjI/AAAAAAAAASU/9pjL8MjFxbw/s1600/fl.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxWJOKIsUjI/AAAAAAAAASU/9pjL8MjFxbw/s320/fl.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5410381403687506482" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:130%;"&gt;Flaming Lips - "Embryonic"&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;(ocena? jaka ocena?&lt;/span&gt;)&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;Jeśli prawdą jest, że większość recenzji niekonwencjonalnych tworzy się w celu kreacji wizerunku piszącego i jeżeli prawdą jest, że większość recenzji niekonwencjonalnych ma za zadanie przede wszystkim ukrycie jego luk kompetencyjnych, to już leżę.&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie żeby to tu miało być jakieś mega niekonwencjonalne czy coś, ale klasycznych opisów poszczególnych tracków tu nie znajdziesz, namecheckingu też jak na lekarstwo. Kurna, odbiera się ten album trochę na innych zasadach. Znaczy się nie chciałbym pojechać jakimś tam strasznie emocjonalnym i wylewnym tekstem (tu taki przymiotnik o emocjach miał być, ale zapomniałem go, zapominam go regularnie), bo w tym przypadku się nie da. Jestem pełen empatii dla Łukasza Błaszyka, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=1789"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;który się na tym sparzył&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;. Oberwało się niezłemu komentatorowi albumów wszelakich (&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;order=author"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;niedowiarków odsyłam do źródeł&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;), ale się jednak oberwało, bo podszedł do tematu emocjonalnie na maxa, a tego robić nie wolno. Sam zresztą, gdyby nie ten tekst i potem na niego reakcja, bym może coś w tych klimatach popełnił (i wystawił jakieś 9.5/10 – a co?), ale hola hola, "w kupę w wdepniesz chłopcze – ucz się na błędach innych”. Oczywiście raczej bym tak obszernie i elokwentnie nie potrafił, charakter mojego tekstu w żadnej mierze z rozmachem tamtej rozprawy równać się nie mógł, ale to tylko blog, więc mógłby to być tekst bombastyczny przynajmniej w kategoriach blogowych.&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tekst Błaszczyka można było zanegować w sposób różnoraki, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a href="http://www.porcys.com/Reviews.aspx?id=1169"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;nawet najbardziej prymitywny&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;. Z tym że taki sposób krytyki zdradliwy jest, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a href="http://fightsuzan.blogspot.com/2009/11/flaming-lips-embryonic.html"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;bo podatny na krytykę równie złośliwą&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;. Tekst Błaszczyka Łukasza nie obroni się bez kontekstu, więc w kategoriach literackich atakować łatwo - papier przyjmie wszystko. Ale już zawartość „Embryonic”, czy nawet całokształt twórczości Flaming Lips, taki tekst uzasadnia w pełni. W związku z powyższym mam obraz Błaszczyka Łukasza piszącego recenzję opasłą, gdy ciemną nocą z głośników płyną dźwięki „Embryonic”. No i sorki (bez ironii to piszę) Błaszczyku Łukaszu, choć cię w życiu na oczy nie widziałem, to sympatię czuję, bo jakbym miał w uniesieniu popartym dźwiękami „tu i teraz” recenzję „Embryonic” napisać, to właśnie taką bym chciał.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale już nie chcę. Czemu? Musiałbym wejść w analizę „świata według Coyne’a” czego unikam, bo przez wieloznaczność tegoż, trudne to raczej. Może dlatego, że będąc po „The Soft Bulletin” porównywanymi do Radiohead (muzycznie też gdzieś tam, ale głównie w kategoriach „doniosłości” ), byli Flaming Lips w istocie ich zaprzeczeniem. Wśród tych kreujących się na (chyba) poważny band, zdają się być (chyba) nieprzeciętnie zdystansowani do własnych wyczynów. Muzyczna materia, w jaką ubierają „śmiertelnie banalne” teksty, pozostawia ogłupiałego słuchacza w dość niekomfortowej sytuacji. To jak? Oni na serio czy dla jaj? To jakieś postmodernistyczne wyciąganie „śmieszności powagi” na powierzchnię czy może naprawdę myślą że przekazują życiowe prawdy? Puszczanie oka? A może kurna odpowiednik  literackiego „Alchemika” - udawanie czegoś wielkiego przez takie nic i nabieranie na to ludzi. Banalne mądrości są najlepsze, bo wszyscy je kumają i myślą, że też są mądrzy, prawda? Że są wybrańcami, prawda? Ale jak się ta elita definiuje poprzez tysiące sprzedanych egzemplarzy, to już raczej dupa nie żadna elita, prawda? A jak w tle muzyka inna niż wszystko na około, to dochodzi wiarygodność, prawda? Mam się wzruszać? (bo mnie to wzrusza autentycznie), czy może myśleć, że to jest naprawdę cool przez swoją ironię, dystans i drugie dno? (bo jak słucham, to myślę, że cool).&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A muzycznie? Czy to może być równie fascynujące jak poznawanie wielkiej trójki Can, czy może wielki zgryw, a chłopaki siedzą przed kompem i nabijają się z tych wszystkich poważnych słów o nawiązaniach do awangard różnorakich? Kto mi w erze internetowej równości słuchacza z recenzentem powie co mam myśleć? I gdzie do cholery zniknął Kuba Radkowski? I kim do kurwy nędzy jest Filip Szałasek?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielkie eklektyczne dzieło czy wielki kicz? Bez względu na to, za którą opcją się opowiadasz – przegrywasz. Taki to album. Tacy to kolesie. Więc zamilcz i słuchaj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;  &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/0FS6XN0KFtg&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/0FS6XN0KFtg&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3879609129234434141?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3879609129234434141/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3879609129234434141' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3879609129234434141'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3879609129234434141'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/12/flaming-lips.html' title='Flaming Lips'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxWJOKIsUjI/AAAAAAAAASU/9pjL8MjFxbw/s72-c/fl.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2514991381365805484</id><published>2009-11-28T08:34:00.012+01:00</published><updated>2009-11-28T17:06:37.666+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>25.11.2009 - Yo La Tengo, Katowice, Hipnoza</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxFDLGYO1AI/AAAAAAAAASE/ZUvXqTnM5iI/s1600/ylt.bmp"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 230px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxFDLGYO1AI/AAAAAAAAASE/ZUvXqTnM5iI/s320/ylt.bmp" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5409178485418546178" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-tab-span" style="white-space:pre"&gt; &lt;/span&gt;(Czy na tej fotce cokolwiek widać?)&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czekając cierpliwie aż  support pod wdzięczną nazwą Wreckless Eric and Amy Riby, wypstryka się ze swoich poczciwych piosenek (koncert kompletnie bez historii, więc owacje publiki też jakby z grzeczności jedynie), napawałem się dumą, że nazwa Yo La Tengo ściagnęła do Hipnozy tak pokaźną grupę słuchaczy. Pomyłka, niestety znaczna część była tam przypadkowo (może rozdawano bilety w którymś zakładzie pracy w ramach funduszu socjalnego?). Wnioskuję po naprawdę męczących dyskusjach, jakie przez dwie godziny potrafili prowadzić ludzie stojący obok, mając kompletnie w dupie dźwięki płynące ze sceny. Zawsze zastanawia mnie po co oni przychodzą na koncert? Przecież pogadać można wszędzie, choćby w knajpie. Czy to forma lansu? Snoberka? A może faktycznie było nudno? No własnie, do meritum...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ten koncert miał kilka oblicz. Przede wszystkim gęste, utrzymane w spokojnym tempie i kroczące majestatycznie utwory z zajeżdżanymi gitarami w końcówkach, przeciągające się w tym swym rzężeniu - kwintesencja stylu jak dla mnie. Słodycz wypływająca z chaosu i gitarowego brudu. Takie były chociażby "From a motel" (otwierający całość) czy "Double dare" z klasycznego już  "Painful" albo "Here to fall", choć bez smyków i rozmachu znanego z ostatniego wydawnictwa - w tym przypadku wszystko, co na albumach wykracza poza możliwości trójosobowego składu, skutecznie zastąpiły gitary i klawisze. Kawałki, mimo wielowymiarowej treści, utrzymane jeszcze w konwencji piosenki i jakoś tam trzymane w ryzach. Co innego zapodany już na początku, ponad 10-minutowy "More stars than there are in heaven", ciągnący się w swoim własnym ślimaczym tempie i zabijający gitarową improwizacją; właśnie wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że tu żadne zasady nie obowiązują. W tej kategorii najbardziej wymiótł instrumentalny "I heard you looking" (znów powrót do "Painful"), który kończył właściwą część koncertu - to już (sorki za uniesienie) jakaś totalna mistyka wynikająca z gitarowej rozpierduchy, na kolana!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Inna sprawa to te ich delikatne, w znacznej części akustyczne piosenki (Georgia odstawia perkę i chwyta za pudło), z zapodawanym często przez drugiego wokalistę motywem w tle (no wiecie, takie: pam, pampampa pam..). Naturalnym dla takiego setu byłby materiał z "And The Nothing Turned Itself Inside-out", ale akurat z niej (przez długi okres mojej ulubionego płyty z ich dyskografi) zagrali jedynie śliczny "You can have it all" i to na życzenie publiczności (bo koncert życzeń też był, co daje pojęcie o improwizacji w kwestii układania setlisty, co z kolei jest następnym dowodem bossostwa w temacie - tu raczej niewiele było zaplanowane).  Ale spokojna głowa, na "Popular songs" też jest podobnego materiału sporo, więc wszystko się idealnie układało.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No i jeszcze jedno, takie bardziej wyluzowane oblicze tria z Hoboken. Kawałki, z których przebijała radość, a publice udzielał sie nastrój wręcz parkietowy. Numery już znacznie bardziej przyswajalne, bez pogłosów i charczenia. To przede wszystkim mega pozytywne "Periodically double or Triple" i "Mr Tough". No i już nie taneczny, ale także w atmosferze luzu, długaśny cover Sun Ra - "Nuclear war" (do obejrzenia poniżej, jakość taka sobie).&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Koncert, na którym było prawie wszystko: ponad dwie godziny niezwykle barwnej muzyki, rozpiętość stylistyczna, którą możnaby obdzielić kilka całkiem przyzwoitych bandów, no i zero spinki. Żadnych misji i przesłań, żadnego zbędnego pieprzenia - czysta sztuka. Nie będzie samobójstwa po koncercie, gówniarstwo nie będzie nosiło przyszywek z logiem YLT na tornistrach. Nie tak tworzy sie legendę, przynajmniej nie oni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/H0bDNLDRBgs&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/H0bDNLDRBgs&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2514991381365805484?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2514991381365805484/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2514991381365805484' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2514991381365805484'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2514991381365805484'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/11/25112009-yo-la-tengo-katowice-hipnoza.html' title='25.11.2009 - Yo La Tengo, Katowice, Hipnoza'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SxFDLGYO1AI/AAAAAAAAASE/ZUvXqTnM5iI/s72-c/ylt.bmp' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3732614406509654560</id><published>2009-11-24T16:56:00.006+01:00</published><updated>2009-11-24T17:37:51.401+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Yo La Tengo w Katowicach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;~*~&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mam nadzieję, że jutrzejszy poranek nie przywita mnie informacją o jakimś wypadku samochodowym (bez złośliwości oczywiście, bo jakby się to gorzej skończyło, to byśmy się o Grizzly Bear uczyli już tylko z muzycznych encyklopedii). Nadzieję mam wielką, bo jak dobrze pójdzie, to czeka nas spotkanie z żywą legendą "czegoś" (czego się de facto sklasyfikować nie da, bo przez lata zespół był punktem łączącym różne wpływy definiujące pojęcie artystycznej wolności). Nie oceniając w jakim stopniu inspirowali, a w jakim byli inspirowani, warto zauważyć że status kapeli jest w tej chwili niepodważalny, a recenzje ostatnich albumów w większości pisane z pozycji klęczącej (ile razy jeszcze przeczytam w rodzimej prasie, że w USA mają taką pozycję jak Sonic Youth?).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Spytaj mnie "co grają", a napotkasz moje spojrzenie pełne żalu nad własną bezradnością. Wypadkowa początków niezalu spod znaku Velvet Underground, po Sonic Youth właśnie. Sięganie do tradycji gęstego shoegazu i słodkich twee-dream-indie-popowych melodii, aż po country z Nashville. Nie, nie ma sensu pakować się w łatki, darujcie. Wdarzenie!!!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;PS. Zapomniałbym: w ramach Ars Cameralis oczywiście. Katowicka Hipnoza, godz. 19:00.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/zDgpQBaziy0&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/zDgpQBaziy0&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3732614406509654560?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3732614406509654560/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3732614406509654560' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3732614406509654560'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3732614406509654560'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/11/yo-la-tengo-w-katowicach.html' title='Yo La Tengo w Katowicach'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-7190516056158064015</id><published>2009-11-23T21:41:00.017+01:00</published><updated>2009-11-23T23:08:31.681+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Andrew Bird/Josephine Foster, 19.11.2009, Chorzów</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Swr_RRuWSlI/AAAAAAAAAR8/_6KUiyHBWUQ/s1600/Bird.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 237px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Swr_RRuWSlI/AAAAAAAAAR8/_6KUiyHBWUQ/s320/Bird.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5407414974892362322" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na takie wieczory się czeka, tak to jest z artystami, których sobie właściwie od początku do końca wymyślasz. Wiadomo, że płyty to jedno, ale jakieś takie mocno osobiste podejście do dźwięków, tworzenie własnego obrazu muzyka, ta  cała dziecinna, głupia nadbudowa i anty-artystyczne podejście – to drugie. Bird jest właśnie kimś takim, kimś kto za pomocą dźwięków stworzył w mojej głowie obraz nie tylko multiinstrumentalisty, dźwiękowego perfekcjonisty, świetnego songwritera, ale przede wszystkim w pytę kolesia, z którym bym się z pewnością skumplował, gdyby tylko zamieszkał w tej samej dzielnicy (hłe, hłe, hłe). A jeśli ktoś potrafi poprzez muzykę tak całościowo na ciebie wpłynąć, to wyjścia są trzy: ma zajebistych speców od marketingu (odpada), jest postacią co najmniej niebanalną (możliwe), masz słuchaczu absolutnie zryty beret (też nie wykluczam).&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z tym że ten wieczór miał dwóch bohaterów. Josephine Foster przez około 1,5 h darzyła nas pieśniami z pogranicza folku Joan Baez i mrocznych klimatów charakterystycznych dla Marissy Nadler, zahaczając także, w bodajże dwóch fragmentach, o poetykę kojarzoną z wczesną P J Harvey. Przy czym zaznaczyć trzeba, że żadna z tych inspiracji (jeśli w ogóle takowymi kiedykolwiek były), nie równa się z drobniutką Josephine stopniem komplikacji linii wokalnych i samych kompozycji. To nie był łatwy koncert. Artystka zbliżała się często do granicy, przy której  zdezorientowany słuchacz wpada w pułapkę interpretacji, w końcu nie wiedząc czy obcuje z geniuszem czy dźwiękowym grafomaństwem; do granicy, w której zachwyt miesza się z irytacją. Inna sprawa, że raczej nie byłem na ten występ przygotowany. Być może trzeba będzie kiedyś odrobić tę lekcję staranniej, bo czego by tej nawiedzonej chudzince nie zarzucać, jest z pewnością artystką intrygującą i niejednoznaczną (swoją drogą pozdrawiam towarzystwo siedzące obok mnie, które najpewniej świetnie się bawiło, gadając i piejąc ze śmiechu przez ¾ trwania koncertu, by w końcu opuścić salę. Ten kraj jest niestety nadal pełen idiotów).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Bird zaczął od długiego instrumentalnego wstępu, podczas którego nastąpiło symboliczne rozpięcie guzików marynarki i pozbycie się obuwia (do końca koncertu już tylko niebieskie skarpetki). Niby jajcarski gest, a jak dużo mówi o podejściu do tematu. Założenie było takie (powiedział to sam muzyk), by przedstawić kompozycje w wersjach nieco innych niż na krążkach. Andrzej starał się przybliżyć publiczności większość kawałków w taki sposób, w jaki powstały; w ich kształcie pierwotnym, bez tych wszystkich zmian i szlifów jakie dokonywały się procesie nagrywania. Zresztą nie wiem na ile to u niego norma, ale faktem jest że większość materiału z ostatnich płyt pojawiało się w bardzo luźnych i często mocno rozbudowanych wersjach.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ech, zachwyca swoboda z jaką muzyk podchodzi do instrumentów, łącznie z własnym głosem i gwizdaniem. Pojawił się w Chorzowie sam, otoczony jedynie instrumentami. Oczywiście na pierwszymi miejscu skrzypce, z którymi robił co chciał -  najróżniejsze techniki wydobywania z nich dźwięków w połączeniu z gitarą, dzwonkami i całą gamą dodatków, dawały efekt który przeszedł moje oczekiwania. Rzecz jasna nie byłby w stanie w pojedynkę stworzyć tej namiastki wieloosobowej orkiestry, gdyby nie loopery, otaczające nas mnogością zapodawanych przez Andrew wątków. Efekt? Co się będę szczypał – w ciągu dwóch godzin zostałem wyjebany w kosmos. No i wraca wątek osobisty, to jest naprawdę w pytę koleś, który zagaduje publikę, czaruje umiejętnościami aktorskimi i interpretacyjnymi (choćby zabawne wykonanie „Why” z włączonym w całość monologiem), wszystkimi tymi anegdotami poprzedzającymi utwory, luzem, poczuciem humoru (tu wpleciemy  refren o drożdżówkach, tam motyw piosenki z Ulicy Sezamkowej). Nawet jego pomyłki były po prostu kolejnym sympatycznym akcentem. Dystans! Dystans do siebie i swojej twórczości oraz sceniczna osobowość, co oczywiście nie może przysłonić faktu, że pod względem czysto artystycznym była to półka najwyższa. Można być znakomitym instrumentalistą, ale stworzonym na scenę trzeba się urodzić. Przy tym wszystkim widz ma wrażenie, że to zwykły facet, który chwilę po koncercie przyjdzie podpisać ci płytę i pogadać. Gdyby nie to cholerne przejęcie faktem, że stoi przede mną sam Andrew Bird, może bym coś z siebie nawet wydusił. Cóż, wieleśmy sobie nie pogadali...&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;PS. Poniższy fragment niestety nie z Chorzowa, ale nic sensownego wyszperać się naprawdę nie dało.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/WHkqoamZ76U&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/WHkqoamZ76U&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-7190516056158064015?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/7190516056158064015/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=7190516056158064015' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7190516056158064015'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7190516056158064015'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/11/na-takie-wieczory-sie-czeka-tak-to-jest.html' title='Andrew Bird/Josephine Foster, 19.11.2009, Chorzów'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Swr_RRuWSlI/AAAAAAAAAR8/_6KUiyHBWUQ/s72-c/Bird.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6083809079298986968</id><published>2009-11-18T19:07:00.012+01:00</published><updated>2009-11-18T20:40:32.421+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Andrew Bird w Chorzowie!!!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;~*~&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dawno, dawno temu - w 2005 r., nieźle podjarałem się płytką pewnego amerykańskiego skrzypka, songwritera, gwizdacza (?) i multicośtam - Andrew Birda, wynik tej podjarki &lt;a href="http://www.screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=746"&gt;tutaj&lt;/a&gt;. Nie był to jakiś chwilowy kaprys, bo od tamtej pory śledzę karierę Andrzeja bieżącą i przeszłą, co w efekcie uczyniło zeń nie tylko jednego z moich ulubionych artystów w skali makro, ale także (przede wszystkim) takiego misia-pysia, którego mam tylko dla siebie, gdzieś tam daleko od aktualnych lansów i mód. Zawsze miałem przeświadczenie, że u nas jest artystą kompletnie nieodkrytym, a więc niedocenionym. Zaraz po pamiętnym "Mysterious Production of Eggs" zamówiłem sobie na jego stronie newslettera, który skrzętnie informował mnie gdzie Ptaszek tym razem zaświergoli i na każdą taką wiadomość konsekwentnie odpowiadałem: "Why not in Poland?" (nawet kilka razy odpisali jak bardzo są zaskoczeni, że gościa ktoś u nas w ogóle kojarzy).&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mamy rok 2009, nie tak dawno pisałem o płytce &lt;a href="http://pszemcio.blogspot.com/search/label/recenzje?updated-max=2009-02-08T20:48:00%2B01:00&amp;amp;max-results=20"&gt;"Noble Beast"&lt;/a&gt;, a tu ni z gruchy ni z pietruchy wiadomość, że kolo zagra u nas. Zarzępoli na skrzypkach, w ten jedyny w swoim rodzaju sposób, w chorzowskim Teatrze Rozrywki, w ramach tegorocznej edycji Ars Cameralis (która nota bene składem po prostu wymiata! &lt;a href="http://www.myspace.com/uppersilesianartfestival"&gt;Sprawdźcie sami&lt;/a&gt; )&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To już jutro o 19:00. Przed Birdem - Josephine Foster (wiem, że są tacy, którzy przyjadą tam specjalnie dla niej). W nocy spał spokojnie raczej nie będę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/X87gUR53hJg&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/X87gUR53hJg&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ktxy7ikUKjM&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/ktxy7ikUKjM&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6083809079298986968?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6083809079298986968/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6083809079298986968' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6083809079298986968'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6083809079298986968'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/11/andrew-bird-w-chorzowie.html' title='Andrew Bird w Chorzowie!!!'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3208551384762930634</id><published>2009-11-17T21:15:00.006+01:00</published><updated>2009-11-17T23:23:31.026+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Pear Jam</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SwMWX6LYNBI/AAAAAAAAAR0/pl1Pm3szQN0/s1600/pj.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 207px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SwMWX6LYNBI/AAAAAAAAAR0/pl1Pm3szQN0/s320/pj.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5405188577784509458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Pearl Jam - "Backspacer"&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;6.0/10&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Już dawno żaden album weteranów z Seattle nie zbierał tak dobrych ocen. Czy słusznie?&lt;/b&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W którymś z niedawnych numerów Machiny przeczytałem o rzekomym powrocie mody na grunge. Na upartego można by przyklasnąć. Padanie na kolana przed koncertówką Nirvany, całkiem nieźle sprzedający się krążek Alice in Chains no i Pearl Jam - trójka powróciła, jeszcze tylko skrzyknąć do kupy chłopaków z Soundgarden i zaczniemy się zastanawiać... Hmmm... Warto?! &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No właśnie. Można starać się kreować rzeczywistość, bo przecież kryzys, czasy trudne, to i dźwięki odpowiednie by się zdały, ale o prawdziwym revivalu zapomnijcie - raczej dowód, że w czasach niełatwych jechanie na sentymentach się opłaca. Koncertówka to tylko... koncertówka, wznowienie działalności AIC z wokalistą jadącym na wokalnej manierze poprzednika, to nieśmieszny żart, a Pearl Jam wprawdzie wrócił, ale wracał przecież regularnie (ostatnio z marnym zresztą skutkiem).&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Backspacer" miał być w założeniu bardziej wyluzowaną odpowiedzą na optymistyczny wybór Ameryki w wyborach prezydenckich. Kondycja drużyny Veddera chyba faktycznie uzależniona jest obecnie od warunków zewnętrznych, bo album zjada na śniadanie trzy poprzedniczki. Przede wszystkim wali w pysk obniżenie poziomu spinki. Postawili na klasyczne, szybkie, rockowe kawałki, może nawet z chęcią stworzenia takich luzackich, afirmujących życie, młodzieżowych (sic!) hymnów, pochodnych "My generation". Właśnie te szybsze i zwięzłe gitarowe czadziki, to jakby odbicie ich zamiłowania do coverowania klasyków. Z drugiej strony powrót do współpracy z O'Brienem przywraca każdemu z muzyków należyte miejsce. Jest odpowiednia dynamika, w końcu sekcja rytmiczna zgrywa się z resztą i w końcu są melodie, jakich długo im brakowało. Całość uzupełniają fragmenty lżejsze (z być może zbyt banalnymi smyczkowymi aranżacjami), o klimacie nawiązującym do prostoty "Into The Wild", czyli de facto do prostoty korzeni amerykańskiej piosenki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jasne że są momenty słabsze (patos "Amongst The Waves" czy "Speed of Sound" mogli sobie darować, choć fani ciągle wzdychający do "Ten" raczej to łykną), ale generalnie jestem zaskoczony, że ich jeszcze na coś takiego stać. Przy założeniu, że poziom czterech pierwszych wydawnictw zawsze już będzie nieosiągalny, można się nawet pokusić o teorię "drugiego oddechu"&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ok, byłem fanboyem PJ i taka ekscytacja, jaka towarzyszyła czekaniu na kolejne ich płyty w czasach świetności, pewnie już nigdy mi  się w życiu nie przytrafi (bom stary i zgorzkniały). Przyznaję, że od sentymentów wolny nie jestem, ale nawet przy sileniu się na maksymalny profesjonalizm, obiektywizm i dystans, nie mogę zaprzeczyć, że dawno już żadnej płyty nie słuchało mi się tak dobrze w samochodzie. Rock samochodowy? Rock stadionowy? Rock sentymentalny?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://media.santabanta.com/videos/video.swf" type="application/x-shockwave-flash" width="480" height="410" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" id="movie_player" name="movie_player" pluginspage="http://www.macromedia.com/go/getflashplayer" flashvars="video_id=5011&amp;amp;thumb=http://media.santabanta.com/videos/thumbs/2009/5011.jpg"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3208551384762930634?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3208551384762930634/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3208551384762930634' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3208551384762930634'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3208551384762930634'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/11/pearl-jam-backspacer-6.html' title='Pear Jam'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SwMWX6LYNBI/AAAAAAAAAR0/pl1Pm3szQN0/s72-c/pj.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8435218480679050173</id><published>2009-11-11T08:34:00.017+01:00</published><updated>2009-11-11T13:53:39.643+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>"Rogowiecki i Brzozowicz co się na muzyce znają."</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;~*~&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Z tego się nam jednak nie układa jakaś spójna całość, ja lubię albumy, które mają pewną koncepcję" - jak widać (słychać) w TV o muzyce może każdy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;script type="text/javascript" src="http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=2ylDAoHtwdk&amp;amp;login=w976&amp;amp;width=450&amp;amp;bg=ffffff"&gt;&lt;/script&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;(link do fragmentu audycji TVP Kultura, ukradłem z bloga: http://obroncyindierocka.wordpress.com )&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/92TNIIbaBOo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/92TNIIbaBOo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Well, it seems like they can be anything,&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Any kind of creature they want to be.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;~*~&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8435218480679050173?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8435218480679050173/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8435218480679050173' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8435218480679050173'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8435218480679050173'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/11/ze-he.html' title='&quot;Rogowiecki i Brzozowicz co się na muzyce znają.&quot;'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6063800170484646568</id><published>2009-08-12T20:55:00.012+02:00</published><updated>2009-11-06T23:50:16.590+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Scyklu "zaległe", czyli Ufffff - 2009</title><content type='html'>&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Spóźniony jestem masakrycznie - wiem...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Z racji ograniczeń czasowych i nadmiaru obowiązków, jakiejś mega wyczerpującej temat relacji nie będzie, zaledwie kilka słów o koncertach, które zobaczyć zdołałem i kilka spostrzeżeń o samym festivalu. Ogólne wnioski raczej banalne, bo najzwyczajniej w świecie mi sie podobało i uważam, że w kategorii muzyki gitarowej drugiego planu (drugiego w sensie popularności - nie dokonań), lepszej opcji w tej chwili w naszej okolicy nie ma. To jest impreza stworzona dla mnie, więc wybaczcie, że na myśl o artystach przyszłorocznych już się moczę.&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Zaczęło się w moim przypadku od sceny głównej, gdzie wystartowali The Thermals. Wychowankowie Sub Popu zagrali (tylko) solidnie, prosto i melodyjnie, ale z kopem mocno kontrolowanym i do tego dość schematycznie. W roli rozgrzewki przed doznaniami intensywniejszymi spisali się średnio. Lepiej było z objawieniem ostatich miesięcy - Micachu and The Shapes; zagrali krótko i zajebiście "inaczej". To co na ich debiutanckiej płycie brzmi może zbyt szkicowo, dopiero przy bezpośrednim kontakcie raczy słuchacza pełną paletą barw. Wokalistka (Mika Levi), tak bardzo antykobieca, jest kimś na granicy twórcy (twórczyni?) i fana (fanki?), mieszaniną czegoś artystowskiego i amatorskiego zarazem, bohemy i dziewczynki śpiewającej do butelki szamponu przed lustrem w łazience. To wszystko świetnie korespondowało z sympatyczną Sceną Leśną, świetnie brzmiało i świetnie zostało przyjęte. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;The Pains of Being Pure at Heart ponoć zawiedli, tzn. w sensie brzmienia. Szczerze? Nie pomyślałem tak ani przez chwilę. Mnie - na podstawie albumu - wydawało się, że w zamierzeniu tak własnie być miało, więc w tym sensie nie skumałem żalów. Inna sprawa, że zespół w wersji live jakby gubił melodie i raz za czas ziewnąć musiałem. Niby ok, ale bez większej podjarki. Jak na razie zespół studyjny zdaje się.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Wybór między Janerką, a Marrisą Nadler nie był szczególnie trudny, jeśli się Lecha kilka razy na żywo widziało. Odegranie "Łodzi podwodnej" niewątpliwie było wydarzeniem, ale chęć poczucia klimatu, w jakim specjalizuje się wiecznie smutna Amerykanka, wygrała. To był niezły koncert, odegrała praktycznie całą ostatnią płytę. Faktycznie trochę posępna i wyalienowana laska, miała w sobie coś upiornego i wciągającego zarazem. Koncert może nie porywający, ale perfekcyjny pod względem wykonania. I jedynie banalna konstatacja, że klub byłby dla niej lepszy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Fucked Up na leśnej traktowałbym raczej w kategorii ciekawostki niż artystycznego wydarzenia. Brzydki, gruby, łysy facet z opuszczonymi spodniami, charczący do mikrofonu i (przy tej całej muzycznej agresji) bez obciachu podlizujący się publiczności. Zachwalał festiwal i szczęśliwy był niezmiernie, w sumie pozytywny typ, gdyby nie ta muza...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Dwie wisienki na koniec dnia pierwszego; najpierw mój prywatny koncert wieczoru - The Week That Was na Scenie Trójki. Bałem się o frekfencję, a było całkiem nieźle i - co ważne - niewiele osób wyszło podczas samego występu. Na scenie jakby jeszcze bardziej geometryczni, jeszcze bardziej rytmicznie odjechani. Do tego melodie w stylu "Come home", tak bardzo epatujące ich "brytyjskość", że intensywniej już chyba nie można. Koncert z każdym kawałkiem coraz bardziej perfekcyjny. Wielki szacun&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;No i Spiritualized. Całkiem przyzwoita frekwencja pod główną. Podkręcanie tempa z każdą minutą. Było tak jak chcieliśmy: hipnotycznie, transowo, z epatowaniem uduchowionego przekazu do granicy wytrzymałości. Pierce przez cały wystep bokiem do publiczności. Sporadycznie sięgał do repertuaru "Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space", ale to raczej nikomu nie przeszkadzało, bo poziom wkręcania śruby był i tak wystarczająco wysoki. Klasa.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;W sobotę na pierwszy ogień poszła Gaba Kulka. Budzi mój podziw swoboda z jaką ona operuje głosem, ale co z tego skoro sprowadza się to do polskiej wersji Kate Bush/Tori Amos. Robiła wrażenie przez jakieś 15 minut, potem już raczej przynudzała. Wielkim rozczarowaniem (największym dla mnie osobiście) był występ Casiotone For the Painfully Alone. Mam nadzieję, że to jedynie kwestia miejsca, że Owen Ashworth gra zbyt intymne dźwięki, by sie mogły sprawdzic na letnich festiwalach. Ten koncert od początku nie brzmiał, poszczególne kawałki się zlewały, a to co najważniejsze, czyli teksty, było nie do rozszyfrowania. Na dodatek słońce jeszcze grzało, nie ten czas i nie to miejce. To był jedyny koncert wieczoru, na którym autentycznie świeciło pustkami i to nie dlatego ze Casiotone to produkt nieznany, ale dlatego ze ludzie masowo zaczynali opuszczać namiot. W sumie najmutniejszy akcent całości.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Handsome Furs muzyczne braki świetnie nadrabiają energią sceniczną. Są stworzni na letnie festivale, bawią swoją ekspresją. Figury geometryczne, jakie kreśliła w powietrzu nogami pani obsługująca klawisze, były znacznie bardziej skomplikowane niż jej gra, ale wraz z wyraźnie niestroniącym od używek partnerem na wokalu, dali wszystkim zgromadzonym niezłego kopa. Ocena końcowa pozytywna. CKOD na głównej niczym aboslutnie przy odgrywaniu swojego pamiętnego debiutu nie zaskoczyli. Wciąż drażnią i irytują tym swoim licealnym buntem i wciąż udowadniają, że materiał z ich najlepszego krążka jest właściwie kanonem naszego podwórka. Odczucia słuchacza jak zawsze ambiwalentne.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Byłem nieźle podjarany koncertem The Car Is On Fire, bo w odróżnieniu od malkontentów, łyknąłem ostatni album w całości. I się w tym zdaniu jedynie utwierdziłem, bo oni po prostu wytmieli. Od pierwszego kawałka porwali publikę, a potem nie mylili się ani razu. Czekanie na każdy kolejny utwór wśród pokaźnego tłumu piszczących fanek, było czymś naprawdę ekscytującym. Odeszli w chwale, serio.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Wooden Shjips - największe zaskoczenie festiwalu, wkręcali śrubę długaśnymi gitarowymi, niemal youngowymi setami, przyozdobionymi mnóstwem pogłosów, co dawało mocno psychodeliczny efekt. Stałem w dość dużej odległości od sceny, a jednak smak kwasu czułem wyraźnie. Jermy Jay - widziałem może połowę występu; zaczęło sie fatalnie, bo od technicznych problemów, potem usłyszałem kilka solidnych synth popowych nawiązań do dekad minionych, ale sie zbytnio nie angażowałem, bo biegłem na The National.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;Ten koncert zasługuje na oddzielny wpis. Nie spodziewał się tego chyba nikt, kto zna ich tylko z płyt. Ekspresja Matta Berningera (wyraźnie po kilku głębszych), jego sposób poruszania się na scenie, budowanie napięcia, agresywna żonglerka emocjami w tych - wydawałoby się - nastrojowych pieśniach, to wszystko robiło kapitalne wrażenie. Stałem z otwartą gębą, nie tylko ja zresztą - koncert festivalu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;I niedziela, czyli w naszym przypadku (już w klubie) Iowa Super Soccer i Mark Kozelek. Dla pierwszych duży plus: skromność, śliczny i kruchy repertuar, głos i buźka wokalistki - 5 za całokaształt. A Kozelek? Kozelek robi co chce, a publiczności się nie podlizuje, przeciwanie - żart ma raczej cięty i na granicy szyderstwa (akcja z fotografem). No ale tacy artyści nie są od lubienia, więc na odbiór muzyki w moim przypadku to nie wpływa. Był klimat w restauracji (mimo efektów dźwiękowych zza okien), ale muzyk chyba przesadził z długością występu. W pewnym momencie to, co zaczęło się ekscytująco, nużyło i usypiało. Powodowała to głównie formuła - czyli tylko on i gitara. To jednak zupełnie inna bajka niż granie zespołowe Red House Painters. Oczywiście "ten" wokal, możliwość usłyszenia "tego" artysty - to jest "coś" dla fanów, ale jak ktoś takiego sentymentu w sobie nie nosi i był tam raczej z ciekawości, mógł się trochę wynudzić&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;. Miałem wrażenie, że to taki koncert, na którym wypada klaskać bardzo głośno, wypada zagadywać po angielsku, żeby artysta coś fajnego ze sceny odpowiedział, wypada siedzieć do końca nawet jeśli byłeś znużony, a po wszystkim wypada mówić, że było pięknie (bo przecież.. ach, slow core, wiesz... legenda... wiesz...), nawet jesli nie było. Powiedzmy że było ładnie, a to jednak różnica.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/SN_4-yYG8zY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/SN_4-yYG8zY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6063800170484646568?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6063800170484646568/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6063800170484646568' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6063800170484646568'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6063800170484646568'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/08/scyklu-zalege-czyli-ufffff-2009.html' title='Scyklu &quot;zaległe&quot;, czyli Ufffff - 2009'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1305648942054518115</id><published>2009-08-04T18:39:00.018+02:00</published><updated>2009-08-05T22:19:57.632+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Off 2009!</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;~*~&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SnnME8tWD8I/AAAAAAAAARo/PixSJ8Nno7s/s1600-h/off.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 308px; height: 147px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SnnME8tWD8I/AAAAAAAAARo/PixSJ8Nno7s/s320/off.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366544816376516546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli jesteś cycatą blondynką i chciałabyś umówić sie ze mną "na kawę" w piątkowe popołudnie, to masz pecha; widocznie za mało się starasz, bo biegam właśnie od sceny do sceny, ciągnąc za sobą zdyszaną Kasię i biadoląc na czym świat stoi, że człowiek nie ma czasu nawet browara załyczyć. Gdzieś tak od 17.30 mam usposobienie nieprzychylne, spojrzenie groźne i energię 18-latka; naiwnie i dosadnie wytykam Ameryce jej obłudę, bo jestem na koncercie &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=A4Iobo18U9w"&gt;The Thermals&lt;/a&gt;. Bunt jest męczący, więc się nieźle zjarałem, ale szybciutko zapierdalam (sorki, ale innego określenia nie znajduję, tak właśnie - zapierdalam) na scenę leśną, gdzie przy pomocy różnego rodzaju sprzętu użytku domowego rządzi &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=UoEA_xYaLBw"&gt;Micachu and the Shapes&lt;/a&gt; ze swoimi nieźle odjechanymi eksprymentami i z wokalistką myślącą, że jest chłopcem. Ostatnie dźwięki tarki czy odkurzacza i już nieźle zmachany wskakuję z powrotem na główną, żeby posłuchać &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=B4itzHRpltQ"&gt;The Pains of Being Pure At Heart&lt;/a&gt; i zanurzyć się w szeleszcząc0-melodyjnym repertuarze tegorocznej amerykańskiej sensacyjki. Po tych trzech (jakże wykończających) występach trochę luzu, za to o 21:00 biegusiem pod scenę trójki, bo tu zgoła odmienne klimaty i emocje. Wyciszam się wraz z melancholijną ulubienicą Amerykanów - &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=_jfhbTQfdZk"&gt;Marrisą Nadler&lt;/a&gt;, w repertuarze której raczej smutek i mrok bezkresny. Się nawet porządnie nie zdołałem uspokoić, gdy już po chwili lecę obejrzeć (owiane legendą) hardcorowe wybryki &lt;a href="http://www.myspace.com/epicsinminutes"&gt;Fucked Up&lt;/a&gt;,  a zaraz po nich (znowu na trójkowej scenie) gości ze Szkocji, nieźle główkujących odnowicieli brytyjskich tradycji, właściwie Field Music pod inną nazwą,  czyli &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=b8GAGyDisJ8"&gt;The Week That Was&lt;/a&gt; (i tu zdaje się będzie punkt kulminacyjny tego wieczoru jak dla mnie, choć z racji zerowej popularności obawiam się o frekfencję). Chociaż nie (co ja gadam?? co ja gadam w ogóle?!). Jaki punkt kulminacyjny??? Godzina 0:15 - psychodelliczna jazda ze &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=MCS__YZAaLw"&gt;Spiritualized&lt;/a&gt;!!! Uff, mogę jechać do domu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Drugi dzień zaczynam też około 17:00, bo wtedy startuje Owen Ashworth i jego &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=pk47FrbTxPs"&gt;Casiotone For The Painfully Alone&lt;/a&gt;. Jest faktycznie "alone", ma tylko te swoje Casio, jest synentyczny i piekielnie smutny. Korzystając z chwili zerkam na &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=MS5mbeXHOmo"&gt;Hansome Furs&lt;/a&gt;, mimo że o Kanadyjczykach więcej czytałem niż słuchałem ich muzyki, a klimaty około-Wolf Parade średnio mnie obecnie kręcą. Ciekawość jednak zwycięża. Potem chwila przerwy, kręcę się między scenami, nasłuchuję co lepszych kawałków i docieram na występ &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=KayflrYWAvM"&gt;The Car Is On Fire&lt;/a&gt;. Jeśli ma przeważać materiał z nowej płyty, to już mi się podoba (czy ja już pisałem o "Ombarrops!? Nie pisałem? Ooops.). Po Carsach &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=6_wqxn9kDmc"&gt;Jeremy Jay&lt;/a&gt;, ale nie oglądam do końca, bo muszę mieć najlepszą z możliwych miejscówek pod główną, gdzie zagrają jedyni godni spadkobiercy Tindersticks - &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=KehwyWmXr3U"&gt;The National&lt;/a&gt;!!! Wydarzenie wieczoru, zespół, który sam jeden by mnie do Mysłowic spokojnie przyciągnął. Ponuro będzie oj ponuro, ale z traumy wyciągnie nas &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=BcCR8zwUdOY"&gt;The Field&lt;/a&gt; - bo Kasia tego bitu raczej nie odpości. Jest 4:00 nad ranem - wracamy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W niedzielę już wypieszczeni, wypielęgnowani, wypachnieni i uczesani odcinamy się z Kasią od festivalowego brudu i piwska. Zaliczamy jedynie klubowy koncert &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=NFQ4nuUuwNo"&gt;Marka Kozelka&lt;/a&gt; (twórcy legendy Red House Painters i Sun Kill Moon). Po takiej dawce dream-popu pełni jesteśmy melancholii i zadumy; wracamy do domu w milczeniu, świat wydaje się dziwnie spokojny i  świadomość, że w poniedziałek trzeba iść do pracy, obchodzi nas jakby mniej...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mniej więcej tak to sobie wyobrażam. Dobranoc miśki moje.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1305648942054518115?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1305648942054518115/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1305648942054518115' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1305648942054518115'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1305648942054518115'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/08/off-2009.html' title='Off 2009!'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SnnME8tWD8I/AAAAAAAAARo/PixSJ8Nno7s/s72-c/off.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3167053013453662855</id><published>2009-07-28T19:06:00.033+02:00</published><updated>2009-07-29T21:59:42.948+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>a kiedy byłem młody...</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-tab-span" style="white-space:pre"&gt;          &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SnClTKxMDGI/AAAAAAAAARg/IO94cIcfR-c/s1600-h/1.bmp"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 307px; height: 285px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SnClTKxMDGI/AAAAAAAAARg/IO94cIcfR-c/s320/1.bmp" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5363968904925023330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;~*~&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie ma chyba nic gorszego dla kreowania swojego sieciowego wizerunku, niż przyznanie się w połowie 2009 r., że jedną z pierwszych kapel, do jakiej pałałeś miłością bezgraniczną, był Pearl Jam. W ogóle grunge jako zjawisko tak masakrycznie wyeksploatowane przez media, w kolejce do rozmaitych revivali stoi chyba nawet za pudel-metalem (chociaż chwilę, czy on już nie miał swojego małego come backu w postaci The Darkness? Kto dziś pamięta The Darkness?). Brzmienie Seattle (umówmy się na chwilę, że coś takiego istniało) skompromitowane głównie przez straszne post-flanelowe historie typu Nickleback, Creed czy Staind, faktycznie stało się synonimem kaszany, z jaką mógł się równać jedynie nu-metal. Pearl Jam zawsze już będzie za to zjawisko obwiniany bardziej niż bezkompromisowa Nirvana, bo hołdując w znacznej mierze mainstreamowym klasykom, zdecydowanie intensywniej inspirował przeboje typu "How you remind me", które musiały być wystarczająco gitarowe, by być w zgodzie z trendem (a właściwie post-trendem), lecz na tyle ugrzecznione, by nie kłuć uszu słuchaczy komercyjnych stacji radiowych. Rzutuje więc na obraz Peal Jam niestety bardziej grono naśladowców niż dorobek, o którym nikt poważny dziś już nie powie (i racja), że jest mistrzostwem świata (kilka lat temu czytelnicy "Teraz Rocka" wybrali "Ten" na album wszech czasów, co dowodzi jedynie skali popularności). Rzutuje to na obraz kapeli, ale chyba niesłusznie. Samo choćby porównywanie tak bardzo przestrzennego i podatnego na improwizację "Ten" czy coraz bardziej uciekających od kompromisu (również w stosunku do komercyjnej machiny) "Vs" i "Vitalogy", a także dorosłego (brzmieniowo) "No Code" do armii topornych naśladowców, byłoby jednak przegięciem. Również wskazanie źródeł nie pozostawia wątpliwości kto tu według jakich zasług mierzony być powinien. Grunge w swych początkach był jednak tworem wynikającym w znacznej mierze z reakcji na niespokojne czasy (sytuacja polityczna wczesnych lat 90-tych, konflikt w Zatoce Perskiej itd.) oraz dominację grzecznego rocka uosabianego przez Bon Jovi; jasne, że "Ten" to juz ogromna akcja promocyjna, kreowanie Veddera na głos pokolenia i tego rodzaju (śmieszne z dzisiejszej perspektywy) szopki, ale wszystko co było tuż przed oraz obok i co tych muzyków konstytuowało (że wspomnę choćby Green River, Mudhoney, Mother Love Bone), to już każe patrzeć na nich z zupełnie innej perspektywy niż na rzesze naśladowców.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dziś na Pearl Jam patrzy się jak na relikt przeszłości; po niedawnej reedycji "Ten" w najważniejszych portalach internetowych, zajmujących się muzyką (umownie) "niezalezną", dominował ton raczej pobłażliwy, na zasadzie "to nie nasza muzyka, ale wam coś o niej powiemy - patrzcie jak się wtedy muzycy spinali przy mikrofonach", a słuchacze chyba już dawno łyknęłi, że przyznanie się do fascynacji tym zespołem stawia ich na pozycji przegranej. Sam zresztą także wyrosłem z miłości bezgranicznej do Pearl Jam, ale jednak chciałbym żeby zachowano jakąś równowagę; to był zespół co najmniej przyzwoity, a że konwencja akurat niemodna i teatralne pozy w oczy kłują? Cóż, to moda i konwencja właśnie. &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Cały ten oczywisty wywód nie zmienia faktu, że po "Yield" zespół masakrycznie zaniża i ekscytacja towarzysząca czekaniu na kolejny album (już 20 września) w moim przypadku jest zerowa. Chciałbym się rozczarować, chciałbym żeby (tak jak u ich guru - Neila Younga, który tyle razy już się podnosił) można było mówić tylko o słabszym etapie kariery, po którym następuje kolejny cios między oczy, ale takie rzeczy to chyba tylko u starszych panów z Kanady. Zdaje się, że bardzo im zależy na odbudowaniu marki, bo produkcję materiału znowu powierzyli współtwórcy ich największych sukcesów - Brendanowi O'Brienowi. "Backspacer" będzie zawierał 11 premierowych kawałków, z których dwa już znamy. O ile &lt;a href="http://www.nbc.com/the-tonight-show-with-conan-obrien/video/clips/musical-performance-pearl-jam-060109/1116201/"&gt;"Get some"&lt;/a&gt; naprawdę przywraca nadzieję, to &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=36-ggYCSB_U"&gt;"The Fixer"&lt;/a&gt; momentalnie ją studzi.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3167053013453662855?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3167053013453662855/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3167053013453662855' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3167053013453662855'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3167053013453662855'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/07/kiedy-byem-mody.html' title='a kiedy byłem młody...'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SnClTKxMDGI/AAAAAAAAARg/IO94cIcfR-c/s72-c/1.bmp' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1087420063813557652</id><published>2009-07-20T03:09:00.046+02:00</published><updated>2009-07-23T21:16:17.822+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Wilco</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SmczSGAa5YI/AAAAAAAAARY/e7Y3-Lsth0M/s1600-h/wilco.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5361310267350902146" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 177px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SmczSGAa5YI/AAAAAAAAARY/e7Y3-Lsth0M/s320/wilco.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Wilco -Wilco (The Album)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;5,0/10&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;strong&gt;A ty? Czy wierzyłeś, że jest szansa na coś więcej?&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Forma tego bloga jest dość łopatologiczna, ocenę wystawioną albumowi otrzymujesz czytelniku już pod samym jego tytułem, więc o elemencie zaskoczenia w trakcie lektury mowy nie ma. Skoro tak i skoro notą dostajesz w pysk już na starcie, potraktuj ją jak tezę, którą tekst stara się rozpaczliwie udowodnić. Pozwól, że przedstawię ci 12 argumentów udowadniającach, że "Wilco (The album)" rozczarowuje; argumentów słabych i łatwych do obalenia przez średnio rozgarniętego przedszkolaka, bo bazujących jedynie na bardzo subiektywnej dychotomii: podoba się/nie podoba się.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Recka przyjmie formę najbardziej ssącą z możliwych, a więc opisu poszczególnych kawałków po kolei. Dlaczego? Bo ostatnio wszyscy tak strasznie starają sie takich tekstów unikać, że zatęskniłem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jeśli miałbym się silić na ustalenie jakiekolwiek konceptu dotyczącego tego krążka, to napisałbym że to "album o czekaniu". Nie, nie chodzi o to, że Tweedy ma jakieś głębsze przemyślenia dotyczące życiowej postawy stoika, nie chodzi też o miłosne tęsknoty i tym podobne bzdurki (chociaż może), to raczej album o czekaniu słuchacza na naprawdę dobry kawałek Wilco. Czy czekanie na dobry kawałek podczas słuchania przeciętnej płyty może być w jakikolwiek sposób pasjonujące? Sprawdźmy:&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;1. "Wilco (the song)" - piosenka jakich Tweedy mógłby pisać pewnie tysiące, średnie tempo trochę nabijane klawiszami i upstrzone gitarowymi brudkami, bez polotu. Czekam.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;2. "Deeper down" - ładne rzeczy w tle, ładne, ale nie o tło w muzyce Wilco chodzi. Nie porywa melodia, utwór który chce, ale nie może sie rozkręcić. Wciąż czekam.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;3. "One wing" - siłą tego zepołu, oprócz zdolności do komponowania lekkich piosenek wykorzystujących elementy country czy nawet beatlesowskie melodie i harmonie ("Summerteeth" - moja ulubiona płyta w ich dorobku), jest niewątpliwie melancholijno-swojski wokal Jeffa, składający sie na to nieokreślone "coś" odczuwane mega-subiektywnie; m. in. dzięki niemu wychodzili z opresji na "Sky Blue Sky" z 2007 r. i w tym utworze też wyszli, mimo że żadne to arcydzieło. Na ciary nadal czekam.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;4. "Bull black nova" - po co? Zastanawiam sie po co taki kawałek? Po co te sonicowe gitary? (w sensie - dorosły Sonic, czyli np. "Nurse"). To jakby nie ich brocha, a poza tym to mi w ogóle nie koresponduje z resztą materiału, od takich rzeczach są inni - lepsi. Czekam.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;5. "You and I" - duet z Feist. Na pierwszy odsłuch to ładne jest, ale jak człowiek pomyśli to... kurde taka damsko-męska konwencja prostej piosenki przy ognisku na obozie harcerskim. No ładne, ładne, choć w sumie banalne. Na mrówy nie starczy. Czekam zatem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;6. "You never know" - ha! No wreszcie! Ej no serio, uśpiony zaledwie poprawnością poprzedniczek, nie oczekiwałem już nawet takiego momentu. Początek wprawdzie żadnych wyżyn nie zwiastuje, ale już na etapie 0:52, gdzie zabójczy refren z fantastycznie wtórującym chórkiem rozdzielonym pojedyńczymi dźwiekami kalwiszy tworzą niezwykle zgrabną całość - kolana mi miękną. Takie klimaty opisowi się nie poddają, bo to wchodzi przez skórę. Tego oczekuję po tym zespole. Doczekałem się, chcę więcej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;7. "Country Disappeared" - szkoda że taki kontrast, nieco przynudnawa rozwlekła kompozycja bez wyrazu. Powrót do stanu czuwania.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;8. "Solitaire" - tendencja zwyżkowa, to co ładnie i delikatnie sie zaczyna, brzmi jednak zbyt szkicowo, by mogło zadowolić marudy takie jak ja. Nie zaskoczę więc nikogo, pisząc "I still havent't found what I'm kooking for".&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;9."I'll Fight" - no, człowiek sobie myśli, że coś naprawdę fajnego, to powtarzanie fraz, zgrabna melodia, wreszcie nuta jaka do nas trafia, ale hola! Czy ja tego już wcześniej nie słyszałem? Słyszałem, bo to taka szybsza wersja "On and on and on" - czyli powtarzamy się, czyli nadal czekam&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;10. "Sonny feeling" - znów typowo jak dla nich, ale też bez wyrazu (normalnie określenie "typowo dla nich" byłoby komplementem); już nawet nie bardzo wiem do czego sie przyczepić, bo każdy opis będzie równie bezbarwny jak ten kawałek.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;11. "Everlasting Everything" - taki dobry utwór na podsumowanie, nieco Lennonowskie pianino i bogaty aranż. Ładne i na tle tej płyty zwraca uwagę.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;I nagle sie człowiek orientuje, że nie ma już na co czekać.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Żeby nie było - trudno skasyfikować ten materiał jako jednoznacznie słaby, ale analizując to w kontekście kapeli, która w latach 90-tych wypuściła dwie najprawdziwsze perły alt. country, a w 2002 r. zdefiniowała (choć nietypowo) niepokój całego pokolenia po 11.XI, równie trudno uznać "The album" za udany, więc ocena idealnie po środku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;PS. Wiem, że ta recka strasznie nudna, ale jakoś mi to koresponduje z zawartością krążka.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/HYhQ2ReEyvQ&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/HYhQ2ReEyvQ&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1087420063813557652?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1087420063813557652/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1087420063813557652' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1087420063813557652'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1087420063813557652'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/07/wilco.html' title='Wilco'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SmczSGAa5YI/AAAAAAAAARY/e7Y3-Lsth0M/s72-c/wilco.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6394927624384623758</id><published>2009-07-16T23:24:00.016+02:00</published><updated>2009-07-20T02:29:09.716+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Marissa Nadler</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SmAjtkKWDYI/AAAAAAAAARQ/f1lDS8e7EP4/s1600-h/nadler.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5359322822279040386" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 178px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SmAjtkKWDYI/AAAAAAAAARQ/f1lDS8e7EP4/s320/nadler.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="FONT-WEIGHT: bold"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Marissa Nadler - "Little Hells"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;b&gt;&lt;i&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;6,9/10&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="FONT-WEIGHT: bold"&gt;To absolutnie nie jest album na poranne słońce, rażące zaspane oczy śpiochów czy też na letnie wieczory przy piwie i grillu. To nie jest towarzysz wakacyjnych wypraw tudzież soundtrack do 30-stopniowego skwaru. To właściwie anty-letni krążek, za który pewnie bym się w ogóle nie zabrał, gdyby nie fakt, że Marissa przyjeżdża na offa, a do tego ostatnimi czasy ciągle padało.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Najpierw może maciupka dygresja: jestem na etapie kupowania aparatu fotograficznego, żadne tam cuda i profesjonalka - ot dobry aparat na imieniny jakiejś cioci Jadzi (czy ja mam ciocię Jadzię?) lub pierwsze urodziny chrześniaka. Taki coby dobre fotki strzelał, ale bez mojego nadmiernego wysiłku, bo ani się specjalnie nie znam, ani się specjalnie nie pasjonuję. Jasne, niech ma zoomów tysiące i martyce kilometrowe, niech świeci blaskiem luksusu na ciotczynej imprezce, a co - niech widzą. Mieliśmy już nawet taki jeden profesjonalnie wyglądający kupić, jużeśmy się podpalili zdrowo, ale jak przyszło robić foty, to jakieś takie niewyraźne w tle i zamazane. Powie ktoś: aparatem z manualnymi ustawieniami robić zdjęcia trzeba umieć - no może, ja w takim razie nie umiem i raczej mi się uczyć nie chcę, więc odstawiłem na sklepową półkę. &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Z muzyką jest jakby odwrotnie, jak coś zbyt ostre, zbyt przejrzyste i kanciaste, to jest w moich uszach raczej kiszką. To co istnieje tylko na powierzchni, bez (podskórnie choćby wyczuwalnego) drugiego dna - w uszach moich wcale nie brzmi, wcale nie kręci i nie zachęca. Wolę raczej jakieś niespokojne zniekształcenie, fałszywą nutę czy niedopowiedzenie; wolę raczej mieć ciągłe przeświadczenie, że do końca nie ogarniam, niż ogarniać po jednym odsłuchu. Chyba dlatego mi ten album siada, że Marissa swoje, płynące w żółwim tempie, mroczne pieśni przyozdabia właśnie takim nieco rozmytym, niewyraźnym tłem. Nie ważne czy trzon stanowi tu jakiś klawiszowy motyw, jak w ulatującym 10 cm nad ziemią, otwierającym całość "Heart paper love", czy niemal post-punkowa rytmika w "Mary come alive" albo akustyki w prześlicznym "Ghost and lovers" - zawsze w tle jakieś nieokreślone plamy robiące mi dobrze. Sama artystka wtóruje temu wszystkiemu swym nieco nawiedzonym i majestatycznym głosem, wybijając sie wśród wokalistek zbyt często ulegającym modzie na post-bjork-infantylne-wokale. Z dostojnością i lekkim nawiedzeniem opowiada historie, w których na równych prawach funkcjonują: miłość, śmierć, duch, kochanek i cienie przeszłości. Lekkie uczucie przesytu i znużenia w pełni rekompensuje klimat, wyczuwalna duchowa więź z 4AD (nie bez przyczyny określa się jej muzykę jako gotycką), a może też kimś młodszym - na zasadzie tworu pośredniego między wczesną Cat Power, a Beach House. W każdym razie to ten typ muzyki, który się do kotleta nigdy nie nada. &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Marissa jest artystką niezwykle lubianą na zachodzie, co kompletnie sie nie przekłada na nasze podwórko (jakaś tam recka na Porcys, głównie o tym że przynudza). Szlechetne to - trzeba przyznać - nudziarstwo, nawet jeśli nieco przeceniane; i nawet jeśli u niektórych faktycznie wywołuje gwałtowną potrzebę snu, to i tak trudno tym balladom odmówić smaku, co przy takiej (nieco posępnej) estetyce wcale nie było oczywiste.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Co do aparatu, to nadal szukamy czegoś co da nam zdjęcia tak dosłowne, że aż tandetne; tak ostre i kanciaste, by ciotka Maryśka (czy ja mam ciotkę Maryśkę?) piszczała z zachwytu, wydymając przy tym swoje pulchne policzki. Co do Marrisy - nadal słucham wieczorami.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Br8rV7bIhFo&amp;amp;hl=" fs="1&amp;amp;" width="560" height="340" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6394927624384623758?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6394927624384623758/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6394927624384623758' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6394927624384623758'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6394927624384623758'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/07/marissa-nadler.html' title='Marissa Nadler'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SmAjtkKWDYI/AAAAAAAAARQ/f1lDS8e7EP4/s72-c/nadler.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8805947634977883555</id><published>2009-07-08T19:19:00.028+02:00</published><updated>2009-07-10T17:14:55.857+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Dirty Projectors</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SlTqX8d7-aI/AAAAAAAAARI/fdEsrCzKTS8/s1600-h/dirty.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5356163553939945890" style="FLOAT: left; MARGIN: 0pt 10px 10px 0pt; WIDTH: 200px; CURSOR: pointer; HEIGHT: 201px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SlTqX8d7-aI/AAAAAAAAARI/fdEsrCzKTS8/s320/dirty.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="FONT-WEIGHT: bold;font-size:130%;"&gt;Dirty Projectors - "Bitte Orca"&lt;/span&gt; &lt;span style="FONT-WEIGHT: bold; FONT-STYLE: italicfont-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="FONT-WEIGHT: bold; FONT-STYLE: italic"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;7.6/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span style="FONT-WEIGHT: bold"&gt;Słów kilka o trzecim w kolejności, najintensywniej hajpowanym albumie roku.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Kolejne recenzje najnowszego wydawnictwa Dirty Projectors, to kolejne zachwyty, ustawianie ich (ostatnio bardzo modne) w kontekście tych, przez których są lubiani (a więc David Byrne, Bjork, Phil Elvrum czy Grizzly Bear) i podkreślanie na każdym kroku eksperymentalnego charakteru tego dzieła, co najczęściej popiera się gadką o akademickiej karierze frontmana - Dave'a Longstretha.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Jest dobrze, jest może nawet najlepiej od kilku ładnych lat. Chodzi o to, że dawno już albumy tak mocno promowane przez pismaków nie przedstawiały tak wysokiego poziomu. Każdy z trzech oczywistych typów ("Merriweather Post Pavillon", "Veckatimest", "Bitte Orca") prezentuje się co najmniej bardzo przyzwoicie, a wszystkie razem świadczą jak na razie o roku 2009 wręcz rewelacyjnie. Dodać trzeba, że w dobie internetu te (nie tak znowu łatwe w odbiorze) wydawnictwa, radzą sobie świetnie także w sferze marketingu; żadna tam nisza i piwnice, raczej świetnie prosperujące kapele.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Wśród wspomnianych typów "Bitte Orca" może jawić się nawet jako twór najciekawszy. Najciekawszy w sensie muzycznej zagadki, na zasadzie domysłów "co przyniesie kolejny utwór", a nawet "co przyniesą kolejne nuty". Już otwierający "Cannibal resource" zwraca uwagę na wypolerowane brzmienia, pulsujący rytm upiększony krótkimi i nieco poszatkowanymi partiami chórków, które często są żeńskim odpowiednikiem podobnych historii na ostatnim krążku Grizzly Bear (tym tropem idą także "The Bride" i "No intention"). Dwójka - "Temecula" - przypomina klimatem "trudny pop" spod znaku solowych dokonań Archera Prewitta, ale w bardziej odjechanym, psychodellicznym wydaniu i z atonalnymi zapędami. Po dwóch odsłonach wiemy, że na tym wydawnictwie wydarzyć może się praktycznie wszystko. Znalazło się miejsce dla nowoczesnego - podbitego wyraźnym bitem - R'n'B w postaci singlowego "Stillness in the move" (video poniżej), który jest właściwie jedynym momentem spełniającym wymogi utworu promocyjnego, za sprawą nośnej melodii i kapitalnego wokalu jednej z trzech udzielających się tu wokalistek.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;Faktycznie może się wydarzyć wszystko, np. akustyczny, upiększony smykami "Two Doves" czy wzbogacony już niemal "Medullowymi" chórkami "Useful chamber", w których głos wokalisty wyraźnie ciągnie w kierunku Hogarty'ego - z tym że tutaj to tylko element znacznie bardziej rozbudowanej struktury. Czasem spokojne i trochę przerysowane wokale (znowu Antony się kłania) porozdzielane są perkusyjnymi wstawkami z lat świetności Led Zeppelin (The Bride) tudzież za sprawą kapitalnych kobiecych zaśpiewów utwór przybiera nieco etniczny charakter ("Remade horizon").&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;To może (dla równowagi) coś na ostudzenie zapału do wystawienia niespotykanie wysokiej noty, co w oczach czytelników byłoby zapewne kolejnym dowodem na gówniarskie łykanie każdej podjarki zachodnich portali muzycznych. To co mnie trochę mierzi, to fakt, że element zaskoczenia wydaje się tu raczej celem niż środkiem. Brakuje momentów bardziej ludzkich; poza "Stillness is the move" nie ma fragmentu, w którym pomyślałbyś: "dobra, koniec główkowania - może zapomnijmy się przez chwilę". Pod tym względem dwa wspomniane wcześniej tegoroczne hajpy wygrywają na całej linii. Już nawet nie wspominam o melodiach, ale dziw, że przy takiej różnorodności praktycznie nie ma tu hooków; brak mrówek na plecach rekompensuje chłodna akademicka analiza, a mrużenie oczu z zachwytu zastępuje oczekiwanie na kolejne fajerwerki. W zasadzie też nieźle, ale ja czuję, że najlepsze mają jeszcze przed sobą.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/YMPF6lpM0XM&amp;amp;hl=" width="560" height="340" type="application/x-shockwave-flash" fs="1&amp;amp;" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8805947634977883555?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8805947634977883555/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8805947634977883555' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8805947634977883555'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8805947634977883555'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/07/dirty-projectors.html' title='Dirty Projectors'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SlTqX8d7-aI/AAAAAAAAARI/fdEsrCzKTS8/s72-c/dirty.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1451852140019370310</id><published>2009-06-30T20:57:00.016+02:00</published><updated>2009-07-03T18:45:38.437+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Danger Mouse &amp; Sparklehorse</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sk0RgxkC5_I/AAAAAAAAARA/j6D1fchUOlE/s1600-h/dark+night.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sk0RgxkC5_I/AAAAAAAAARA/j6D1fchUOlE/s320/dark+night.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5353954786771396594" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Danger Mouse &amp;amp; Sparklehorse present - "Dark Night of the Soul"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"   style="border-collapse: separate; color: rgb(0, 0, 0); font-style: normal; font-variant: normal; font-weight: normal; letter-spacing: normal; line-height: normal; orphans: 2; text-indent: 0px; text-transform: none; white-space: normal; widows: 2; word-spacing: 0px;font-family:'Times New Roman';font-size:100%;"&gt;&lt;div   style="border-width: 0px; margin: 0px; padding: 3px; width: auto; font-style: normal; font-variant: normal; font-weight: normal; line-height: normal; font-size-adjust: none; font-stretch: normal; text-align: left;font-family:Georgia,serif;font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;8,0/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;Album, którego nie ma&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Cała jazda wokół tego albumu&lt;b&gt;, &lt;/b&gt;zamieszanie związane z jego wydaniem, jakieś dziwne historie na linii Danger Mouse/EMI - to wszystko trochę niesmaczne; tak naprawdę poszkodowani są słuchacze, bo mają  utrudniony dostęp do materiału, którego wartości nawet nie śmiałbym podważać. Panowie Brian Burton (Danger Mouse) i Mark Linkous (Sparklehorse)  zaprosili  do nagrań całkiem solidną gromadkę pierwszorzędnych głosów i stwotrzyli muzykę działającą na wyobraźnię do tego stopnia, że swoimi fotografiami przyozdobił je sam David Lynch. Całość w formie boxu (książka + album) miała trafić do normalnej sprzedaży; trafiła jedynie książka z pustym CD i znamiennym opisem "For legal reasons enclosed CDR contains no music. Use it as you will". Rozmowy nad wydaniem ponoć trwają,  muzykę można też ściągnąć z NPR lub na milion mniej legalnych sposobów (w ten sposób internet zabija sposób funkcjonowania białych kruków, co nie zmienia faktu, że chciałbym to mieć także na półce).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest czego słuchać, bo zaproszeni goście nie tylko świetnie dopasowali się do klimatu tych nagrań - oni do jego tworzenia bardzo aktywnie się włączyli. To jednak zaskakujące, że pod względem doboru wokalistów nie ma tu praktycznie żadnej pomyłki. Zaskakujące, gdyż obok (niewątpliwie) czujących słodko-senne klimaty wokalistów Flaming Lips czy Grandaddy, znalazło się tu miejsce dla (uwaga) Iggiego Popa, Franka Blacka czy Juliana Casablancasa, a to już (przyznacie) nieco inne muzyczne bajki. Nie będzie wyciągania za uszy do tablicy - wszyscy spisali się świetnie, a linie wokalne na tym krążku wręcz zachwycają. Dla wymienionej trójki przygotowano może bardziej dynamiczne i hałaśliwe fragmenty, wszystko jednak składa się na zgrabną całość, a niedbały wokal frontmana Strokes nigdy mnie tak jeszcze nie urzekał jak w zamieszczonym tu "Little girl".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Materiał oscyluje wokół klimatów bliskich temu, co Linkous robi na płytach Sparklehorse. Być może z większą dbałością o szczegóły, więcej jakichś pulsów  w tle, więcej orkiestrowych wstawek (kapitalny "Star eyes" z udziałem Jamesa Mercera), ale z należytym umiarem. Mimo wszystko  całość delikatnie podlano lo-fi sosem;  z dala od czystych i przejrzystych dźwięków, wywołując skojarzenia z (do wyboru) puszczanymi od tyłu taśmami w tle, brzmieniem analogów, muzyką słuchaną przez słuchawkę telefonu. Sam Linkous udziela się wokalnie w duecie z Niną Person w "Daddy's gone", co w niczym nie ustepuje jego pamiętnej kolaboracji z P J Harvey. W ogóle po nieco już wymęczonym "Dreamt For Light Years In the Belly of a Mountain" Mark się nam jakby odrodził, a goście i współpraca z cenionym DJem nadaje jego twórczości nowy koloryt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sorki, że patrzę na to dziełko z perspektywy Sparklehorse, ale to już jakby wątek osobisty i znaczenie tego zespołu dla mojej muzycznej percepcji. Tak naprawdę nie mam pojęcia jaki był szczegółowy i ilościowy wkład  muzyków w każdy utwór, co jednak wyrzutów sumienia we mnie nie wzbudza. Jak już się dogadają i to po bożemu wydadzą, to możemy pogadać, póki co pozostaje jedynie słuchać, może właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodziło?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/0ZfgMrhUMGU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/0ZfgMrhUMGU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1451852140019370310?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1451852140019370310/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1451852140019370310' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1451852140019370310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1451852140019370310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/danger-mouse-sparklehorse.html' title='Danger Mouse &amp; Sparklehorse'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sk0RgxkC5_I/AAAAAAAAARA/j6D1fchUOlE/s72-c/dark+night.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6844196235594367626</id><published>2009-06-25T15:24:00.007+02:00</published><updated>2009-06-25T19:46:45.478+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>MUSIC IS MY RADAR!!!</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;~*~&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/nwtWxUzga8s&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/nwtWxUzga8s&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No, jeśli ktoś do tej pory nie wiedział (możliwe??? eeee...) skąd wziął się podtytuł tego bloga, to najwyższy czas sobie uświadomić. Okazja jest i to taka, że lepiej usiąść. Otóż wczoraj na stronach GW pojawił się taki artykulik (tylko proszę nie zwracać uwagi na ten mega czerstwy opis ich artystycznej drogi):&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35136,6754320,Blur___slynna_brytyjska_grupa_zagra_w_Lodzi_.html"&gt;No Klikaj! Klikaj! Bo inaczej nie uwierzysz!!!&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Fakt, brzmi to jak cud, ale przecież jeszcze do niedawna sam powrót do wspólnego grania i widok Coxona z Albarnem na jednej scenie, wydawały się jakimś nieśmiesznym żartem, a jednak pierwszy raz od lat grają, więc czemu nie u nas? &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Powiedzmy sobie szczerze, wszystko to trochę śmierdzi jakąś prowokacją i medialną ściemą. Tu jakiś biznesmen, tu jakieś 5 mln (!!!), tu tylko 5 tys. szczęśliwców. Cóż, połudźmy się chociaż, nawet jesli niebawem okaże się, że ktoś najzwyczajniej w świecie robi sobie z nas jaja.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;PS: Dziś pierwszy raz od wielu dni za oknem jaśniej, więc ta radośniejsza odsłona ich dorobku jak najbardziej; czas zacząć sobie przypominać:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/pby4eko6uHw&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/pby4eko6uHw&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ci0fyRAw21Q&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/ci0fyRAw21Q&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/nM8agr7_TxE&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;rel=0"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/nM8agr7_TxE&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;rel=0" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6844196235594367626?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6844196235594367626/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6844196235594367626' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6844196235594367626'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6844196235594367626'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/music-is-my-radar.html' title='MUSIC IS MY RADAR!!!'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1158293961278889061</id><published>2009-06-23T21:05:00.012+02:00</published><updated>2009-06-23T23:01:51.229+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Eels</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SkEw79Unp8I/AAAAAAAAAQ4/TzM38wU82-0/s1600-h/hombre.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 179px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SkEw79Unp8I/AAAAAAAAAQ4/TzM38wU82-0/s320/hombre.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5350611638924322754" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:130%;"&gt;Eels - "Hombre Lobo: 12 Songs of Desire"&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"   style="border-collapse: separate; color: rgb(0, 0, 0); font-style: normal; font-variant: normal; font-weight: normal; letter-spacing: normal; line-height: normal; orphans: 2; text-indent: 0px; text-transform: none; white-space: normal; widows: 2; word-spacing: 0px;font-family:'Times New Roman';font-size:100%;"&gt;&lt;div   style="border-width: 0px; margin: 0px; padding: 3px; width: auto; font-style: normal; font-variant: normal; font-weight: normal; line-height: normal; font-size-adjust: none; font-stretch: normal; text-align: left;font-family:Georgia,serif;font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;font-size:130%;"&gt;4.0/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-weight: bold;"&gt;"Hombre Lobo: 12 Song of Desire" - czyli o wilkołaku, który pożądał.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli interesowałeś się muzyką w latach 1996-98, mogłeś słyszeć o Eels z rekomendacji Pana Kszczotka w "Tylko Rocku"; jeśli interesowałeś się w roku 2001, mogła ci się udzielić podjarka Pana Kostrzewy związana z albumem "Souljacker"; jeśli z kolei dźwięki zwracały twoją uwagę dopiero w latach dominacji internetu jako medium, z pewnością udzielił ci się hype dwupłytowego kolosa - "Blinking Lights and Other Revelations".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Załapałem się na Eels w pierwszym okresie - "Beautiful Freak" i "Electric-Shock-Blues" mają stałe miejsce na mojej półce z płytami; może w tej chwili bardziej na zasadzie dokumentacji mojego słuchania i sentymentu,  niż przeświadczenia o jakiejś wyjątkowości, ale też uroku im odmówić nie sposób. Wtedy postrzegano zespół (a właściwie frontmana) w kontekście twórczości Becka, dziś - z perspektywy czasu i zasług - porównania kapeli do kolesia, który przybliżył lo-fi masom, wydają się trochę nie na miejscu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mark Everett konsekwentnie budował swój repertuar na własnej biografii. Nie były to wesołe sprawy, jakieś samobójstwo siostry, jakiś rak matki, relacje z ojcem i takie historie. Innymi słowy - połowę sukcesu na drodze do kultowości zapewniało mu własne życie i umiejętność dzielenia się nim ze słuchaczami. Mówił o tym wszystkim dosadnie i prosto, czasem niby przewrotnie, ale zawsze z ukrytym gdzieś na drugim planie dramacikiem. "Dramacikiem" - właśnie, to co jest przekleństwem tego gościa, to fakt że nie jest on muzykiem, a "muzyczkiem", jego utwory to "utworki", jego językowe wypociny to nie teksty, a "tekściki". Tak, to co na dwóch/trzech płytach można jeszcze określać mianem "proste, ale szczere" i przedstawić jako pozytyw, na albumie dziewiątym jest już tylko irytującym grafomaństwem. E operuje zdolnością opisywania świata na poziomie rozgarniętego 10-latka i niestety nic tu nie pomagają tłumaczenia, że to pierwszy album, na którym nie śpiewa o sobie; na nic opowieści o koncept-albumie, przedstawiającym sposoby, jakimi ktoś totalnie wyalienowany ("Homre Lobo - po hiszpańsku "wilkołak") chce zdobyć obiekt pożądania. To tylko przykrywka, pod którą kryją się grane w kółko od ładnych paru lat, te same trzy utwory na krzyż, te same motywy, ta sama prostota i te same (irytujące już mocno) smutki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To właściewie zbiór autoplagiatów i każdy z tych kawałków ma po kilka odpowiedników na innych albumach Eels. Brzmi to jak zbitka cytatów, co by jeszcze nie było takie złe, gdyby nie fakt, że E cytuje tylko siebie samego. Jest może dynamiczniej, ale też nie tak, by to kogoś zaskakiwało; jest brudniejsze i surowsze brzmienie zakorzenione gdzieś w bluesie i bluesowych początkach rocka, ale to też już było (chociażby na "Shootenanny"). Brak tu polotu, choćby namiastki świeżości i jakości, jaką jeszcze dałoby się wykroić z połowy materiału "Blinking Lights..." Nie pomogła broda, która ponoć była natchnieniem dla tych piosenek (w sensie - symbol wyobcowania), nie tym razem Mark, nie w ten sposób chłopie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jak długo jeszcze można szafować słowem "szczerość", w celu ukrycia postępującego z czasem braku kreatywności, powtarzania się, infantylizmu i nadmiernej prostoty? To pytanie do recenzentów tego albumu, którzy napiszą że E nagrał kolejny piękny zbiór piosenek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. Za to koncert w Polsce bym w końcu zobaczył, bo podobno nieźle wymiatają. W ogóle Everetta trudno nie lubić, więc mu ten album (jak kilka innych) wspaniałomyślnie wybaczam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/SjFdsebi3CI&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/SjFdsebi3CI&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1158293961278889061?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1158293961278889061/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1158293961278889061' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1158293961278889061'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1158293961278889061'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/eels.html' title='Eels'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SkEw79Unp8I/AAAAAAAAAQ4/TzM38wU82-0/s72-c/hombre.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-7659100779636074665</id><published>2009-06-15T18:47:00.016+02:00</published><updated>2009-06-15T23:44:08.715+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Grizzly Bear</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SjanI2tlSCI/AAAAAAAAAQo/bORIsKT2pOU/s1600-h/gr.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 176px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SjanI2tlSCI/AAAAAAAAAQo/bORIsKT2pOU/s320/gr.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5347645378116536354" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Grizzly Bear - "Veckatimest"&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;9,2/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Warto nie zasypiać przy "Veckatimest"&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zasypiałem przy "Veckatimest" wiele razy. Zasypiałem przy "Veckatimest" gdy udręczony pracą chciałem sobie umilić chłodne wiosenne wieczory; zasypiałem przy "Veckatimest" w senne niedzielne poobiednie popołudnia i w sobotni deszczowy poranek. Zasypiałem przy "Veckatimest" po winie, zasypiałem po piwie i wódce. Zasypiałem na materacu, na leżaku, w fotelu i w wannie. Zasypiałem ze śliczną dziewczyną u boku, zasypiałem w samotności (tu fajnie by było wtrącić coś o wylegiwaniu się na kanapie z moimi dwoma słodkimi zidiociałymi sukami, ale obie staruszki odeszły do krainy cieni - niech spoczywają w pokoju). Jednym słowem zasypiałem przy "Veckatimest" już wszędzie i o każdej porze, lecz niech nikogo nie zmyli to moje zasypianie; przyczyną wcale nie była nuda i beznadzieja bijąca z dziełka Amerykanów, przeciwnie - przyczyną była indolencja mojego  zmęczonego umysłu niezdolnego ogarnąć ogromu muzycznych wrażeń. Zadziałał swoisty mechanizm obronny: nie ogarniasz? uciekaj! Wniosek z tego przydługiego wstępu banalny - jeśli zabierasz się za ten album, musisz być wyspany.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jest rzeczą wprost nieprawdopodobną jaki dystans dzieli ich kolejne albumy. Już  "Yellow House" był w stosunku do minimalistycznego lo-fi debiutu sporym postępem. Przyjęty entuzjastycznie był w istocie zaledwie czymś pośrednim między niewyraźnym "Horn of Plenty", a wypieszczonym do granic, błyszczącym barokowym blaskiem, strukturalnie finezyjnym folkiem "Veckatimest". Przerażający jest perfekcjonizm każdego dźwięku na tym krążku, to budowanie z poszczególnych elementów wysmakowanych struktur,  dopasowanie każdej najmniejszej cząstki i ich wzajemne korelacje. Te wokalne harmonie czasem brzmiące jak natchnione, niemal kościelne zaśpiewy, czasem przywołujące na myśl śliczne wokale Beta Band, no i (porównanie tak wyświechtane i banalne, że aż nieprzyzwoite) często inspirowane Beach Boysami, czego zresztą muzycy specjalnie nie ukrywają. Przy czym, mimo opasłej formy, udaje się zespołowi sprytnie unikać nadęcia i zbędnego patosu, nie ma co - bije z tego po oczach światło (zresztą nawet dosłownie - obejrzyjcie video do "Two Weeks"), a zwroty akcji (niby płynne, łagodne, a jednak zaskakujące) nie pozwalają na emocjonalne skrajności. Najlepiej obrazują to słowa Edwarda Droste na temat "All we ask" (źródło: "Drowned in sound"): &lt;span style="font-style: italic;"&gt;"I, for some reason, decided to flip it around, do it on guitar and make the whole chord progressionmuch happier, removing most of the minorchords".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niektóre z tych kawałków (przepraszam: utworów) dojrzewały latami, w tym czasie projektowano je (to dobre określenie, bo to misterne konstrukcje), zmieniano koncepcje, dopieszczano brzmienie, wzbogacano doświadczeniami z artystycznego życia (trasa z Radiohead), burzono i tworzono na nowo -  i to wszystko słychać. W takich przypadkach łatwo przedobrzyć, ale im udało się skończyć w momencie apogeum twórczych możliwości; misternie tkany plan sie ziścił, powstało dzieło kompletne.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Sorki za podniosły ton, ale to drugi album w tym roku, który mną dosłownie wstrząsnął. W ogóle czas sobie uświadomić kim dla współczesnej sceny (indie-folkowej??? yyy, właściwie jakiej do cholery???) są ci kolesie. Dwa kapitalne albumy Grizzly Bear w trzy lata ("Horn of Plenty" nie liczę - debiut jak debiut, bonusowy krążek z remiksami lepszy) i oba spokojnie wskakują do 100, a może 50 dekady. Do tego Department of Eagles, współpraca z Beach House czy Dirty Projectors. Co to ma być? Jakieś pieprzone automaty?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie, nie zasypiajcie przy "Veckatimest", nafaszerujcie się ciężkostrawnymi świństwami na noc, zróbcie sobie kawę - siekierę, otwórzcie okno na oścież, weźcie jakieś tabletki czy coś, broń Boże nie zasypiajcie!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/xVSYBWNETEU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/xVSYBWNETEU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-7659100779636074665?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/7659100779636074665/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=7659100779636074665' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7659100779636074665'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7659100779636074665'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/grizzly-bear.html' title='Grizzly Bear'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SjanI2tlSCI/AAAAAAAAAQo/bORIsKT2pOU/s72-c/gr.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1227371287490297375</id><published>2009-06-11T08:16:00.018+02:00</published><updated>2009-06-15T18:21:01.608+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Rewizja 2005/2006</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;~.~&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Jak sobie wyświetlicie dział "recenzje" na www.screenagers.pl i posegregujecie teksty według autorów, to zauważycie że jest tam nadal mała działka z moim imieniem i nazwiskiem. Kiedy w latach 2005-2006 decydowałem się wysyłać swoje prace do redakcji portalu, byłem pełen skrywanej zazdrości w stosunku do piszących tam, z racji ich muzycznej wiedzy, obycia i bywania na koncertach, które pozostawały w sferze moich marzeń. Porcys i Screenagers odwiedzam regularie od lat i podziwiam tych wszystkich, którzy potrafili wstać z kolan rozprawiając nawet o największych świętościach i wyzwolić się z dominującej u nas jeszcze kilka lat temu konwencji  pisania o muzyce. Autorzy tych serwisów udowadniają, że o muzyce alternatywnej (ale również masowej) można naprawdę mówić rzeczy głębsze, analizując zjawiska w sposób szerszy niż standardowa notka w kolorowej prasie, no i z jajem. Koniec z traktowaniem recenzji jako koniecznego dodatku, dlaczego nie mają funkcjonować jako oddzielny kulturowy byt?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te portale bardzo się różniły: do Screenagers przylepiono łatkę dzieciuchów łykających zachodnie hajpy, do Porcys - przemądrzałych studentów i zblazowanych malkontentów (zdaję sobie sprawę, że gdyby porcysiak zanalizował jakikolwiek mój tekst o muzyce, najpewniej zniszczyłby mnie jednym celnym ciosem), ale w ciągu lat te dwa obozy się dotarły i w sumie bardzo do siebie zbliżyły, ustalając kanon pisania o muzyce bez niepotrzebnych obciążeń związanych choćby z faktem dorastania w czasach, gdy płyty trzeba było sprowadzać z zachodu  (wiecie o co mi chodzi, np. dla Kaczkowskiego każdy nowy koncertowy album Gilmoura, to będzie najpewniej album dziesięciolecia - w sumie takie niegroźne wariactwo, ale kiedy to ustanawia kanon pisania/mówienia o muzyce, to już raczej niebezpieczne). Nowe portale wypełniły pewną niszę, skupiły się zarówno na artystach niezależnych, jak i typowo komercyjnych (głównie Porcys), o których jednak potrafili pisać w sposób nieszablonowy. Nie ma świętości, jest analiza zjawiska, często ostra i dosadna, może czasem nawet niesprawiedliwa (że już o ostatnich personalnych jazdach nie wspomnę), ale o ileż lepsza od wyświechtanych, przewidywalnych do bólu artykułach o albumowych pojedynkach gigantów (tu mój drwiący uśmieszek) Green Day Vs Placebo (WTF?).&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ok, to tyle słodzenia - do meritum. Tak więc pełen zazdrości i z postanowieniem, że "ja też tak chcę", przesłałem tych kilka tekstów do redakcji Screenagers. Teraz po paru latach je przejrzałem i stwierdziłem, że większość niestety nie daje rady. Nawet się poważnie zastanawiałem czy nie poprosić o zdjęcie ze strony, ale w sumie po co? Niech sobie będą jakimś tam świadectwem pewnego etapu mojego słuchania, w sumie i tak niewielu to obchodzi. A nuż kiedyś argument "wiesz, pisałem dla screenagers" będzie szczytem lansu działającym na 18-latki? Kto wie? Krótkie sprostowanie jednak nie zaszkodzi, jakby co trzeba mieć argument, że "przecież to wszystko odwołałem":&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=812"&gt;1. The Boy Least Likely To - "The Best Party Ever"&lt;/a&gt; (wtedy - 8/10, dziś - góra 6/10)  &lt;/span&gt;- tu na szczęście nie było za bardzo czego spieprzyć. Oczywiście zawyżona ocena związana z autentyczną potrzebą posiadania swoich typów, które niekoniecznie zbiegają się z typami otoczenia (tzn. Pitchfork to hajpował także, ale nieskutecznie). Pomijam fakt jakichś słabych wstawek odnośnie urzędującego prezydenta, które miały sprawić by było kontrowersyjnie (LOL) czy ustawianie tej płyty w kategorii debiut roku (LOL!), mimo to nie czerwienię się aż tak bardzo na myśl o tym tekście.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=746"&gt;2. Andrew Bird - "Andrew Bird and The Misterious Production of Eggs"&lt;/a&gt; (wtedy - 8/10, dziś - 7,5/10)&lt;/span&gt; - lubię ten tekst, nie z racji jego finezji (no raczej, bo jest tu kilka śmiesznych kawałków o "pięknych dźwiękach"), ale z racji tematu. Bird był u nas kompletnie nieznanym muzykiem (do tej pory zresztą ilość publikacji na jego temat w rodzimym języku jest dość uboga) i było to jakieś wyzwanie. Zresztą często powtarza się, że Bird wypłynął na fali hajpu Sufjana Stevensa, co w kontekście wcześniejszego dorobku Andrzeja jest bzdurą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=794"&gt;3. (SMOG) - "A River Ain't to Much to Love"&lt;/a&gt; (wtedy - 6/10, dziś - 6/10, a mimo to opinia o płycie zupełnie inna)&lt;/span&gt; - no siara, siara naprawdę. Pisanie o Callahanie w kategoriach licealnego "kojenia bólu, gdy za oknem deszcz", to nieśmieszny żart. Brak dobrze opisanego kontekstu tak bardzo wypaczający obraz muzyka oraz spłycanie jego dorobku do kategorii "alt. country mniej melodyjnego niż Bonnie "Prince" Billy" - to powinno być karalne. Dziś mam tego świadomość (żeby nie było), a jak ktoś chce tekstu godnego opisywanego artysty &lt;a href="http://porcys.com/Reviews.aspx?id=1137"&gt;to tutaj&lt;/a&gt;. O moim proszę zapomnieć i już nie wypominać, już mi wystarczająco wstyd.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=1021"&gt;4. Live - "Songs From The Black Mountain"&lt;/a&gt; (wtedy - 2/10, dziś - pewnie 1/10, gdyby mnie ktoś zmusił, żeby tego słuchać)&lt;/span&gt; - mogę się poszczycić faktem, że ta recenzja otwierała nowy rozdział Screenagers (szata graficzna), ale  to w zasadzie wszystko czym mogę się w związku z tym tekstem pochwalić, bo jechanie po takim zespole jak Live żadnym wielkim wyczynem nie jest.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=1048"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=1048"&gt;5. Ed Harcourt - "The Beautiful Lie"&lt;/a&gt; (wtedy - 7/10, dziś - góra 5/10) &lt;/span&gt;- do tej notki jakoś trudno mi się przyczepić, jeśli chodzi o stronę leksykalną, natomiast do merytorycznej już tak, a bardziej do znaczenia tej muzyki. Dziś pojęcie płyty siódemkowej, to jednak określenie czołówki roku, a tu daję tak zawyżoną ocenę płycie, która stanowi w zasadzie "takie nic", wałkowane już miliony razy. Generalnie tego gościa nie ma, nie było nigdy. Są trzy kawałki z debiutu i to wszystko, za mało by istnieć.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify; font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=859"&gt;6. Elbow - "Leadders of the Free World"&lt;/a&gt; (wtedy - 6/10, dziś - 4,5/10) &lt;/span&gt;- z Elbow to w ogóle dziwna historia. No ok - nudziarze, ale niektóre rzeczy im wychodziły całkiem sprawnie. Ten album tragiczny jak dla mnie, z tym że gdy na tym blogu recenzowałem ostatnią ich płytę, to też bardzo przesadziłem z oceną (więc ja się na nich nabieram regularnie). Czas weryfikuje opinie; wszystko się sprowadza w przypadku tej kapeli do debiutu i chyba jednak rację mieli Ci, którzy mówili, że nie ma o co kopii kruszyć. Samej recki się nie wstydzę, ale dumny też nie jestem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=730"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=730"&gt;7. Mercury Rev - "Secret Migration"&lt;/a&gt; (wtedy - 7/10, dzisiaj - 5/10)&lt;/span&gt; - tu z kolei wstyd okropny. Stopień "czerstwości" tej recki wydaje się dla innych nieosiągalny. Żałosne stwierdzenia w stylu: "bajka z innego świata" (że hę?), "baśniowa aura", "opisywać nieopisywalne". Nie no - mega LOL. Ta recka to hybryda tego, czego sam w pisaniu o muzyce najbardziej nie znoszę. To jest straszna taniocha, w dodatku na maxa naciągana, bo to był najsłabszy album Mercury Rev. Jedyne czym mogę się pocieszać, to faktem że chciałem nakreślić kontekst i napisać coś o wczesnych dokonaniach Mercury, które rodzime kolorowe pisma zazwyczaj  pomijają, sprowadzając ich dorobek do Deserter's Songs (a to zbrodnia, sorry ale takie teksty świadczą o chujowości piszącego). Ale zaraz zaraz, jak tak doczytuję, to widzę że ten kontekst to ja nakreślam bardzo nieudolnie, a wszystko i tak sprowadzam do Dezerterów, więc...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=835"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;a href="http://screenagers.pl/index.php?service=albums&amp;amp;action=show&amp;amp;id=835"&gt;8. Bonnie "Prince" Billy &amp;amp; Matt Sweeney - "Superwolf"&lt;/a&gt; - (wtedy - 9/10, dziś - 8/10)&lt;/span&gt; - przede wszystkim Bonnie to mój ulubieniec, a ta recka pisana była z pozycji klęczącej i to jest główna jej wada. No i znowu popisałem się całkiem przyzwoitą liczbą czerstwych określeń (a w ogóle te wnikliwe analizy warstwy lirycznej też zabawne). To jednak nie zmienia faktu, że dla mnie "Superwolf" nadal  stanowi jedno z lepszych dokonań księcia, więc głównych założeń bym tu specjalnie nie zmieniał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/fASJuCtBgrw&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/fASJuCtBgrw&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1227371287490297375?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1227371287490297375/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1227371287490297375' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1227371287490297375'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1227371287490297375'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/rewizja-20052006.html' title='Rewizja 2005/2006'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2781379026973120599</id><published>2009-06-03T21:37:00.012+02:00</published><updated>2009-06-04T06:28:20.263+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Casiotone For The Painfully Alone</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sibof0uRLTI/AAAAAAAAAQY/KwSDddJs6rI/s1600-h/casiotone.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 203px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sibof0uRLTI/AAAAAAAAAQY/KwSDddJs6rI/s320/casiotone.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5343213641347968306" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Casiotone For The Painfully Alone - "Vs. Children"&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;7,5/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Posiadanie brody zaczyna powoli określać artystyczny byt - pokaż mi swoją brodę, a powiem Ci ile smutku w twej muzyce.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Występ Casiotone For The Painfully Alone - jednoosobowego projektu Owena Ashwortha - będziemy mieli okazję obejrzeć podczas tegorocznej edycji Off Festivalu, ale to nie jedyny powód, dla którego warto poświęcić artyście tych kilka wymęczonych zdań. Przede wszystkim brodacz nagrał coś co nazwał "Vs. Children" i co mi troszkę krzyżuje blogowe plany, bo miało być o tym, że nowa P. J. Harvey nie daje rady albo o tym, jak u nas olewa się dorobek Harry'ego Nilssona, no ale dobra...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zabawki jakich zwykł używać Owen do tej pory i jakie składały się na bardziej syntezatorowe (no Casio przecież!), mechaniczne brzmienie, pełne sampli, loopów i tym podobnych wynalazków, postanowił tym razem przyozdobić czymś cieplejszym - stąd pianino, akustyki czy melotron. Daje to efekt takiego nieco surowszego Sparklehorse i czegoś równie minimalnego co topornego (choć w tym przypadku to określenie wcale nie jest pejoratywne). Większość tych utworów można skwitować określeniem "miniaturki", co się tyczy zarówno długości, jak i nieskomplikowanych struktur, a więc trzymania się jednego motywu, na którym te cudeńka jadą.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No właśnie - cudeńka. Operując prostą melancholijno-dostojną barwą, gdzieś na granicy Callahan/Wagner (Kurt - żeby nie było wątpliwości) i niezwykłą zdolnością eksponowania najróżniejszych odcieni zadumy, tworzy muzyk osobliwy (zaledwie 30-minutowy) zestaw, będący świadectwem ponadprzeciętnych umiejętności władania umysłem słuchacza. Niezwykle ważny aspekt stanowią teksty - tu wszystko rozgrywa się już na poziomie frazy czy nawet pojedynczych słów. Począwszy od przywołania legendy Bonnie &amp;amp; Clyde, snuje podmiot nieco tajemnicze, choć sugestywne i mroczne historie. Ciekawe jak np. w takim "Killers" Ashworth rozpatruje kwestie potencjalnego macierzyństwa/ojcostwa i jego konsekwencji. Jest niby przewrotnie, bo w kontekście antykoncepcji padają słowa "We could be killers just for one night" (co jest oczywistą trawestacją "Heroes" - Bowiego), ale uwierzcie, że  nikomu tu do śmiechu, szczególnie gdy obok padają wyznania w stylu: "Til you are dead/thats how long you are parent".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To raczej nie jest album do nieustannego katowania, nie ma potrzeby. To album na okazje szczególne; to jest w zasadzie album na takie chwile, w których masz ochotę zaszyć się w ciemnej komórce, by masturbować się swoim własnym smutkiem. Niby emocjonalny masochizm, ale zdarza się każdemu. A rano i tak zaświeci słońce i wtedy można śmiało zgolić brodę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/5MqBZxYgtQ0&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/5MqBZxYgtQ0&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2781379026973120599?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2781379026973120599/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2781379026973120599' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2781379026973120599'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2781379026973120599'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/06/casiotone-for-painfully-alone.html' title='Casiotone For The Painfully Alone'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sibof0uRLTI/AAAAAAAAAQY/KwSDddJs6rI/s72-c/casiotone.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3040766999202977386</id><published>2009-05-28T18:32:00.016+02:00</published><updated>2009-06-01T18:43:58.060+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Camera Obscura</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sh7t3DBTTvI/AAAAAAAAAQQ/nVX8sTbI_vU/s1600-h/camera.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 178px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sh7t3DBTTvI/AAAAAAAAAQQ/nVX8sTbI_vU/s320/camera.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5340967738067341042" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Camera Obscura - "My Moudlin Career"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;7,8/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Ładna ta płyta, ale wszystkie piosenki takie same" &lt;/span&gt;&lt;div style="font-weight: bold;"&gt;(Kasia - żona ma przyszła)&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Camera Obscura - szkocka kapela przez wielu spisana na straty jako gorsza wersja Belle &amp;amp; Sebastian (zresztą Murdoch ich nawet produkcyjnie wspierał), a od wydanego w 2006 r. "Let's Go Out of This Country" przedstawiana jako drużyna ekspertów od ładnych piosenek opartych na Spectorowskiej ścianie dźwięku, co wredni krytycy mogliby równie dobrze drwiącym uśmieszkiem skwitować, ale jakoś nikt nie chce. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Może sobie dziś szanowny słuchacz pomrukiwać, że to co w latach 60-tych było krokiem milowym w dziedzinie aranżacji, dziś  jest przecież oczywistością. Te wszystkie gęste, uginające się od ciężaru nakładanych ścieżek piosenki, te akustyki, orkiestracje, smyki i dęciaki, to już jakby mocno nieświeże. Fakt - mocno nieświeżo brzmi ta muzyka, ale o dziwo Szkoci potrafią zrobić z tego zaduchu atut. "My Moudlin Career" otula słuchacza nieco filmowym czy wręcz festiwalowym klimatem ze sporą dawką lukru, lecz z istotnym założeniem, że "oni tak specjalnie" i przede wszystkim z prześlicznymi melodiami. Aranżacja - słowo klucz dla tych nagrań, bo atmosfera przepychu w tym przypadku powala. Także wokal Tracy Campbell bardzo retro, przy czym równie miękki i ciepły co  gorzki - większość zamieszczonych tu historii opowiada o stosunkach damsko-męskich z perspektywy "kobiety zawiedzionej". Wokal, który z  jakichś powodów kojarzy mi się z głosem Neko Case. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Uwaga Kasi nie bezzasadna - to nie jest muzyka którą rozpatruje się w kategoriach rozrywki czy mocnych wrażeń, a raczej nastroju i detali. Te nagrania -  wbrew pozorom - wymagają kilku bardzo uważnych podejść, ale opłaca się, bo po wszystkim trudno je z pamięci przegonić. Łatka brzydszego rodzeństwa B&amp;amp;S odkleja sie w tempie niemiłosiernym, a brzmieniowy wypas i niedzisiejsza wrażliwość w połączeniu z "tymi" melodiami, składają się na ich własny kawałek tortu. Zresztą mniej tu takiego inteligenckiego wydźwięku, jaki charakteryzuje ich starszych kolegów, mniej aluzji do filmu czy literatury, a więcej ukierunkowania na emocje (odczucie pewnie bardzo subiektywne). Zresztą oni też potrafią być uroczo intertekstualni, choćby przez nawiązanie do Paula Simona:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;On the bus radio "Fifty ways to leave your lover alone"&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;I laughed at the irony&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;But life is stupid, the irony all lost on me&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;I got lost on me&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No i w ogóle coś mi świta, że w kategorii "piosenka", to Camera Obscura w tym roku rządzi.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/O3CkfvYMCWM&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/O3CkfvYMCWM&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3040766999202977386?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3040766999202977386/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3040766999202977386' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3040766999202977386'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3040766999202977386'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/05/camera-obscura.html' title='Camera Obscura'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sh7t3DBTTvI/AAAAAAAAAQQ/nVX8sTbI_vU/s72-c/camera.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2718997247687083311</id><published>2009-05-19T17:55:00.022+02:00</published><updated>2009-05-19T22:31:26.515+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Conor Oberst And Mystic Valley Band</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/ShMDRDD3QAI/AAAAAAAAAQI/sNLXjjWaldE/s1600-h/oberst.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 173px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/ShMDRDD3QAI/AAAAAAAAAQI/sNLXjjWaldE/s320/oberst.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5337613574778339330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Conor Oberst And Mystic Valley Band - "Outer South"&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;5.9/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Dzienniki Meksykańskie cz. II"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dziwna sprawa z Oberstem. Nigdy mi do końca jego pomysł na muzykę (a raczej śpiew) nie podchodził, ale raz za czas - w miarę regularnie i z wyraźną podjarką - sięgam po  nowe wydawnictwa, w jakich się udziela; co mnie  w efekcie  umacnia w przekonaniu, że... nigdy mi jego pomysł na muzykę (a raczej śpiew) nie podchodził.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dobrał sobie podczas meksykańskich wojaży całkiem zgrabną i sprawną drużynę o zerowym poziomie "spinki", więc i on sam jakby mniej nerwowy. To ortodoksyjnych fanów pewnie zasmuci, mnie zaś cieszy niezmiernie, bo w końcu poziom irytacji we mnie znośny. Z tym młodzieńcem (no może już nie do końca) trochę jak z Antonym, albo manierę łapiesz albo się krzywisz z niesmakiem; tzn. tak go widziałem do teraz, bo naprawdę sie nam chłopak wyrobił. Zresztą Oberst skomponował jedynie połowę materiału "Outer South" i w niej się wokalnie udziela, co dodatkowo łagodzi emocjonalny ładunek tych nagrań.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli chodzi o same dźwięki, to do historii muzyki soft - rock - folk - country,  wkład ten album wnosi żaden, co niekoniecznie go dyskwalifikuje - się rozumie, że chcąc słuchać tylko tego co świeże i oryginalne, na starcie skreślilibyśmy 99 % muzyki rozrywkowej, więc spoko loko i wrzucamy na luz. Wprawdzie już po wydaniu nieszczęsnej "Cassadagi" marzenia o nowym Dylanie można było sobie w głębokie zakamarki najbardziej niedostępnych miejsc wsadzić, lecz nie zmienia  to faktu, że "Outer South" o swoistym wyrobieniu i dojrzałości świadczy. Jest dźwiękowy rozmach, bogactwo, ale też klawiszowa miękkość i aranżacyjna perfekcja, co się razem na zapatrzenie w lata 70-te składa.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Oczami duszy widzę gorycz zawiedzionych:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- "Conor grzeczniejszy, głos jakby mniej drżący, a dźwięki dojrzalsze. Gubi przez to coś, co go wyróżniało na tle setek wokalistów. Szczerość, pasja, egzaltacja, a nawet pretensjonalność - jeśli w tym chłopak nie przesadza, to jakby już nie on był, jakby kto inny. "&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ja na to:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Może mniej w tym gówniarskich emocji, ale zauważcie dzieci, że teraz jego głos podporządkowany piosence, a nie piosenka głosowi. Nieznośna maniera nieco utemperowana staje się manierą już tylko charakterystyczną i frapującą, a kawałki skomponowane przez niego na "Outher South" do najlepszych tu należą. Więc w czym problem? Dorastamy dzieci kochane, dorastamy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Problem z tym albumem mam następujący: będąc wreszcie w takim punkcie swojej artystycznej drogi, jaki bez zastrzeżeń i z pełną przyjemnością łykam, facet wydaje krążek, którego jest zaledwie współautorem. Nie żebym miał coś do współtowarzyszy artystycznej niedoli, ale brak członkom Mystic Valley Band czegoś na tyle charakterystycznego, by się tym jakoś szczególnie podniecać. Nie wychodzą chłopaki poza estetykę dojrzałego Dylana/późnego Mike'a Scotta i mimo całej sympatii oddać trzeba, że bez lidera ich wartość spada dramatycznie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zostaje kilka bardzo przyjemnych kawałków i jeden dosłownie masakrujący świadomość każdego, kto posiada choćby ślad jakichkolwiek ludzkich odruchów - delikatny  "White Shoes".   Pojedyncze dźwięki strun,  drżący głos Obersta, klimatyczny pogłos, piękny tekst, rozbrajająca melodia i dawkowanie emocji w końcówkach zwrotek. Chlip (ej no!), chlip (no daj spokój pszemo!!!!), smark, chlip (weź się stary ogarnij - boszzz, jaka siara przed kumplami), chlip...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/VeLwYCidcpY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/VeLwYCidcpY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2718997247687083311?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2718997247687083311/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2718997247687083311' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2718997247687083311'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2718997247687083311'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/05/conor-oberst-and-mystic-valley-band.html' title='Conor Oberst And Mystic Valley Band'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/ShMDRDD3QAI/AAAAAAAAAQI/sNLXjjWaldE/s72-c/oberst.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3764304539474389104</id><published>2009-05-13T08:43:00.020+02:00</published><updated>2009-05-13T12:06:04.347+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Animal Collective</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sgp63lX0qsI/AAAAAAAAAQA/BpRJYF0YK4g/s1600-h/animal.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 180px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sgp63lX0qsI/AAAAAAAAAQA/BpRJYF0YK4g/s320/animal.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5335211803917200066" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Animal Collective - "Merriweather Post Pavillon"&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;9,6/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tej recenzji nie było.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tej recenzji nie było, zapomnijcie o niej. Ta płyta, jak żadna inna w bieżącym roku, jakimkolwiek omówieniom się nie poddaje. Przy próbie opisu "Merriweather Post Pavillon" poległo już wielu - nie mam ochoty być następnym w kolejności.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie jestem profesjonalistą, nie znam się na nutkach, nie ogarniam wszystkich tych maszynek do generowania dźwięków, zasad działania konsolet z dziwnymi pokrętłami; nie znam historii wszystkich przewijających się tu wpływów, nie czaję wszystkich trudnych pojęć, jakimi mądrale zazwyczaj określają dźwięki Animal Collective. Nie chcę być też przesadnie oryginalny, nie będę próbował zestawiać tego z jakimiś muzycznymi zjawiskami kompletnie z dupy, nie potrafię - wymiękam.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie wiem jak się to określa, kiedy nakłada się dana liczba ścieżek, a rytmy funkcjonują równolegle, prostokątnie czy koliście, tworząc całość, przy której po raz pierwszy w historii tej kapeli tańczę (ale nie chcielibyście na to patrzeć, uwierzcie). Nie chcę się też powtarzać, bo przecież mógłbym wspomnieć o przerabianiu wokalnych sztuczek lat 60-tych na nową modłę, zakwaszeniu całości albo o rytmach plemiennych. O tych rzeczach pisze się standardowo przy okazji wydania każdego nowego dzieła kolektywu, a przecież one wszystkie tak bardzo się różnią. Wydaje się, że średnio uzdolniony pismak jest w stanie bez problemu stworzyć tekst uniwersalny na temat tej muzyki, recenzję - matkę, którą z grubsza opisze każdą ich płytę zamieniając jedynie tytuły. To wcale nie świadczy o magii języka, a raczej o tym jak nie daje rady w zetknięciu ze "zjawiskami", bo ten zespół jest zjawiskiem, a dobiegająca końca dekada jest ich dekadą.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Poznałem Animal Collective w 2005 r., przy okazji wydania "Feels", który to album aż do teraz pozostawał moim ulubionym w ich dyskografii. Pewnie trochę z sentymentu i siły "pierwszego rażenia", ale też z racji nieprzeciętnego jak na nich ładunku "normalności". Nie żeby były tam konwencjonalne piosenki, ale ktoś kto (jak ja) miał np. obcykaną wczesną dyskografię Mercury Rev, bez problemu mógł to załapać (nie wyobrażam sobie poznawania ich muzy od "Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished", choć to rzecz wielka. Po prostu nie byłbym gotowy, wiem o tym). "Merriweather Post Pavillon" zostawia w tyle i "Feels" i (jednak!) "Spirit...". Mniej szorstki od "Starawberry Jam" i zdecydowanie najspójniejszy w dotychczasowej dyskografii. Tradycyjnie już (jak każdy ich album od czasu "Sung Tongs") został w chwili wydania okrzyknięty najbardziej przyswajalnym dokonaniem Amerykanów. Czy to prawda? A czy to ważne?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ta recenzja nic ciekawego Wam nie powie, bo właściwie nie jest recenzją. Ten pożałowania godny tekst, to bardziej dezinformacja niż konkret. Kilkadziesiąt linijek o niczym, pseudoekspercka nowomowa, która kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym się zaczęła. Jeśli jednak dotarłeś aż tutaj - gratuluję; jesteś wyjątkowo wytrwałym i odważnym człowiekiem, jesteś moim małym prywatnym blogowym superbohaterem. Jednym słowem - jesteś już gotowy na Animal Collective.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/zol2MJf6XNE&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/zol2MJf6XNE&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3764304539474389104?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3764304539474389104/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3764304539474389104' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3764304539474389104'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3764304539474389104'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/05/animal-collective.html' title='Animal Collective'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sgp63lX0qsI/AAAAAAAAAQA/BpRJYF0YK4g/s72-c/animal.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-5874226007558517868</id><published>2009-05-06T17:54:00.009+02:00</published><updated>2009-05-06T21:00:26.425+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Cymbals Eat Guitars</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SgHWXIk4nYI/AAAAAAAAAP4/cZ9sJB1Oh88/s1600-h/eat.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 194px; height: 199px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SgHWXIk4nYI/AAAAAAAAAP4/cZ9sJB1Oh88/s320/eat.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5332779126710902146" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Cymbals Eat Guitars - "Why There Are Mountains"&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;5,6/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Od coverowania wczesnych nagrań Weezer, przez współpracę z gościem odpowiedzialnym za ostatni album Modest Mouse, aż po prestiżową miejscówkę w "best new music" Pitchforka - tak mniej więcej wygląda dotychczasowa kariera nowojorczyków.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli na serio myślę o kimś, że jest artystą niezależnym, to raczej nie w tym rzecz czy jest sprzedajną dziwką, pławiącą się w mamonie wielkich wytwórni, czy może nagrywa dla kumpli w śmierdzącej i ciemnej piwnicy (takie wartościowanie jest już dawno nieaktualne, darujmy sobie, naprawdę). Jeśli mówię o "niezależności", mam na myśli przede wszystkim jej sens czysto artystyczny, coś co sprawia, że słuchając wykonawcy wyczuwasz inwencję otwartego umysłu, wnoszenie czegoś absolutnie swojego. Schematy? Trendy? Zarżnięte i ograne do granic wytrzymałości patenty? Konwencje i pozy? Artysta niezależny korzysta z nich (owszem, no bo jak nie korzystać?), ale naznacza tą twórczość swoją osobowością tak silnie, że słuchaczowi otwierają się w mózgu kolejne klapki. W tym sensie Prince był (jest?) tworem równie wartościowym co  Velvet Undergroud czy Pixies, z kolei rzesze nowych rockowych kapel mają z artystycznym buntem wspólnego tyle co nic. Czas zdewaluował stereotypy rządzące powszechnym odbiorem muzyki wszelakiej (ojjjjjj, wkradł się banał).&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Cymbals Eat Guitars są niezależni niestety jedynie w tym "piwnicznym" znaczeniu. No faktycznie trochę syndrom kopciuszka (częste to ostatnio), którego próbuje się (pewnie z powodzeniem) przedstawiać światu jako objawienie. Niestety - paradoksalnie - o wątpliwościach co do ich twórczości zadecydowało to, co miało dać im tą pozorną "niezależność". Wyciągnięci z nory przez producenta ostatniego krążka Modest Mouse (Kyle "Slick" Johnson), całkowicie łyknęli estetykę bossowskiego indie lat 90-tych, żerując na nieustającym sentymencie krytyków do gitarowych arcydzieł w klimatach "There's Nothing Wrong With Love".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kolejny paradoks - "Why There Are Mountains" brzmi świetnie, ale jest to taka świetność, w której nie ma ani odrobiny zapowiedzi własnego stylu, raczej czerpanie z uznanych, choć dziś już dość zatęchłych źródeł (kiedyś wręcz wzorcowych dowodów na otwartość umysłu). Miotają się więc między gitarowymi i perkusyjnymi zagrywkami, w których często wypadają jak cover band Modest Mouse (tam gdzie brzmienie bardziej się rozrzedza) albo ulegają wyraźnym wpływom Built To Spill (tam gdzie brzmienie się zagęszcza), czasem epatując luzackim podejściem do tematu w klimacie Pavement i rażąc barwą wokalu, który bywa skrzyżowaniem Brocka z Martchem. Owszem, można sie doszukiwać jakiegoś echa pseudo-folku z dęciakami trochę w klimatach dynamiczniejszych kawałków Bright Eyes  ("Indiana") albo pokłosia shoegaze'u w "Share", ale w sumie nie trzeba, bo lata 90-te definiują ten krążek w dostateczny sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Bardzo ambiwalentne uczucia towarzyszą słuchaniu tych nagrań, bo panowie mają dobry warsztat kompozytorski, tylko że jakby nie do końca własny. Najlepiej definiuje to "Cold spring" - najpierw się zachwycasz, a potem sobie zdajesz sprawę, że to jedynie perfidny plagiat. Głupia sprawa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/d8nctB2b_Jo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/d8nctB2b_Jo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-5874226007558517868?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/5874226007558517868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=5874226007558517868' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5874226007558517868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5874226007558517868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/05/cymbals-eat-guitars.html' title='Cymbals Eat Guitars'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SgHWXIk4nYI/AAAAAAAAAP4/cZ9sJB1Oh88/s72-c/eat.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-4064239841304304886</id><published>2009-04-24T17:04:00.009+02:00</published><updated>2009-04-24T20:26:53.573+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Doves</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SfH-amJz7OI/AAAAAAAAAPg/CRZwfxXYq6A/s1600-h/doves.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 202px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SfH-amJz7OI/AAAAAAAAAPg/CRZwfxXYq6A/s320/doves.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5328319567027760354" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:130%;"&gt;Doves - "Kingdom of Rust"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;font-size:130%;"&gt;4,7/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Some Cities" było najlepszym pretekstem, by pożegnać się z formułą, jaką znamy już na pamięć. Doves zmarnowali szansę i nagrali kolejny bezpieczny album. Zadowoli to pewnie większość dotychczasowych fanów, a i recenzentom zamknie usta. Miał być ładnie? No jest ładnie, więc o co chodzi?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najsłabszy singiel w ich karierze - tytułowy "Kingdom of Rust" - jest idealnym potwierdzeniem obecnej kondycji zespołu. Formuła stosowana milion razy - kręcący, przyspieszający z każdą sekundą rytm, opadająca intonacja w końcówkach wyśpiewanych fraz, zawodzenie w refrenie, gitara która przede wszystkim towarzyszy perkusji w nabijaniu rytmu, znajome klawiszowe akordy, efekty w tle. To wszystko tak strasznie w ich przypadku ograne, że  zaczynasz się gubić, gdy chcesz wskazać jakiś konkretny przykład, by udowodnić autoplagiat. Trudne to, bo w jednym tylko "Kingdom of Rust" słyszysz odniesienia do połowy dotychczasowych kompozycji Brytyjczyków.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czekałem na ten album, bo Doves jest kapelą, do której trudno nie czuć sympatii. Ich ciepłe brzmienie, wyczucie melodii, zawieszona gdzieś  się w półśnie poetyka, to wszystko piękne, tylko jak długo można wymyślać te same piosenki? Weźmy taki "Winter hill", typowy dla nich, utrzymany w średnim tempie kawałek, ale jednocześnie tak bardzo nijaki, tak bardzo pozbawiony czegoś "swojego" i tak bardzo przypominający inne (obczajcie perkusyjny rytm na poziomie 1:30 -  czy to czasem nie wariacja na temat "Almost forget myself" z poprzedniczki?). A "Spellbound" z tymi charakterystycznym akustykami? Toż to płynąca niepostrzeżenie "Sea song" z debiutu. Tam gdzie próbują być naprawdę klimatyczni, są naprawdę nudni; przy czym bywają zbyt patetyczni - jak w "Birds Flew Backwards" albo  cierpią na niedostatki melodii - jak w kończącym całość "Lifelines".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ciekawiej jest, kiedy próbują przemycić coś nowego, np. jakiś wokalny pseudo-delay w "the Greatest Denier"; tylko że ten kawałek ze swoją bardziej złożoną konstrukcją jako całość kompletnie nie przekonuje i uwagi nie przyciąga. "Jetstream" przyozdobili dość mocnym bitem, który może finezją nie grzeszy, ale przynajmniej daje nadzieję na nowe. Najlepiej wypada niemal funkowy "Compulsion", ale znów nie dla tych, którzy liczą na melodie, bo nie można tego nazwać świetną piosenką - kawałek zabija przede wszystkim rytmiką.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Kingdom of Rust" może spodobać się słuchaczom nieświadomym dotychczasowego dorobku Doves, pozostałym powinien przynajmniej dać do myślenia. Dla mnie jest obrazem kapeli, która się kompletnie wypstrykała z pomysłów i nie potrafi dziś zaoferować nic, czego byśmy o niej wcześniej nie wiedzieli.   Trochę to  jednak smutne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/WS9KDL4hy34&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/WS9KDL4hy34&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-4064239841304304886?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/4064239841304304886/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=4064239841304304886' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4064239841304304886'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4064239841304304886'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/04/doves.html' title='Doves'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SfH-amJz7OI/AAAAAAAAAPg/CRZwfxXYq6A/s72-c/doves.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3213805708725477706</id><published>2009-04-18T09:31:00.020+02:00</published><updated>2009-04-18T10:22:19.897+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Off Festival 2009</title><content type='html'>&lt;p style="text-align: center;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=";font-size:100%;color:black;"  &gt;~.~&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=";font-size:100%;color:black;"  &gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;No i doczekaliśmy się na oficjalne info w sprawie tegorocznej edycji Off Festivalu. Ruszyła strona i mamy potwierdzonych 10 z 60 wykonawców, których usłyszymy w Mysłowicach. &lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-size:100%;color:black;"  &gt;Mnie najbardziej ucieszyła wiadomość o występach założonego jeszcze w latach 90-tych, nowojorskiego - The National oraz brytyjskiego Spiritualizad. The National łączą w swej twórczości inspiracje ponurymi dźwiękami z pogranicza Joy Division i Tindersticks, jednocześnie przyozdabiając kompozycje bardziej tradycyjną nutą, przywołującą na myśl alt. country Lambchop. Nagrali cztery albumy, które prezentują spójny, równy, intrygujący repertuar i z płyty na płytę rozszerzają zakres ozdobników.  Głos Matta Bernigera i "klimat" tych nagrań, mówią więcej niż moje wymęczone wywody, więc posłuchajcie sami:&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Zz5pskaTNJU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Zz5pskaTNJU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/NBujZr20O6M&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/NBujZr20O6M&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-size:100%;color:black;"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spiritualized - wiadomo. Jason Pierce założył zespół po rozpadzie Spacemen 3 - ikony brytyjskiej psychodelii lat 80. Twórczość Spiritualized nadal oscyluje wokół space rocka, jednak minimalizm macierzystej formacji zastąpił Pierce rozbudowanymi, często orkiestrowymi aranżacjami. Najlepiej zrealizował swoje pomysły na "Ladies ang Gentlemen We are Floating in Space" z 1997, który dziś postrzegany jest jako czołówka dekady brytyjskiego rocka lat 90, na równi z "Ok Computer" czy "Urban Hymns". Spore wydarzenie.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/tABwYCNShp0&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/tABwYCNShp0&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=";font-size:100%;color:black;"  &gt;&lt;br /&gt;Cieszą zapowiedzi koncertów The Week That Was (o ich albumie pisałem w dziale "recenzje") czy uroczo-naiwnych buntowników z The Thermals. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;    &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=";font-size:100%;color:black;"  &gt;Pełna lista ogłoszonych jak dotąd wykonawców&lt;a href="http://www.2009.off-festival.pl/?dz=&amp;amp;n=64&amp;amp;od="&gt; tutaj.&lt;/a&gt; Czekamy na kolejnych&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3213805708725477706?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3213805708725477706/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3213805708725477706' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3213805708725477706'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3213805708725477706'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/04/blog-post.html' title='Off Festival 2009'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3148022226931664008</id><published>2009-04-11T10:50:00.024+02:00</published><updated>2009-04-14T21:21:29.729+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>RADIOHEAD - 25.08.09 POZNAŃ</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;~.~&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy zainteresowani już wiedzą, bo pisano i mówiono wszędzie, ale jak tu nie komentować przewidzianego na 25.08.09, poznańskiego koncertu Radiohead - najważniejszej kapeli ostatnich dwóch dekad.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Począwszy od dość surowego, gitarowego "Pablo Honey", aż po zeszłoroczny "In Rainbows", Thom Yorke z drużyną skutecznie zmieniają oblicze współczesnej muzyki. Są jedną z nielicznych kapel ostatnich lat, które w klimatach okołorockowych (w ich przypadku "około" trzeba bardziej eksponować) wprowadzali nową jakość.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pisanie o tym zespole, to właściwie walka z samym sobą, by nie powtarzać schematów, sloganów i wyrażanych setki razy opinii, ale trzeba sobie zdać sprawę, że to pewnie najbardziej komentowany band świata, więc przed kalkami uciec nie sposób. Sam poznałem Radiohead w 1997 r. na poziomie "Ok Computer". Pożyczona od kumpla kaseta magnetofonowa i  katowanie na okrągło zawartych tam dźwięków. Niezwykłe teledyski w MTV i grymas na twarzy Thoma Yorke'a - to musiało działać. Wcześniej też się o nich słyszało - owszem, ale byli u nas (i nie tylko) postrzegani jako zespól jednego przeboju (wszyscy wiedzą jakiego). "Creep" z perspektywy czasu jest czymś wyjątkowym, jest pokoleniowym hymnem dekady na równi ze "Smells like teen spirit" czy "Looser", ale kto tak naprawdę w roku 1993 spodziewał się statusu, jakiego Brytyjczycy dorobią się po latach? Ich drugi album - "The Bends" - ukazał się jeszcze w  czasach, gdy muzycznym autorytetem w Polsce był "Tylko Rock", a tam brytyjskie formacje lat 90-tych zawsze pozostawały w cieniu amerykańskich, surowszych brzmień. "The Bends" praktycznie nie został u nas zauważony. Trochę zaspaliśmy, a to przecież była ich pierwsza naprawdę wielka płyta. Już nie naznaczona tak silnie gitarowym rockiem zza Oceanu; kierunek "The Bends" wyznaczają raczej post Buckleyowe piosenki, wpisujące się (jedyny raz w ich karierze)  w brit- popową modę tamtych lat. Pełna przepięknych melodii, była dla zespołu krokiem milowym w kwestii komponowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/7qFfFVSerQo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/7qFfFVSerQo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wreszcie rok 1997 i ich Opus Magnum - "Ok Computer". Dzieło kompletne, określane mianem współczesnego "Dark Side of the Moon", idealne odzwierciedlenie ponurej wizji świata końca wieku. Smutny obraz jednostki zagubionej w świecie korporacji, postępu technologicznego, z wszechobecną kontrolą maszyn nad ludzkim życiem. Thom Yorke z tą swoją słabością, opadniętą powieką, delikatnością i goryczą przechodzącą w szyderstwo,  był "bohaterem swoich czasów" i najbardziej "prawdziwym" artystą od lat. Bez nadętej pretensjonalności potrafił w kilku słowach zawrzeć większą dawkę emocji niż niejeden drący się guru we flaneli. "Ok Computer", to dzieło mroczne i piękne, z niesamowitą produkcją Nigela Godricha, sięgające  wielu muzycznych źródeł i postrzegane jako rock progresywny na miarę nowych czasów. Dla Radiohead to kolejny etap ich muzycznego rozwoju, jednocześnie pierwszy album, którym tak istotnie kształtowali brytyjską scenę tamtych czasów. Wpływ produkcji Godricha i piosenek z tego krążka słychać było w nagraniach co drugiego zespołu z Wysp. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/1uYWYWPc9HU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/1uYWYWPc9HU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W ten sposób kończą się opowieści o wielu kapelach, podnoszących poprzeczkę tak wysoko, że nie sposób jej sięgnąć, a co dopiero przeskoczyć. Pojawia się dramatyczna chęć sprostania wymaganiom i w efekcie frustracja. Jak utrzymać formę w czasach, gdy 99% młodych kapel wypala się po nagraniu trzech krążków? Wiedząc, że w tej konwencji osiągnęli już wszystko, Radiohead wybrnęli z sytuacji w jedyny racjonalny sposób - zmienili konwencję. Sesje, podczas których powstały "Kid A" (2000) i "Amnesiac" (2001), to przewartościowanie "piosenki" w tradycyjnym jej ujęciu. Niejednoznaczne struktury, wszechobecna elektronika, wpływ najróżniejszych inspiracji, zarówno dawnych (Charles Mingus) i nowszych (np. Aphex Twin), zaowocowały albumami, które ugruntowały ich status jako najbardziej nieprzewidywalnej kapeli trafiającej do szerokiej publiczności. Albumy bez wielkich kampanii reklamowych (a "Kid A" nawet bez teledysków),  a jednak znowu wyznaczające muzyczny kierunek całej rzeszy twórców. Warto zwrócić uwagę na ogromny sukces komercyjny, jaki Radiohead odniósł w Ameryce. Początkowo marginalizowany i nie traktowany zupełnie serio, osiągnął to czego nie zdołał zdziałać żaden z brit-popowych herosów typowanych na międzynarodowe gwiazdy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/i0s38lHIwRc&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/i0s38lHIwRc&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Potem "Hail to the Thief" (2003) i kolejny sukces. Tym razem połączyli nowe z sesji "Kid A"/ "Amnesiac" z delikatnym powrotem do gitarowych brzmień. Powstał album niezwykle bogaty w dźwięki, choć dla mnie najbardziej nierówny w ich karierze i pewnie dlatego stawiam go wyżej jedynie od "Pablo Honey". To jednak nadal poziom dla innych nieosiągalny. Inaczej jest z zeszłorocznym  "In Rainbows". Choć spokojniejszy i u nas przyjęty z mniejszym entuzjazmem (w przeciwieństwie do krytyki zachodniej, gdzie wygrał większość rankingów w kategorii "album roku"), w moich uszach tylko nieznacznie ustępuje "Kid A", będąc dziełkiem dużo bardziej piosenkowym, ale wciąż nastawionym na poszukiwanie i przede wszystkim cholernie równym. Ten krążek, to jednak przede wszystkim odważny krok w kierunku zmiany myślenia o sposobach dystrybucji muzyki. Radiohead jako pierwszy wykonawca o tak dużej popularności, zdecydował się efekt swej pracy sprzedawać w sieci przed wypuszczeniem fizycznego nośnika (mp3 za opłatą zdefiniowaną tylko i wyłącznie przez słuchacza - płacisz ile chcesz). Poza tym zespół zerwał współpracę z rodzimą wytwórnią płytową, która według nich ograniczała ich artystyczną wolność. Postanowili wydawać na własną rękę i świetnie na tym wyszli.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/8XN4EctlnTQ&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/8XN4EctlnTQ&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Są kapelą bardzo zaangażowaną w rozmaite akcje charytatywne, ekologiczne itp. Thom Yorke unika jednak mentorstwa Bono, ucieka od epatowania wielkimi słowami i sprawowania rządu dusz. Są artystami "niezależnymi" w dosłownym tego słowa znaczeniu. Będąc częścią muzycznego businessu, posłużyli się nim, by przyczynić się do zniszczenia jego obecnej formy. Jak to się skończy? Tego nie wie nikt, ale po latach może sie okazać ze ich zasługi są znacznie większe niż nam się dzisiaj zdaje.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3148022226931664008?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3148022226931664008/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3148022226931664008' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3148022226931664008'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3148022226931664008'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/04/radiohead-250809-poznan.html' title='RADIOHEAD - 25.08.09 POZNAŃ'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1969109028401531457</id><published>2009-04-08T18:40:00.020+02:00</published><updated>2009-04-10T21:55:23.388+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Bonnie Prince Billy</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SdzsXWCV4DI/AAAAAAAAAPY/GJJb59SqRUQ/s1600-h/beware.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 204px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SdzsXWCV4DI/AAAAAAAAAPY/GJJb59SqRUQ/s320/beware.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5322388745441632306" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:130%;"&gt;Bonnie "Prince" Billy - "Beware"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;6,0/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Rozumiem, że niektórzy słuchacze odczuwają pewien dyskomfort przy takich dźwiękach, że trochę dezorientuje ich tak dosłowne czerpanie z tradycji country i folku, że nie wszyscy kumają co takiego wyjątkowego miałby ten koleś tworzyć, że wciąż i wciąż (do znudzenia - mimo nierównej formy) ma status jakiegoś pieprzonego guru.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jestem zdania, że po ostatnie wydawnictwa Księcia powinni sięgać tylko Ci, którzy zapoznali się już z "I See Darkness", "Viva Last Blues" czy "Superwolf". Nie dlatego, że nie można ich załapać bez kontekstu, ale dlatego że jest po prostu przyjemniej, dlatego że łatwiej się podjarać dźwiękami, odnaleźć odniesienia do tworów wcześniejszych; po zaznajomieniu z tamtymi wydawnictwami artystę się najzwyczajniej w świecie lubi i na ponowne spotkanie z jego głosem dusza się raduje (ok, przyjmijmy, że o mojej duszy mowię).&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Bonnie wydaje nowe płyty zbyt często - wiedzą to wszyscy, którzy śledzą w miarę uważnie jego karierę. To go trochę niszczy, bo sprawia, że albumy bywają dość nierówne, a czasem pojawi się lekki przesyt i znużenie. Ale jednocześnie jest jednym z tych twórców, którzy bywają tak cholernie fajni w tych swoich niedoskonałościach, fałszach, marudzeniach, przewrotnościach i banałach, że się ich ceni. Mówię Bonnie - myślę "autentyzm".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten krótki tekst z założenia jest nieobiektywny, bo ja temu artyście kibicuję jak mało komu. Zanudzam tymi płytami Kasię, która raz za czas spojrzy na mnie z politowaniem i burknie coś w stylu "śmieszne to country". Ja wiem, ja się może z tego kiedyś wyleczę i będę miał tak jak mieć powinienem (bo jest wiosna, słońce świeci, tyle ciekawych premier i w ogóle, a tu zimowy album z czarną okładką), ale póki co wara od  brodacza! Złego słowa nie powiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobra, a teraz powaga. Nad tym albumem pracował sztab uznanych chicagowskich muzyków, a Książe w wywiadach zapowiadał swoje Opus Magnum (mylił się, ale to w sumie mało istotne). Pamiętam jak odpływając przy klarnetowej solówce "For every field there's mole" z "Lie Down in the Light", pomyślałem, że fajnie by było gdyby nagrał właśnie taki krążek. No i nagrał - bez aranżacyjnego przepychu, ale z pięknymi urozmaiceniami i delikatnymi wtrętami. Album, w którym naturalność miesza się z finezją, co w tym przypadku zagwarantowali m.in. Jennifer Hutt, Emmett Kelly czy Rob Mazurek. To jest przede wszystkim prześlicznie jako całość rozpisane - słodkie chórki, mnóstwo skrzypcowych zagrywek, jakieś saksofonowe delikatne tło, tu trąbka - tam flet, handclapy i oczywiście pedal steel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z samymi kompozycjami bywa różnie. Zawieszony między bogactwem "The Letting Go" i prostotą "Lie Down in the Light" materiał, zawiera zarówno małe Bonniego arcydziełka, jak i momenty w których songwriting zawodzi. Czasem trudno na czymś zawiesić ucho, czasem się Książę dramatycznie powtarza i faktycznie przynudza, co sprawia, że niełatwo się tymi dźwiękami w pełni zachwycić, ale tu właściwie wracam do punktu wyjścia: oto Bonnie - człowiek z krwi i kości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/5__UQbZVcMU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/5__UQbZVcMU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1969109028401531457?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1969109028401531457/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1969109028401531457' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1969109028401531457'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1969109028401531457'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/04/bonnie-prince-billy.html' title='Bonnie Prince Billy'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SdzsXWCV4DI/AAAAAAAAAPY/GJJb59SqRUQ/s72-c/beware.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-4611096857174110230</id><published>2009-03-31T20:47:00.012+02:00</published><updated>2009-04-01T17:44:42.526+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='antykwariat'/><title type='text'>Paul Simon</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SdJmoy1NOHI/AAAAAAAAAPI/h62krG8ANkE/s1600-h/ps.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 320px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SdJmoy1NOHI/AAAAAAAAAPI/h62krG8ANkE/s320/ps.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319426960903714930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Paul Simon - "Paul Simon" 1772&lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś, w czasach, gdy nie uświadamiałem sobie jeszcze ogromu swej muzycznej niewiedzy (dziś już sobie uświadamiam), a muzyka w moim odtwarzaczu musiała brzmieć dramatycznie, jakby była soundtrackiem do próby samobójczej, postrzegałem &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;Simona &amp;amp; Garfunkela jako autorów grzecznych, słodkich nagrań kierowanych do charakterystycznego, lekko łysiejącego odbiorcy między 45, a 55 rokiem życia. Ten typ słuchacza jedyną wiedzę o muzyce czerpał ze składanek „Telezakupów Mango” i preferował właśnie takie wydawnictwa, bo przypominały mu czasy świetności i prawdę objawioną, że „MUZYKA to była kiedyś, a teraz same beztalencia”. Taki gość miałby w zestawie także jakiś dwupłytowy „The best of” Smokie i obowiązkowo "Brother in Arms", bo jedyne czego jest w stanie słuchać, to dźwięki, które idealnie współgrają z popołudniowym zmęczeniem człowieka z 30-letnim stażem. Można to puścić przyjaciołom na swoim nowiutkim sprzęcie Hi-Fi, mrużąc oczy i mrucząc w uniesieniu słowo "klasyka".&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakże się myliłem (o amerykańskim duecie mówię, a nie wspomnianym typie łysiejących 50-latków), wszak dzisiaj dla mnie wiele utworów stworzonych przez tych gości jest synonimem piosenki idealnej, z wzorcowymi harmoniami, anielskimi wokalami i niepodrabialnym miękkim brzmieniem. Ta twórczość to temat na oddzielny wpis, ale trudno jej nie wspomnieć, gdy mowa o solówkach Paula. Simon &amp;amp; Garfunkel zakończyli działalność (ze sporadycznymi przerwami, gdy wracali do koncertowania) w sławie i chwale. Ich drogi rozeszły się po wydaniu „Bridge Over Trouble Water” (m.in. Grammy za album roku 1970, &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;nr 1 Billboardu, ponad milion sprzedanych egzemplarzy). Od tego czasu każdy podążał własną muzyczną ścieżką.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydany w roku 1972 self-titled nie jest jednak debiutem (ten był wydany tylko w Anglii jeszcze w 1965 r), jest za to świadectwem dojrzałości muzyka, który wie czego chce. Simon jest tu twórcą w pełni ukształtowanym, bazującym na swoim dotychczasowym dorobku, ale jednocześnie otwartym na nowe. To nowe to delikatne próby ocierania się o muzykę świata, o czym świadczy otwierający całość "Mother and child reunion". Poszukiwanie inspiracji w muzyce różnych kultur będzie stałym motywem twórczości Paula i eksploduje na wydanym w 1985 r. „Graceland” - pełnym odniesień do muzyki afrykańskiej. „Moher and&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;child reunion” - kawałek w stylu reggae - był sporym przebojem, choć odbiegał od pozostałej, głównie akustycznej części materiału. Muszę przyznać, że nie przepadam za tym utworem. Fakt, że takie kołyszące reggae to nigdy nie był mój ulubiony gatunek muzyczny, ale może dlatego reszta materiału tak bardzo błyszczy - na zasadzie kontrasu.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;"Paul Simon" to wydawnictwo w znacznej mierze autobiograficzne, z kilkoma wątkami znamionującymi kryzys małżeński muzyka (do rozwodu dojdzie w roku 1975). &lt;/span&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;W kończącym całość (nieco Lennonowym) "Congratulations", artysta śpiewa: "Won't you answer me please, Can a man and a woman live together in peace?" - w charakterystyczny dla siebie sposób powtarzając ostatnią frazę (w ogóle powtarzanie ostatniej frazy na końcu zwrotki często się Paulowi zdarza) i upiększając końcówkę zaburzającą rytm partią klawiszy. Wprost wymieni imię swoje i żony w przepełnionym melancholią i troską "Run that body down", dla którego pretekstem była wizyta u lekarza, co wpłynęło na uświadomienie sobie tempa upływającego czasu i życia oraz ułomności ludzkiego ciała. Z kolei talent do opowiadania historii ujawnia w uroczej opowieści o szukającym swej drogi synu rybaka o imieniu "Duncan" (znowu powtarzanie ostatniej frazy), opartej na tak lubianym przez Paula finger pickingu i ozdobnych dźwiękach piszczałki (tu skojarzenia z twórczością S&amp;amp;G automatyczne). Jednocześni muzyk lubi uciekać od oczywistości, serwując zmienną rytmikę generowaną selektywnymi, czystymi dźwiękami gitary - jak w "Armistice Day", czy ubierając utwory w beztroską i niezobowiązującą formę latynoskiego folku - "Me and Julio down by the schoolyard". Większość z tych utworów rozkosznie buja słuchacza, a gdy artysta dodatkowo upiększy taką piosenkę nieco jazzującą wokalizą, jak w „Everything put together falls apart”, to temperatura w pomieszczeniu automatycznie rośnie.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="apple-style-span"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Jeśli muzycy nazywają swoje albumy własnym imieniem i nazwiskiem, to możliwe są dwie przyczyny: albo kompletnie nie mają pomysłu na tytuł, albo zdają się mówić słuchaczowi "taki właśnie jestem" (to banalne, wiem). Myślę, że Simon trochę tak postąpił serwując zestaw pełen wątków z własnego dzieciństwa, życia prywatnego i miejsc, w których przebywał. Miał nosa, bo zdecydował się na kontynuowanie kariery solowej w szczytowej kompozytorskiej formie, a pozycja z 1972 roku stała się jej świetnym początkiem.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;PS. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że materiał z tego krążka na YouTube reprezentowany jest bardzo skąpo, więc zmuszony byłem wybrać nagranie przyjemne, ale raczej mało reprezetatywne dla wydawnictwa.&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:Georgia;font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/tqg9_wwQUNg&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/tqg9_wwQUNg&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-4611096857174110230?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/4611096857174110230/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=4611096857174110230' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4611096857174110230'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4611096857174110230'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/03/paul-simon.html' title='Paul Simon'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SdJmoy1NOHI/AAAAAAAAAPI/h62krG8ANkE/s72-c/ps.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2183287688345227261</id><published>2009-03-28T09:45:00.008+01:00</published><updated>2009-03-28T13:41:18.143+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Rzecz o starociach...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;~ . ~&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Już na dniach nowa kategoria wpisów pod tytułem "Antykwariat", a tam coś o wydawnictwach nieco starszych niż te prezentowane na bieżąco w dziale "recenzje" (swoją drogą nazwa kategorii "recenzje" sugerująca, że pretenduję do miana dziennikarza - profesjonalisty, też wydaje się nie na miejscu, więc pewnie zamienię na lżejszą). W "Antykwariacie" postaram się zamieszczać teksty o albumach ważnych, ale głównie dla mnie - bez oglądania się na dominujące aktualnie trendy w wyznaczaniu klasycznego kanonu płyt i bez przejmowiania się kwestią wyczerpania (bądź przeciwnie) tematu przez innych. Ma to być luźne spojrzenie na płyty istotne dla mnie  i mające spory wpływ na kształtowanie mojej muzycznej percepcji, ale też wydawnictwa dawne, które dopiero co poznaję i które w jakiś sposób mnie kręcą. Zasada ma być taka, że nie ma zasad, a więc nie wiem jak często będę to aktualizował (może raz w roku, może raz w miesiącu - takie teksty są dość czasochłonne i wymagają sporo wysiłku, by zgłębić jako taki kontekst).  Proszę o wyrozumiałość, a  w razie jakichś błędów merytorycznych, przeinaczania faktów czy podobnych wpadek, o konstruktywne sprowadzenie do pionu poprzez funkcję "komentarzy". Póki co - wiosna, więc "Lola"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/IMsnqQHOwFg&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/IMsnqQHOwFg&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2183287688345227261?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2183287688345227261/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2183287688345227261' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2183287688345227261'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2183287688345227261'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/03/rzecz-o-starociach.html' title='Rzecz o starociach...'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-902732967573659192</id><published>2009-03-22T15:42:00.010+01:00</published><updated>2009-03-22T22:35:03.605+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Here We Go Magic</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/ScarjEiabII/AAAAAAAAAPA/sV-WyKJW-8c/s1600-h/hwgm.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 197px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/ScarjEiabII/AAAAAAAAAPA/sV-WyKJW-8c/s320/hwgm.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5316125029159300226" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Here We Go Magic - "Here We Go Magic"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;7.0/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ostatnie podrygi zimy w towarzystwie kwaśnego psycho-folku.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdzieś między dokonaniami Animal Collective, a  oldschoolowymi wokalnymi bandami nawiązującymi do klimatów lat 60 (jak Fleet Foxes) umiejscowiłbym debiut Here We Go Magic, grupy, której założycielem jest  Luke Temple - znany (znany?) amerykański songwriter urodzony w Salem. No tak, jeśli ktoś ma w CV wpisaną taką miejscowość, to nazwa "Here We Go Magic" wydaje się oczywista.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W zakłopotanie wprawia kontrast między dwoma częściami tego albumu, co ma istotny wpływ na odbiór całości. Pierwsza łączy narkotyczne, psychodelliczne brzmienia z retro-wokalami, druga chce ogarnąć przestrzeń znacznie rozleglejszą, ale w efekcie zdaje się nie mówić nic istotnego. Otwierające kompozycje tego półgodzinnego zestawu stanowią chyba najlepszą muzyczną sekwencję, z jaką dane mi było w tym roku obcować. Zapętlone, wsparte pulsującym  wszech-rytmem, robiące fikołki i wracające do punktu wyjścia, mogłyby ciągnąć się bez końca. Szczególnie "Fangela", w której wokal sytuuje się gdzieś w pobliżu piskliwego smutku Jonathana Donahue, wyrasta na kandydata do rocznego Top 3. Mimo pozornie anty-piosenkowego charakteru ma w sobie coś, co sprawia, że pamiętasz nawet nie tyle utwór, co rytm właśnie. Zresztą cała pierwsza część płyty trzyma poziom, przy czym ma to jeszcze jakieś ramy i załapało sie na zgrabną formę. Każdy z tych kawałków posiada jakiś ciągnący całość motyw, szkielet na którym buduje się kompozycję. W najbardziej charakterystycznym - "Ahab" - będzie to samplowany basowy motyw, do którego dołączą floydowe (gdzieś tak z okresu "Animals") syntezatory.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To jedna strona medalu, druga to jeszcze dalsze odejście od konkretu. Czym dalej w głąb zestawu, tym bardziej uciekamy w dźwiękowe plamy pozbawione jakiejś namacalnej osi. Trudno się czegoś uchwycić, raczej tonie słuchacz w ambientowych głębinach, z czego zarzut czynić trudno i co męczące też specjalnie nie jest (pewnie z racji długości dziełka - 36 minut ), ale chyba odbiera zespołowi szanse na  należne miejsce w hierarchii tegorocznych wydawnictw i w kontekście rozbudzonych przez cztery pierwsze tracki apetytów, jest jednak  jakimś rozczarowaniem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na koniec jeszcze nieco walczykowaty, przerysowany i teatralny "Everything's Big", całkiem udane podsumowanie tej szalenie ciekawej pozycji, którą odbieram trochę w kategorii zaprzepaszczenia szansy na album "ważny", ale jednocześnie jako furtkę mogącą prowadzić do czegoś większego. Właściwie trudno powiedzieć czego można się po nich spodziewać na kolejnym krążku i chyba na tym polega w tym przypadku zabawa, czy - jak kto woli - magia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/fer4JUpYWV0&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/fer4JUpYWV0&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-902732967573659192?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/902732967573659192/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=902732967573659192' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/902732967573659192'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/902732967573659192'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/03/here-we-go-magic.html' title='Here We Go Magic'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/ScarjEiabII/AAAAAAAAAPA/sV-WyKJW-8c/s72-c/hwgm.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8017155954960749073</id><published>2009-03-17T16:12:00.015+01:00</published><updated>2009-03-18T06:23:54.531+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>The Boy Least Likely To</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sb_eUMD6WqI/AAAAAAAAAOw/O8bfbFOwdM4/s1600-h/the+boy.bmp"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 189px; height: 192px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sb_eUMD6WqI/AAAAAAAAAOw/O8bfbFOwdM4/s320/the+boy.bmp" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5314210523736857250" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Boy Least Likely To - "The Law of the Playground"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;6,8/10&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;A Tęczowy Music Box pamiętacie?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wyobrażam sobie taką scenę: zahukany, świeżo upieczony ojciec bliźniaków pragnie na chwilę odpocząć od gwaru, hałasu i wizji nieprzespanych nocy, jakie roztaczają przed nim rozwrzeszczane berbecie. Korzystając z okazji, że teściowa zajęła się dziećmi (teściowa jak zwykle wie najlepiej jak się to robi) siada w zacisznym pokoju odsłuchowym i z nieukrywaną radością sięga po nowy album, który podrzucił mu jego trochę nierozgarnięty przyjaciel. Słyszał coś o twee-popie, o słodkich melodiach, o songwritingu przywołującym na myśl Belle &amp;amp; Sebastian (uwielbia Belle &amp;amp; Sebastian, zawsze bierze kojącą kąpiel przy dźwiękach "Dear Catastrophe Waitress"), kładzie swój nieco ociężały zadek w ulubionym fotelu, naciska przycisk "play", by  zatopić się w dźwiękach i zapomnieć...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po chwili świeżo upieczony tata wybiega z wrzaskiem z mieszkania, wyskakuje z przerażeniem w oczach na ulicę, a potem już albo prosto pod autobus linii 46 (wersja dla pesymistów) albo na kanapę psychologa (wersja dla tych co ducha nie tracą). Co takiego usłyszał młody tatuś? Co skłoniło go tak desperackiej reakcji??? Pozornie nic wielkiego, drugi album The Boy Least Likely To.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trudno nie czuć lekkiego zażenowania na myśl o tym brytyjskim duecie i towarzyszącej mu infantylnej otoczce. Dorośli goście śpiewają dziecięce teksty, proste jak wyznania pięciolatka. Kicz? Banał? Naiwność? Pewnie tak; i chociaż starają się przemycić nieco prawdy o samym dzieciństwie, które - jak mawiają psychologowie - jest w istocie najbardziej stresującym okresem w życiu człowieka, w efekcie bliżsi są stworzenia ścieżki dźwiękowej do Disneyowskiej wersji  przygód niedorozwiniętego miśka i jego kumpla prosiaczka (celowo podkreślam, że chodzi o wersję Disneya). Może nie mam dużego doświadczenia w obcowaniu z dzieciakami, ale już dawno spostrzegłem, że najgorsze co możesz zrobić, to mówić do nich jak do idiotów. "Tiu tiu, ciu, ciu, kochasz wujka?" Spróbujcie - znienawidzą was, obiecuję.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Tak, ten album irytować może, ale...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po pierwsze jest postęp w stosunku do debiutu (który zresztą urzekł mnie w roku 2005 r. do tego stopnia, że wystawiłem mu na Screenagers sporych rozmiarów laurkę - duża przesada, wiem). W porównaniu do tamtej płyty dzieciaki jednak trochę podrosły (tak z 5 cm.) i starają się jak mogą manierę szkodliwą ograniczać. To się nie do końca udaje, ale ważne, że próbują. Oczywiście z grubsza słyszymy dziś to, co słyszeliśmy wcześniej: dzwonki, skrzypce, akustyki, banjo, jakieś grzechotki i piszczałki, czyli wszystko czym i Arka Noego nie pogardzi. Mimo beztroskiego klimaciku dziecięcej zabawy, bywa że i specyficzny, podskórny smutek spod niego wypływa: "Feel too fat to go to the gym so I sit at home and watch fit videos. Sometimes I feel like I'm banging my head against a brick wall" - przyznacie że osobliwe. Są w końcu - i to najważniejsze - lekkie i momentami zabójcze melodie. Przede wszystkim "I box up all the butterflies" oparty na dźwiękach banjo, ze skrzypcami żywcem przeniesionymi z wiejskiej potańcówki, ale też wyklaskany "Strinking up conkers" czy "Whisker" (znowu banjo) z uroczym przeciąganiem tytułowego słowa w refrenie. Dla zobrazowania dodam, że trzy najczęściej padające w recenzjach tej płyty nazwy to: New Pornographers, Architecture in Helsinki i oczywiście Belle &amp;amp; Sebastian, starczy?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jest więc ślicznie i uroczo. Jeśli tylko nie jesteście szczęśliwymi rodzicami jakiejś potencjalnej drużyny piłkarskiej, jeśli nie oczekujecie od muzyki jedynie pięknych, monumentalnych pejzaży, łąk, śpiewu ptaków, zachodów słońca i przy pierwszych dźwiękach nie wybiegniecie w panice na ulicę - całkiem możliwe, że nieźle Was ta muza wkręci. Całej reszcie pozostaje irytacja i problemy dorosłych. A sam zespół - jak tak dalej pójdzie - wkrótce dojrzeje i nagra całkiem zwyczajną płytę. Tak gdzieś za 40 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/RPBjmk3qZQM&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/RPBjmk3qZQM&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8017155954960749073?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8017155954960749073/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8017155954960749073' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8017155954960749073'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8017155954960749073'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/03/boy-least-likely-to.html' title='The Boy Least Likely To'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sb_eUMD6WqI/AAAAAAAAAOw/O8bfbFOwdM4/s72-c/the+boy.bmp' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2643657538530544948</id><published>2009-03-10T19:48:00.014+01:00</published><updated>2009-03-10T22:30:25.733+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Dark Was The Night</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SbbTrBYzEZI/AAAAAAAAAOo/FGeab-HpYy0/s1600-h/dark.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 179px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SbbTrBYzEZI/AAAAAAAAAOo/FGeab-HpYy0/s320/dark.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5311665546590359954" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Various Artists - "Dark Was The Night"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:130%;"&gt;7.9/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Aids is preventable disease: play safe, practice safe sex, and help people in need and their loved ones around the world. Music is an instrument for positive social change" (tekst zdobiący płyty "Dark Was The Night").&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Składanki dzielimy na dobre i złe (skojarzenie z pojęciami "Dobry glina/Zły glina" jak najbardziej słuszne, składaki też w powszechnej opinii są złe, ale zdarzają się wyjątki). Dobre składanki to takie, w których o coś chodzi. Nie mam tu na myśli przyczyn pozaartystycznych, jak działalność na rzecz organizacji charytatywnych (casus "Dark Was The Night"), chęci bycia ścieżką dźwiękową filmu czy innych tego typu historii. Bycie "dobrą" składanką, to przede wszystkim posiadanie jakiejś idei, myśli przewodniej, artystycznego sensu, który w zetknięciu z dobrym materiałem da nam coś godnego uwagi. W tym kontekście "Dark Was The Night" dobrą jest i zacną, a do tego całkiem sporo szumu wokół niej powstało, więc i mojej osobie umknąć nie mogła.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Myślą przewodnią tego wydawnictwa było przedstawienie na dwóch krążkach tego, co najlepsze w dzisiejszej muzyce tzw. "niezależnej" (na ile ona "niezależna", to temat na inny artykuł - nie o to w tej chwili chodzi, więc przyjmijmy, że tak jest). Celem artystycznym było ukazanie swoistej zmiany warty, jaka zaszła w muzyce ostatnimi czasy. Udało się autorom zebrać do kupy nagrania wykonawców, których albumy w ostatnich latach dostawały najwyższe noty na łamach niezależnych portali (kwestia "niezależności" portali też godna dłuższej dyskusji w kontekście -  jakże wymownej - reklamy IPhone'a, straszącej nas od dwóch dni na stronie Pitchfoka).&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wyprodukowane przez Aarona i Bryce'a Dressnerów (na co dzień udzielających się w zacnym The National) wydawnictwo, z ideowym wsparciem Johna Carlina (który pomysł składanek charytatywnych z serii Red Hot zapoczątkował równo 20 lat wcześniej)  oraz błogosławieństwem wytwórni 4AD, wypełniono głównie niepublikowanymi nagraniami znanych wykonawców, ewentualnie coverujących klasyków lub występujących w rozmaitych konfiguracjach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kogóż tu nie ma? The Books, Feist, The National, Grizzly Bear, Bon Iver, Antony, Sufjan Stevens,  Arcade Fire, Yo La Tengo The New Pornographers, Andrew Bird, Spoon, Cat Power... Ech, jest sens wymieniać dalej? Całości patronują klasycy, przede wszystkim Blind Willie Johnson - ślepiec, żebrak, a jednocześnie jedna z najważniejszych postaci w historii bluesa, którego najsłynniejszy utwór dał temu składakowi nazwę (tu nagrany ponownie, choć już tylko w wersji instrumentalnej, przez Kronos Quartet), ale także David Byrne, który to wydawnictwo wraz Dirty Projectors otwiera oraz Dylan i Nick Drake, tak świetnie coverowani przez młodych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie sposób omówić wszystkiego, ale trzeba zauważyć, że pierwsza płyta to hołd złożony amerykanskiej tradycji folk, rocka, bluesa i ogólnie materiał bardzo korzenny. "Deep blue sea" w wykonaniu Grizzly Bear faktycznie brzmi jak tradycyjna folkowa pieśń. Popisuje się Justin Vernom (Bon Iver), prezentując taką bardziej kontemplacyjną stronę własnej twórczości, gdzie klimat zjada melodię. Zachwyca delikatne electro The Books i Gonzaleza, którzy nagrywają na nowo "Celo song" Drake'a. Kapitalnie prezentują się The Decemberists w ponad 7-minutowym "Sleeples"; nigdy nie byłem specjalnym fanem tych ich folk-country-szant, ale ten kawałek sprawił, że na nowy album już się ślinię. Zaskakuje Sufjan Stevens, jego wersja "You are the blood" naszpikowana jest elektroniką, poprzez którą artysta z ledwością się przebija. No i najważniejsza dla mnie pozycja: "So far around the bend" - The National. Byłem pewny, że to cover, że takich utworów, z takim tekstem i w takim klimacie już się nie nagrywa. Wypada przeprosić i pokornie zwiesić głowę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W drugiej części postawiono na eklektyzm kosztem spójności i konceptu. Tacy Arcade Fire, Beirut czy New Pornographers robią swoje, przedstawiając kawałki w niczym nie ustępujące tym, które prezentują na własnych albumach. Cat Power wzrusza i porusza, jednocześnie zaskakując chrypą, jakiej nie powstydziłaby się Janis Joplin; Conor Oberst (Bright Eyes) w duecie z Gillan Welch, prezentują jeszcze bardziej intymną wersję "Lua", a  Andrew Bird zachwyca coverem "The Giant of Illinois", który zagrał tak jakby był jego własnym kawałkiem. Yo La Tengo przedstawiają swoje rozmyte i snujące się oblicze, podobnie Kevin Drew kończący całość. Uff...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Oczywiście są i potknięcia, ale przy takiej ilości twórców i utworów trudno było ich uniknąć, więc łaskawie przemilczmy (zresztą cel składaka szczytny to i odpuścić można). A prawda jest taka, że wydawnictwa o takim charakterze i  tego formatu dawno już nie uświadczyliśmy i nie wiadomo kiedy uświadczymy znowu, więc cieszmy się! Cieszmy się do cholery!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="295" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/KFLbierBZWo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/KFLbierBZWo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="295" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2643657538530544948?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2643657538530544948/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2643657538530544948' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2643657538530544948'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2643657538530544948'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/03/dark-was-night.html' title='Dark Was The Night'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SbbTrBYzEZI/AAAAAAAAAOo/FGeab-HpYy0/s72-c/dark.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-5168858872177176016</id><published>2009-03-07T18:22:00.013+01:00</published><updated>2009-03-28T10:21:57.130+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Dzień kobiet</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;BABKI&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No tak. Zamiast rajstop i goździka miał być większy wpis o tym, jaką to babki potrafią niesamowitą muzę zapodać. Miałem rzucić kilka obrazków, okładek i klipów, żeby pokazać jak się fajnie różnią i jak każda czaruje. Miało być o tym, że "na swój sposób" nawet Patti Smith może być piękną, i jeszcze o tym, że nie wymyślono w historii muzyki nic bardziej sexy niż Kim Gordon czy Darcy Wretzky na scenie, z gitarą przewieszoną przez ramię. Miało być o kobietach delikatnych i kruchych jak choćby (zapowiedziana na Opener!!!) Emiliana Torrini czy inna Joanna Newsom, i jeszcze o tym jak mądrze brzmiała kiedyś Cat Power i jak fantastycznie pokręcona jest Bjork. O kwiatach we włosach Joni Mitchell też miało być, i o smutku Billie Holiday...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tak być miało, ale nie będzie, bom (wedle tradycji) świętowanie Dnia Kobiet zaczął już w piątek. Pisanie czegokolwiek większego po piątkowym świętowaniu jest w obecnym stanie ciała mego i ducha raczej niemożliwe. A z racji tego, że zaraz świętowania ciąg dalszy - cały wpis sprowadzić mi wypada do jednego, ale jakże wymownego obrazka. Czy Feist w tym filmiku nie jest uroczą kwintesencją kobiecości? Dla niżej podpisanego jak najbardziej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Chór kurczaków rządzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/9fciD_II7NI&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/9fciD_II7NI&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-5168858872177176016?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/5168858872177176016/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=5168858872177176016' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5168858872177176016'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5168858872177176016'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/03/dzien-kobiet.html' title='Dzień kobiet'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2419485883418447340</id><published>2009-03-04T17:41:00.027+01:00</published><updated>2009-03-07T18:08:32.005+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>The Pains of Being Pure at Heart</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sa6wF9KpzGI/AAAAAAAAAOg/X_5sYBTUt14/s1600-h/pure.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 173px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sa6wF9KpzGI/AAAAAAAAAOg/X_5sYBTUt14/s320/pure.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5309374627081473122" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;    &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="" lang="EN-US"&gt;The Pains of Being Pure at Heart - "The Pains of Being Pure at Heart"&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;i style=""&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;6.9/10&lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/i&gt;&lt;/b&gt;&lt;/p&gt;          &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;Szzzzz, Szzzzz, Szzzzz...&lt;/b&gt;&lt;span style=";font-size:10;color:black;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Istniejący od 2007 r. kwartet z Nowego Jorku nieźle namieszał, wzbudzając pozytywne (a czasem i ekstatyczne) reakcje wśród słuchaczy spragnionych niezobowiązujących melodii ubranych w słodko-gorzką estetykę mrocznego popu, którego źródeł - choćby z racji pochodzenia - najłatwiej szukać w pięknej i bogatej tradycji szemrzących gitar, ciągnącej się od Velevet Underground albo The Byrds (jak kto woli). W ten sposób stworzyłem najbardziej czerstwy akapit w historii tego bloga, przedstawiając kontekst tak oczywisty jak artykuły na Onet Muzyka.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;No ok., to teraz o inspiracjach oczywistych jeszcze bardziej - późny Jesus and Mary Chain, do tego cały shoegaze oraz wszystko co pośrednie i obok. Proszę się jednak nie spodziewać ciężaru gatunkowego "Loveless"; Pains of being Pure Heart serwują przede wszystkim popowe melodie jakimi nie wzgardziliby The Smiths, gdyby mieli okazję (drugi najbardziej czerstwy moment w historii bloga). &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;I tu wkracza kontekst jedynie słuszny: twee-pop! Tak! Mój wykrzyknik jest w tym momencie o tyle żałosny, że ja żadnej kapeli z tego nurtu oprócz Field Mice nie znam, jeśli oczywiście Field Mice to twee-pop (żeby nie było, że jestem aż tak pewny swego). Jest czy nie, słychać zależność między twórczością Brytyjczyków, a tymi uroczymi piosenkami, z których przynajmniej dwie ("Young adult friction" i "This love is fucking right") melodiami walą po nerach w tak dotkliwy sposób, że zwijasz się z bólu na bordowej wykładzinie. Zresztą drugiego z tych kawałków ze wspomnianymi Field Mice łączy zażyłość dużo bardziej bezpośrednia (Jaka? Na zadanie domowe). Czaru dopełniają wokale słodkie niczym  z "Wake up" - Boo Radleys (którzy, z racji dużo dalej idącego stopnia komplikacji muzycznej wypowiedzi, kontekstem idealnym nie są, ale zawsze jakimś).&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Jednym słowem ta recka to właściwie diss na samego siebie (bo przecież nie na ten jakże sympatyczny, półgodzinny zestaw piosenek) ale jednocześnie komunikat dla łaknących nowości, że nowa tu jest tylko nazwa, a cała reszta już jakby nie pierwszej świeżości. Zresztą nazwa najprawdopodobniej po latach wróci na zasadzie namecheckingu przy okazji recenzji czegoś niemal identycznego; wtedy będzie można błysnąć znajomością kapeli, której nikt już nie pamięta. Tak jak nie pamiętało się tych wszystkich Vaselines czy Talulahgoshów, które wróciły przy okazji rozmaitych tekstów pochwalnych na temat The Pains of Being Pure Heart. I właśnie w tym fakcie upatrywałbym największą zasługę tego krążka.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;    &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Prześwietnie się tego słucha, ale jednocześnie człowiek myśli: "no ok., a co potem?". Przecież wszyscy mamy w pamięci The Raveonettes - oni też kapitalnie zaczynali.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/KLVrTruj_Aw&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/KLVrTruj_Aw&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2419485883418447340?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2419485883418447340/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2419485883418447340' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2419485883418447340'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2419485883418447340'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/03/pains-of-being-pure-at-heart-pains-of.html' title='The Pains of Being Pure at Heart'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/Sa6wF9KpzGI/AAAAAAAAAOg/X_5sYBTUt14/s72-c/pure.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8822301206847561855</id><published>2009-02-21T14:17:00.041+01:00</published><updated>2009-03-28T10:23:19.672+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>"Odeszły" w 2008</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;-&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czytałem kilka blogowych wpisów z cyklu "Odeszli w 2008". Smutna i niewdzięczna to rola zawrzeć "wagę" wydarzenia jakim jest chociażby śmierć Freddiego Hubbarda w krótkiej, lakonicznej formie blogowego posta. Ja podejmuję się zadnia dużo bardziej błachego. Postanowiłem w kilku zdanich pożegnać się z albumami, które nie doczekały zimy 2009 na mych (coraz bardziej uginających się pod naporem sterty plastiku) półkach z płytami. Litościwie ślę im to ostatnie wspomnienie, swoistą laurkę, by z pamięci nie umknęło, że były częścią mej historii&lt;/span&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ok, a tak na poważnie, to pozbywanie się płyt jakichkolwiek jeszcze do niedawna było dla mnie dość traumatycznym przedsięwzięciem. Trochę na zasadzie "wszystkie dzieci nasze są i te brzydkie też trzeba kochać". Mało tego, ja zawsze miałem taki delikatne zboczenie, że jak ważny dla mnie artysta wydawał słaby album, to ja go katowałem bardziej. Doszukiwałem się drugiego dna, jakichś ukrytych pod przykrywką słabych utworów znaczeń, skrywanego geniuszu i sensu, które trzeba wydobyć i których się trzeba dosłuchać. Najczęściej nic tam nie było oprócz marnych nagrań (ot, ironia losu), no ale jeśli w wieku 17 lat w soboty dorabiałeś na budowie, a potem cąłą tą kasę wywalałeś na płyty, to musiałeś ich potem słuchać tak długo aż się spodoba, nie ma bata. I choć sytuacja się od tego czasu zmieniła, to nawyk pozostał. Dopiero niedawno zorientowałem się, że mam dom zawalony stertami CDków, do których w ogóle nie wracam. Dlaczego? Bo to słabe plyty? Bo ja już czegoś innego od muzyki oczekuję? Bo nie wytrzymały próby czasu? Różne są przyczyny, ale zasadę wprowadziłem prostą - kupować owszem (sorki, bez tego już nie funkcjonuję), ale i pozbywać się tego, co nie daje rady (tak by ciągły ruch w interesie był). Ten rok był przełomowy, bo trochę tego poszło. Te poniżej, to tylko niektóre, nie wszystkie fatalne, ale dla mnie wszystkie już bez większego znaczenia:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Smashing Pumpkins - "Adore"; "Machina/The machines of God"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Zwan - "Mazy Star of the Sea"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Billy Corgan - "The Future Embrace"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;img src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaA5OIYI6aI/AAAAAAAAAMI/EXFVxQZvP4s/s320/billy.jpg" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 263px; height: 268px;" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305303275972127138" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tak się zlożyło, że jeden z najbardziej wpływowych gości, jeśli chodzi o moją edukację muzyczną, był autorem chyba najbardziej spektakularnego artystycznego upadku, jaki obserwowałem. Autor praktycznie całego pumpkinsowego repertuaru, a więc klasycznych "Gish", "Siamese Dream" i "Mellon Collie and the Infinite Sadness", na których tak fantastycznie łączył brytyjskie, nieco rozmyte brzmienie z energią na miarę czasów muzycznej dominacji kapel z Seattle. Dla zapatrzonego w muzykę ze Stanow gówniarza, to właśnie Dynie były furtką do poznawania tych wszystkich wyspiarskich shoegazów, dream-popów i innych wynalazków. Niestety forma Billego spadała wprost proporcjonalnie do rozrostu jego Ego. W momencie, w którym łysy uświadomił sobie, że jest dużym chłopcem, przestał być w jakimkolwiek artystycznym aspekcie interesujący. Nudne "Adore", nieznośnie naiwne "Zwan", jakieś podpinanie się pod modę na lata 80 na solówce i dwa nieudane powroty do gitarowego łojenia. Na każdym z tych krążków równie słabe piosenki i emocje jakby już nie do końca szczere. Smutna historia przyznacie, ale zawsze zostają trzy klasyki i kilka singli. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego mi będzie brakowało?&lt;/span&gt; Może "Stand inside your love" i "I of the morning" (głównie z końcówkę) z "Machiny", ale pierwszego z nich mam jeszcze na składaku "Greatest Hits", a bez drugiego jakoś przeżyję. Poniżej "Stand inside your love"&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/fAV6rWUyqCc&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/fAV6rWUyqCc&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Eels - "Daisies of the Galaxy"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;img src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaBK_fnifwI/AAAAAAAAAMQ/82DpEwlUwoo/s320/eels.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305322815721996034" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Panu E ze swoim oszczędnym podejściem do instrumentów, epatowaniem infantylnymi tekstami i dupowatym wokalem, starczyło pary na dwie niezłe płyty. Faktycznie, mimo że mało odkrywcze i czerpiące wiele chociażby z twórczości Becka, miały urok i klasę. Potem w kwestiach zasadniczych brodacz zaczął sie powtrzać oferując już słabszy songwriting, niby przywdziewając nowe szatki, ale rdzeń zostawiając ten sam. "Daisies of the Galaxy" ma bardziej naturalny i folkowy wydźwięk od poprzedniczek i taki nieco irytujący pierdołowato-poczciwy klimat. Zabrakło świeżości poprzedniczek. Podniesie sie jeszcze wprawdzie E na podwójnym "Blinking Lights and Other Revelations", ale to bardziej takie dzieło życia pisane przez wiele lat, więc nie dziwota. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego będzie mi brakowało?&lt;/span&gt; Wszystkiego i niczego.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Neil Young - "This Note's For You"; "Trans"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;img src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaBO7eZai7I/AAAAAAAAAMg/GRRZBgK7emw/s320/yung.bmp" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305327144721353650" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 246px; height: 130px;" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ech, fakt że trzymałem w domu coś takiego jak "Trans" tłumaczę jedynie miłością do twórczości Younga bezgraniczną. Fatalny to album z fatalnego okresu w  karierze muzyka. Young zmarnował prawie całe lata 80 odzyskując formę dopiero na "Freedom" pod koniec dekady. "Trans" to eksperyment z elektroniką, który dziś budzi ewentualnie pusty śmiech i zażenowanie. Mam wrażenie, że moje gry na Atari 65XE miały lepsze ścieżki dźwiękowe. "This Notes For You" lepsze, sporo dęciaków i "R&amp;amp;B". To jednak nie taki Young jakiego cenię, a utwory nie tak dobre, by poruszyć (choć sukces komercyjny był). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego mi zabraknie?&lt;/span&gt; Fantastyczny, jazzowy "Coupe de Ville", głównie z powodów osobistych. Poniżej klasyczne już wideo do "This Note's For You", czyli Neil naigrywający się z Michaela Jacksona i stojących za jego sukcesem korporacji.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/V0mPfO-z2QY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/V0mPfO-z2QY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;The Coral - "The Invisible Invasion"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;img src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEK9PpGbLI/AAAAAAAAANI/ccpdwbXNHTc/s320/coral.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ci zaś z albumu na album staczają się po równi pochyłej, prezentując coraz bardziej ckliwą interpretację klasyki lat 60. Dwa pierwsze krążki na półce zdecydowanie wystarczą - tu wkrada się już nuda i rutyna.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego zabraknie?&lt;/span&gt; Pewnie "In the morning" za śliczną melodię.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/pkG4NoIscWg&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/pkG4NoIscWg&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Portishead - "Third"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEKXf4_G9I/AAAAAAAAAMw/PPO8ZhbitJY/s320/portishead.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305533234832939986" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 200px; height: 197px;" border="0" /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wszystko opisałem już w recenzji. Zdecydowanie niepożądany powrót - myślę, że czas przyzna mi rację. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego mi będzie brakowało?&lt;/span&gt; Niczego.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;The Cure - "The Cure" ; "4:13"&lt;/span&gt; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;img src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaENdVM8GBI/AAAAAAAAANo/r-bkCehRWUM/s320/kiur.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305536633577936914" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 237px; height: 128px;" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"4:13: też już było recenzowane, a "The Cure", to może nawet niższy poziom. Zespół, który tak strasznie niszczy swą legendę, że aż głupio się pastwić. Nie kopie się leżącego.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego zabraknie?&lt;/span&gt; Dokładnie tego czego w przypadku "Third" &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Siouxie and the Banshees - "Scream"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;img src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEKbkRBhUI/AAAAAAAAAM4/0FMzhBcRm9Y/s320/siouxie.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305533304726979906" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Całkiem niezły album, choć mało jeszcze miał wspólnego z gotycką aurą, jaką pokochali fani. Dość surowa i skromna produkcja. Sprzedałem, bo nie wracałem do tego i raczej nie zamierzałem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego mi zabraknie? &lt;/span&gt;Pewnie ich wersji "Helter Skelter"&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Elliot Smith - "XO"&lt;/span&gt; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;img src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEL0eh0bqI/AAAAAAAAANQ/xQk9kxp5rN8/s320/elliott.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305534832195169954" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Sorki, ale nie przyjmuję zachwytów nad tym krążkiem jako jednym z najważniejszych w karierze Elliota. Gdyby na tym zakończyć, Smith mógłby być co najwyżej inspiracją Eda Harcourta, a nie tak poważanym dziś songwriterem (inna sprawa ile tego gadania wynika z "historii jego życia i śmierci", a ile z twórczości - do analizy). Nudna płyta - po prostu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;The Rockfords - "The Rockfords"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;img src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEKj7yWZzI/AAAAAAAAANA/ec8TIt8DKuE/s320/rockfords.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305533448479729458" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 200px; height: 196px;" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ha! No było coś takiego. Dosyć żenujące wydawnictwo pobocznego projektu gitarzysty Pearl Jam. Cud że się sprzedało na aukcji (zadziałał opis: "zespół gitarzysty PJ"). Jestem więc mistrzem maketingu, a sam album radzę omijać z daleka. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego mi będzie brakowało?&lt;/span&gt; Chroń mnie Panie!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Perry Farrell - "Song Yet to be Sung"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 238);"&gt;&lt;img src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEKM5M4GoI/AAAAAAAAAMo/ikp6IqBvBdI/s320/perry.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305533052648692354" style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 200px; height: 196px;" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEKM5M4GoI/AAAAAAAAAMo/ikp6IqBvBdI/s1600-h/perry.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaEKM5M4GoI/AAAAAAAAAMo/ikp6IqBvBdI/s1600-h/perry.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Co się stało z Farrelem? Nie ma gościa po Porno for Pyros. Album nie taki tragiczny, no ale wymagać należy. Trochę poleciał Perry w elektronikę i jakieś azjatyckie klimaty, co samo w sobie niczym złym nie jest, ale fakt że właściwie mamy tu tylko jedną bardzo dobrą piosenkę już tak. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Czego mi będzie brakowało?&lt;/span&gt; No właśnie tej tytułowej piosenki, która poniżej:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/bNWmg8Es5kI&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/bNWmg8Es5kI&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do tego solówka Jamesa Ihy, "Nonsuch" XTC (ale raczej z racji posiadania wczesnego wydania - chcę remastra), "Around the Sun" i "Reveal" R.E.M, "4 Track Demos" PJ Harvey, coś Waterboysów, "The Chain gang of love" Raveonettes, właściwie wszystko co miałem Black Rebel Motorcycle Club i wiele pozycji, o których już zdążyłem zapomnieć. Niech spoczywają w pokoju&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ciąg dalszy oczywiście nastąpi...&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8822301206847561855?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8822301206847561855/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8822301206847561855' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8822301206847561855'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8822301206847561855'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/02/odeszy-w-2008.html' title='&quot;Odeszły&quot; w 2008'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SaA5OIYI6aI/AAAAAAAAAMI/EXFVxQZvP4s/s72-c/billy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2631429059779605799</id><published>2009-02-16T21:04:00.026+01:00</published><updated>2009-02-21T21:03:55.785+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>The Phantom Band</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SZrpBhI4bCI/AAAAAAAAAMA/cwlyr_dc-YU/s1600-h/phantom.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 180px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SZrpBhI4bCI/AAAAAAAAAMA/cwlyr_dc-YU/s320/phantom.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5303807723466943522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;The Phantom Band - "Checkmate Savage"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: italic;"&gt;7.6/10&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold; "&gt;Jeszcze nie wiemy czy typowanie Phantom Band do miana zespołu, którego będzie się słuchać w 2009, było trafne - dziennikarze MOJO twierdzą, że tak. Wiemy za to (tzn. ja wiem na pewno), że ich debiutu olać nie wypada.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wydany przez "Chemikal Underground" krążek nie daje mi spokoju od tygodnia. Trochę z rezerwą podchodziłem, bo różne mniej lub bardziej reklamowe teksty na ich temat przedstawiały zespół jako spadkobierców wariactw spod znaku Zappy, Beefhearta czy reprezentantów niemieckiej sceny krautrockowej. Kim ja jestem, żeby się w TEMATACH wypowiadać? No ale dzięki Bogu, by nowym wykonawcom nadać odpowiedną rangę, pisze się wiele i niekoniecznie zgodnie z prawdą.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To oczywiście nie znaczy, że promówki bzdurne są; z tym, że cały wpływ krautrocka (przynajmniej w takim zakresie, w jakim ja temat mam przerobiony) ujawnia się nie w rozbudowanych progresywnych czy improwizowanych jazdach, a w elektronicznych urozmaiceniach nadającym utworom ten specyficzny, mechaniczny charakter.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Minimalizm, wokal, który jest jakąś kolejną pochodną Curtisa wymieszną z  barwą Billa Callahana (ej no, ale ja naprawdę coraz bardziej to słyszę!)  i generalnie "klimat", kazałby ich umiejscowić w post-punkowej tradycji. No może, ale niech nie będzie za łatwo. W tych dziewięciu kawałkach Szkoci potrafią zapodać coś co brzmi jak odpowiedź na deklamowany, posępny i mroczny "MR. X" - Ultravox, choć z żywą perkusją, chóralnymi zaśpiewami i plemienną niemal końcówką - tak jest w "Burial sounds". Chwila, moment i mamy mechanicznie wyśpiewany "Folk song oblivion", który Bowiem czy innym Byrnem śmierdzi na kilometr. W "Halfhound" dość masywny, jak na ten album, gitarowy riff przerywa jakiś banjo-country-folk (?!); z kolei "Island", to prościutka jak cep kompozycja, oparta na wznoszącej intonacji wyśpiewywanych fraz - trochę jak modlitwa z chórem czarnoskórych wiernych. He, he, nieźle kombinują i ani śladu tanich sentymentów czy wyciskaczy łez, raczej proste perkusyjne wybijanie rytmu w połączeniu z prymitywnymi syntezatorami, co chociażby w "The Howling" przywodzi na myśl Elecrelane. A kiedy wydaje się, że będzie "przejmująco i smutno", Phantom Band uwieńcza "przejmujący i smutny" mostek wielogłosowymi harmoniami, które pojawiają się całkiem z dupy i brzmią (hyhyhy) jak hymn Muppetów, bynajmniej nie "smutny i przejmujący". I niech mi ktoś powie, że dzięki temu "Throwing bones" z takiego sobie utworu nie staje się automatycznie wymiataczem pierwszej klasy? Flaming Lips by tak chcieli.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pamiętacie kultowe "ciągnące" Krówki? Czy ktoś jeszcze kojarzy, że "ciągnąca" się Krówka to była norma? A teraz co? Wszędzie to kruche gówno; weź traf na "ciągnącą" krówkę, to będziesz osiedlowym bossem, a kumple pod klatką będą ci chcieli wydrapać oczy z zazdrości. Podobnie z tym albumem - coś co w czasach eklektyzmu wydaje się całkiem zwyczajne, w przyszłości może być uwznioślone, kultowe i pożądane. &lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: italic; "&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: normal;"&gt;Żaden tam materiał&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: normal; "&gt; bez wad, ale kto mi powie, że ta kapela nie rokuje? Trochę szczęścia, rozgłosu i presji mogłoby być w tym przypadku zapowiedzią czegoś znacznie większego niż się niektórym wydaje, a i ten krążek z perspektywy czasu może nabrać wagi i znaczenia. Liczą sie przeciez kompozycje, a tu każdy element wzbogacający tylko i wyłączie im służy.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W razie czego może pamiętajcie w przyszłości, kto u nas pierwszy o nich pisał co? Tak bardzo chciałbym być kultowy. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/-S1sWASZFbM&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/-S1sWASZFbM&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2631429059779605799?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2631429059779605799/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2631429059779605799' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2631429059779605799'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2631429059779605799'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/02/phantom-band.html' title='The Phantom Band'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SZrpBhI4bCI/AAAAAAAAAMA/cwlyr_dc-YU/s72-c/phantom.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8272251434343208754</id><published>2009-02-08T20:48:00.023+01:00</published><updated>2009-02-09T20:19:23.586+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Blackout Beach</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SZBnS3riIQI/AAAAAAAAAL4/pp37JReSBSQ/s1600-h/black.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300850335296921858" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 195px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SZBnS3riIQI/AAAAAAAAAL4/pp37JReSBSQ/s320/black.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Blackout Beach - "Skin of Evil"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;em&gt;4.3/10&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Blackout Beach - czyli o tym jak bardzo "poboczny" może być projekt poboczny.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Blackout Beach to pomysł Careya Marcera znanego z Frog Eyes i Swan Lake. Przy czym Frog Eyes z ich "Tears of the Valedictorian" mają na mojej półce z płytami miejsce szczególne. Średnio co dwa miesiące rozpatruję kwestię wystawienia jej na allegro, po czym decyduję się na "ostateczny odsłuch" i stwierdzam, że w sumie całkiem, całkiem. Gdy docieram do "Bushels" odczuwam nawet coś na kształ podjarki. W sumie to taka twórczość, która blado wypada gdy się o niej myśli i rozkłada na czynniki pierwsze, ale całkiem nieźle kiedy odpali się przycisk z napisem "play". Frog Eyes stąpają po grząskim gruncie, bujając się między epickimi formami, teatralną i często męczącą manierą wokalisty, lo-fi brzmieniem połączonym z iście epickimi i czasem dość frapującymmi kompozycjami. Trzyma ten album przy życiu wspomniany "Bushels" z prostą, ale robiącą niesamowite wrażenie partią klawiszy, sugerując, że w tej całej melodramatycznej, nadętej i zdrowo pierdolniętej estetyce sens istnieje. Ale czy ja jestem obiektywny skoro nawet powszechnie sponiewierany debiut Swan Lake (Dan Bejar - ten z Destroyera, Spencer Krug - ten z Wolf Parade, Carey Marcer - ten, o którym mowa) zyskała moją przychylność? Chociaż tu pewnie siła osobowości Bejara zadziałała najmocniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Blackout Beach zdaje sie zaledwie projektem pobocznym w karierze muzyka, co wnioskuję z długości materiału (około 30 minut), częstotliwości publikowania (drugi album w ciągu 5 lat) i wyczuwalnym klimacie grania głównie dla siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co oferuje ten krążek? W skrócie - coś w depresyjnych klimatach Woven Hand, ale dla najbardziej zdeklarowanych lo-fi maniaków. Właściwie pozbawiony melodii materiał, sięgający jednocześnie tradycji opowiadania mrocznych historii Toma Waitsa i Nicka Cave'a, choć ten kontekst może zwodzić, bo chory klimat Blackout Beach rodzi się na gruncie zaprzeczania konwencji pieśni nawet tak odjechanych gości jak tu przytaczani, a wspólny paradygmat dla tych artystów, to nieco naciągana na potrzeby różnych tekstów teoria.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wyzwanie dla tych, którzy nad kompozycje stawiają tzw. klimat, wynikający z dusznej atmosfery nieco chorych wizji rodzących się w głowie autora, którym towarzyszy równie chora artykulacja, odjechane teksty (zdaje się, że świetny materiał szkoleniowy dla przyszłych filologów) i muzyczny minimalizm wzbogacany prymitywną elektoniką. To album wywiedziony z ciemnej strony mocy, gdzie tylko chwilami (przy wsparciu kobiecego wokalu) trafiamy na ślad ballady rodem z twórczości Cave'a (początek "Nineteen, one God one dull star". "Sophia, Donna I was down the river waiting").&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Czy jest dobrze? Nie. Nie neguję samej idei odchodzenia od schematów (przeciwnie), ale mam wątpliwości co do sensu przedstawiania dzieła, w których chaos i brak wyraźniejszej koncepcji, powodują uczucie niedosytu i przypadkowości. Ten album trwa niewiele dłużej niż epka, a ciągnie się nieziemsko. Nie przykuwa, a raczej męczy brakiem spójności. Bronią się momenty (opener "Cloud of of evil, gdzie emocje potęgują nakładające się wokale, do odsłuchu poniżej), ale one giną w nijakiej całości, a ich szkicowy charakter nie daje szans na zabłyśnięcie. Chciałbym widzieć w tym jakiś większy sens, doszukać się ukrytego znaczenia i iskierki sygnalizującej coś więcej, ale słyszę jedynie zbiór utworów muzyka, który bardzo chce udowodnić, że jest Artystą. Chciałbym bardzo, naprawdę. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/blackoutbeach"&gt;posłuchaj&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify" align="left"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify" align="left"&gt;---&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8272251434343208754?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8272251434343208754/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8272251434343208754' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8272251434343208754'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8272251434343208754'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/02/blackout-beach.html' title='Blackout Beach'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SZBnS3riIQI/AAAAAAAAAL4/pp37JReSBSQ/s72-c/black.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-7715978700713324629</id><published>2009-02-01T18:02:00.042+01:00</published><updated>2009-02-02T22:32:11.226+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Andrew Bird</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5298249253048982914" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 179px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SYcpn9N2nYI/AAAAAAAAALo/R5KhCCEI2rE/s320/andrew.jpg" border="0" /&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;strong&gt;Andrew Bird - "Noble Beast"&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;7.4/10&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Już w pierwszym miesiącu 2009, raczy nas nowym dziełkiem Andrew Bird – świetny songwriter i utalentowany skrzypek, łączący dwa pozornie nieprzystające światy: nostalgiczny repertuar i na kilometry wyczuwalną radość z grania&lt;/strong&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Minęły dwa lata od "Armchair Apocrypha", który podobnie jak jego poprzednik wbił mnie w fotel, a dla samego muzyka był potwierdzeniem statusu, jaki zyskał po wydaniu "Andrew Bird And The Mysterious Production of Eggs". Twórczość Birda zmienia się nieznacznie, a on sam dokonuje raczej przesunięć wewnątrz formuły, jaką sobie od kilku lat wypracował niż drastycznych jej modyfikacji. Odświeżyłem przy okazji "The Swimming Hour", nagraną jeszcze z Bowl of Fire i mi wychodzi, że dawniej artysta mieszał gatunki głównie przez pisanie poszczególnych kawałków w dość odmiennych konwencjach; z kolei trzy ostatnie krążki to zdecydowanie spójniejszy materiał, gdzie wskazywanie źródeł nie jest już tak oczywiste. Andrew ma swoje - rozpoznawalne jak mało kto obecnie - brzmienie, co czyni go jednym z najbardziej charakterystycznych współczesnych (neo folkowych???) pieśniarzy. Amen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po "Armchair Apocrypha" wyobrażałem sobie, że twórczość skrzypka pójdzie w jednym z dwóch kierunków, które w niewielkim stopniu (ale wystarczającym, by dać mi do myślenia) zaznaczyły swą obecność na tamtym krążku. Tak więc albo nieco Buckleyowe, romanyczne zawodzenie jak w tytułowym "Armchair" (i w sumie nie chciałbym, bo w takim graniu dawno medale rozdane) albo oparcie kompozycji o brzmienia generowane przez konsoletę, klawisze i perkusję Martina Dosha - co mogło dać efekty fantastyczne o czym świadczą choćby &lt;a href="http://pl.youtube.com/watch?v=hUjBe21xEgk"&gt;koncertowe wersje „Simple X”. &lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale przewidywania zdały się na nic. "Noble Beast" nie jest albumem, który w najmniejszym stopniu posuwałby twórczość artysty do przodu, jest za to najlżejszym, najbardziej uspokajającym i ulotnym repertuarem w jego karierze. W porównaniu do poprzedniczek jest bardziej akustycznie (wyjątek - grany przy użyciu automatów "Not a robot but a ghost"), brak też mocniejszych skrzypcowych solówek, które w przeszłości bywały niezłym urozmaiceniem tych nagrań. Bird wyciąga ze swego stylu to, co najbardziej przyda mu się do stworzenia materiału nostalgicznego, choć z tak wyczuwalnym w jego utworach dystansem. Jest sporo charakterystycznego gwizdania czy skrzypcowego i gitarowego finger-pickingu. W takim „Masteswarm” gość potrafi zapodać materiał bujający niczym bossanova, a w „Anonanimal” powalić bogatą strukturą nakładanych na siebie ścieżek. Fajnie pokazuje to fragment koncertu zamieszczonego poniżej. Najpierw beztroskie skrzypcowe plumkanie, by w końcu zrobić z tego loopa, potem bardziej konwencjonalne użycie instrumentu – i znowu loop. Do tego śpiew, przygrywka i mamy najlepszy moment albumu.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Powala końcówka, szczególnie "The Privateers" z przepiękną linią wokalną. W ogóle – jak zwykle – zachwyca brzmienie, podejście do instrumentów, wyczuwalny szacunek do słuchacza. Bird to taki "dżentelmen" i "równiacha" jednocześnie i to słychać z każdym albumem coraz bardziej. Nawet jeśli "Noble Beast" jest kompozycyjnie oczko niżej od dwóch poprzedniczek, a nazwisko Andrzeja po przetłumaczeniu na polski wywołuje rumieńce na twarzach nastolatek - nie sposób ukryć faktu, że równa forma, jaką prezentuje od lat, zaczyna powoli przerażać. W tym kontekście tytuł „Szlachetna Bestia” wydaje się całkiem adekwatny.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/jFmfncE-jD0&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" fs="1"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-7715978700713324629?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/7715978700713324629/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=7715978700713324629' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7715978700713324629'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/7715978700713324629'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/02/andrew-bird.html' title='Andrew Bird'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SYcpn9N2nYI/AAAAAAAAALo/R5KhCCEI2rE/s72-c/andrew.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6588785056630714299</id><published>2009-01-26T18:30:00.024+01:00</published><updated>2009-01-26T22:18:12.604+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Antony &amp; the Johnsons</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SX4HFCUQ5CI/AAAAAAAAALg/rFdMCnHP20k/s1600-h/antek.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295677994936886306" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SX4HFCUQ5CI/AAAAAAAAALg/rFdMCnHP20k/s320/antek.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="FONT-WEIGHT: bold;font-size:130%;" &gt;Antony &amp;amp; the Johnsons - "The Crying Light"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;5.4/10&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="FONT-WEIGHT: bold"&gt;Być niezdecydowanym co do płci wielkoludem z nadwagą, tragiczno-kabaretowym repertuarem, niezykle sugestywną wokalną manierą i znajomościami wśród największych sław. Nazywać się Antony i wydać trzeci album długogrający - yeah, cool!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Się śmieję, ale bycie Antonym faktycznie stało się "czymś". Błogosławieństwo samego Lou Reeda, znajomość z Boyem Georgem, Bjork czy Cocorosie, milonowa sprzedaż "I Am a Bird Now", zachwyty prasy, setki licealistek zapłakanych nad losem transseksualisty, który najwyraźniej trochę się pogubił. Łzy studentek polonistyki podczas występu na Malcie w 2006 (hallo! tam był też taki inny zespół ze zwierzątkami w nazwie! hallo!!! podobno znany). A do tego poparcie wszelkich możliwych mediów i miano rzecznika "dziwnych". No bosko. Czy byłem jedynym, który miał tego dość, a na widok grubaska zakrywał twarz dłońmi krzycząc - "o litość proszę"?!&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;I to nie jest jakiś ohydny diss z mojej strony, przekora z potrzeby oryginalności. "I Am a Bird Now" to album z songwritingiem może nawet najlepszym w tej dekadzie, ale tego artystę zabija otoczka. Niszczy go kontekst płaczących na Malcie (wiecie o czym mówię?), niszczy go jego własna nadwrażliwość, którą słychać w tych utworach aż za bardzo - na granicy śmieszności, na granicy dobrego smaku. Niszczy go maniera śpiewania, która może robić wrażenie tylko wtedy gdy jest jednorazowa i wtedy może wstrząsnąć, ale nie wyobrażam sobie siódmej płyty w tym klimacie, no nie dałbym rady. Taki artysta powinien mieć zakaz wydawania więcej niż jednego krążka (no dobra - dwóch, bo "Jestem teraz ptaszkiem" nie był debiutem). A potem nie wiem - może malarstwo albo jakaś kwiaciarnia w Paryżu? Cholera, przecież w tylu sytuacjach można szlachetnie cierpieć - nie trzeba koniecznie śpiewać. &lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;"The Crying Light" to wydarzenie, w którego nagraniu pomagały kompozytorskie sławy, teldysk zrobili sami bracia Wachowscy (tak! Ci Wachowscy), a inspirowała Bjork. No pięknie, gdyby ten rozmach był współmierny do zawartych tu utworów, mielibyśmy płytę stulecia. &lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;A jest niestety inaczej, Antek się rozmiena na drobne. Odchodząc od porażających melodii i introwertycznych zmagań z własną sexualnością udał się w kierunku szlifowania brzmienia i duchowej integrancji z matką naturą - ot taki nieco panteistyczny koncept, banalny dosyć. Z tymi melodiami najsłabiej, bo obok faktycznie nieprzeciętnych "Epilepsy is dancing", "Kiss my name" i "Aeon", to bida i posucha. A już wokalnych łamańców w stylu "Dust and water" nawet wrogowi nie polecę, choć - przyznaję - trochę się uśmiałem, tylko że w zamierzeniu to raczej pieśń tragiczna była. Gość (gość?) ratuje się (a raczej jego ratują) brzmieniem, bo ten materiał brzmi pięknie. Nie pamiętam kiedy ostatnio doznałem czegoś równie dziwnego. Słabe piosenki zagrane tak ślicznie, że ciary przechodzą. Siła tkwi w niuansach. To minimalistyczna płyta, choć - paradoksalnie - bogata w dźwięki wiolonczeli, skrzypiec, fortepianu (to akurat oczywistość) czy dęciaków (oj cudnie w "Epilepsy is dancing"). Czemu minimalizm? Bo to wszystko porozrzucane po kompozycjach, zaledwie muskające słuchacza, nie atakujące nadmiarem i przepychem. To raczej we mgle Antonego chodzenie na bosaka, po zroszonej trawie i ze łzami w oczach, gdy planeta ginie - wiem, wiem, no co ja mogę, że to takie.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;Szkoda, że to wszystko mariuchne. Zawiedzionym dedykuję koszulkę z wielkim napisem "Trudno", którą dostałem od Kasi na gwiazdkę (podobno idealnie odzwierciedla mój charakter). Koszulka jest zielona (ekologiczna) - to i Antek się ucieszy.&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/-leFj7DWn1Y&amp;amp;hl=" width="480" height="295" type="application/x-shockwave-flash" fs="1" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6588785056630714299?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6588785056630714299/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6588785056630714299' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6588785056630714299'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6588785056630714299'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/01/antony-and-johnsons.html' title='Antony &amp; the Johnsons'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SX4HFCUQ5CI/AAAAAAAAALg/rFdMCnHP20k/s72-c/antek.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8492690459306239369</id><published>2009-01-19T20:44:00.020+01:00</published><updated>2009-03-28T10:24:00.013+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Blablabla...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;-&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W epoce wolnej kultury, oplatających nas sieci informacji i nadmiaru możliwości, poznawanie nowej muzyki nie musi być czymś ekscytującym. Czekanie na nowe wydawnictwa nie wiąże sie już z wyprawą do sklepu, w którym "nie wiadomo czy już doszło" i "nie wiadomo w jakiej cenie". Nie ma podjarki wynikającej z samego czekania, bo wydawnictwa ktoś nie wiadomo czemu puszcza w eter na długo przed premierą. Masz na coś ochotę? "Klik" i masz to ze sklepu internetowego w formie mp3. Nie chcesz za to płacić? "Klik" i pobierasz nielegalnie. Chcesz na płycie i z książeczką? "Klik" i twój ulubiony sklep sprowadzi Ci najbardziej wydumany album choćby z Azji. Czy jest lepiej? Nie wiem. Na pewno inaczej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W gąszczczu możliwości i wyborów można się łatwo pogubić, można się zatracić w poszukiwaniach. Ilość nie przekłada się na jakość. Początek roku 2009, to okres gdy "słuchający" wycinek populacji z niecierpliwością tupta nóżkami, mocząc się na samą myśl o nowych albumach Animal Collective, Franz Ferdinand czy Antony and the Johnsons, które albo już wyszły albo tuż, tuż. Ja łapię się na tym, że wyjątkowo nie wyczekuję. Zmienia się otoczka związana z percepcją. Nie wypatruję płyt ulubionych wykonawców - wypatruję dobrych płyt w ogóle. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Marność nad marnościami i wszystko marność". Być może element zaskoczenia jest tym co sprawia, że znudzenie nadmiarem nowych wydawnictw ustępuje przed ciągłą ciekawością i nadzieją na coś "ponad". Takim "ponad" są z pewnością dwie pierwsze płyty My Morning Jacket, do których sobie właściwie przez całą tegoroczną zimę wracam. I pomyśleć, że jednym z najbardziej hajpowanych albumów zeszłego roku był debiut Fleet Foxes. Przy całym szacunku do brodaczy (sam niezłą podjarkę miałem) do prezycji "At Dawn" droga daleka. My Morning Jacket zmienili się, można przeklinać i narzekać, ale daj Boże kapelom, o których dziś głośno, by się takiego jednego "At Dawn" w karierze dorobili. To naprawdę się aż tak często nie zdarza. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Co tam jeszcze z soundtracku do zimy? Kolejny powrót do "Different Class" i "This is Hardcore" - Pulp. Wszystko u Jarvisa tak cholernie niejednoznaczne, na granicy powagi, kiczu i takiego intelektualnego zmanierowania, że oczywiście to się kocha, bo to intryguje. Już nie wspomnę o tak banalnych stwierdzeniach jak "melodia", co się w przypadku tej kapeli samo przez się rozumie. Co dalej? Z nowszych rzeczy ostatni Deerhoof; mimo jakichś wręcz nieprawdopodobnych kontrastów między hookami i nudą (co u nich stanowi raczej novum), to nadal jest muzyka, która zaskakuje i przyciąga. Katowicki koncert zresztą wymiatał strasznie (nie wspominałem, że byłem?) i może dzięki niemu (a on przejdzie do legendy - nie mam wątpliwości) będzie Deerhoof u nas bardziej rozpoznawalną marką. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przeglądam pozostałe płyty, jakie puszczałem i do jakich wracałem na przestrzeni (powiedzmy) ostatniego miesiąca: Spacemen 3, Red House Painters, The Triffids, Wilco, Badly Drawn Boy, My Bloody Valentine, Mansun, Talk Talk, Weather Report, Supergrass, Yo La Tengo... I co? Jałowy okres poświąteczny mówisz? Tiaaaa... &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I naprawdę nie potrzebny Antony z tą swoją dosłownością i całym teatrzykiem, by wywołać solidne emocje zią.  &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W załączeniu coś na zimową deprechę:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/2iDNMUtw_CQ&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/2iDNMUtw_CQ&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8492690459306239369?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8492690459306239369/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8492690459306239369' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8492690459306239369'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8492690459306239369'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/01/blablabla.html' title='Blablabla...'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-6227745776977594382</id><published>2009-01-10T11:13:00.022+01:00</published><updated>2009-01-20T20:31:51.340+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'></title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SWh6boHB7eI/AAAAAAAAALY/a4KUZNOjyUk/s1600-h/thejpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5289612377388608994" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 201px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SWh6boHB7eI/AAAAAAAAALY/a4KUZNOjyUk/s320/thejpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;The Week That Was - "The Week That Was"&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;em&gt;8.6/10&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;W oczekiwaniu na ważne wydawnictwa 2009 r., warto pochylić się nad 30 minutowym dziełkiem The Week That Was, które całkiem niesłusznie zostało olane przez większość decydentów, stanowiących o tym co w zeszłym roku było godne uwagi.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;The week that was, czyli odrębny projekt Petera Brewisa. Jeśli to nazwisko nic Wam nie mówi, polecam zgłębić albumy brytyjskiego Field Music – kapeli balansującej gdzieś na granicy inteligentnego indie popu w klimatach Belle &amp;amp; Sebastian i aranży dorosłego XTC, okraszonych nietypowymi rozwiązaniami rytmicznymi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nowym projekcie biorą udział właściwie ci sami muzycy, lecz z całkowicie autorskim materialem Brewisa. Materialem chyba nieco trudniejszym, z którego nie tak łatwo wykroić singla (no może poza „Strach the surface” - dla mnie wybór oczywisty), wymagającym raczej uważnej kontemplacji i rozkminiania tych popieprzonych rozwiązań harmonicznych i rytmicznych zabaw, niż beztroskiego odbioru popowych melodii. Bo tak naprawdę to dziwna płyta, gdzie wszystko rozgrywa się na granicy między lekkimi jak piórko dodatkami w postaci smyków, dźwiękami wibrafonu, łagodnymi liniami wokalnymi, a perkusyjnymi kaskadmi, niezbyt przyjaznym uchu szafowaniem metrum i nie zawsze oczywistymi kompozycjami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie te kontrasty sprawiają, że to co śliczne jest tu tak mocno odczuwalne. Barokowe upiększenia i nawiązania do tradycji brytyjskiej piosenki od The Beatles do XTC, a jednocześnie myślenie o utworze jako dość złożonej strukturze. To wszystko w niemal progresywnej pigułce prezentuje rozbudowany, wielowątkowy „Yesterday’s Paper” – wizytówka zespołu, punkt kulminacyjny albumu, który nie zawierając praktycznie żadnych słabych punktów , może śmiało pretendować do miana najbardziej niedocenionych w roku 2008, a sami muzycy skupieni wokół Field Music, do miana wielkich kontynuatorów brytyjskich tradycji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nie jest muzyka przy której zatracisz się ze swoją wybranką w parkietowym szaleństwie. Nie szepniesz jej też do uszka słodkiego "kiciu" pod ciepłym kocykiem w brązowo-żółte kraty. To raczej synonim precyzji, finezji i główkowania - ty jako odbiorca także będziesz się musiał się nieco wysilić.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;PS. The Week That Was wystąpią w ramach tegorocznej edycji mysłowickiego Off Festivalu. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/gowBExbkFZk&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" fs="1" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-6227745776977594382?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/6227745776977594382/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=6227745776977594382' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6227745776977594382'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/6227745776977594382'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2009/01/w-oczekiwaniu-na-wane-wydawnictwa-2009.html' title=''/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SWh6boHB7eI/AAAAAAAAALY/a4KUZNOjyUk/s72-c/thejpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-4724305539673882265</id><published>2008-12-30T09:57:00.059+01:00</published><updated>2009-03-28T10:24:21.004+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>Albumy 2008</title><content type='html'>&lt;div align="center"&gt;-&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;" align="justify"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Miało tu żadnych podsumowań nie być, bo w ostatnich latach listy wszelakie są jak sezon świąteczny z zakupami od października, kolędami w listopadzie i malowanym disneyowską kreską przerośniętym krasnalem co przez komin wrzuca prezenty. Każdy szanujący się blogger rzuca swoje podsumowanie już w połowie grudnia, sypiąc jak z rękawa conajmniej setką tytułów, zapewniając że w każdy wgryzł się z wystarczającą starannością, by ocenić, ustawić w odpowiedniej kolejności i wyrokować. Również każdy ważny portal muzyczny wywalił lub wywali karty na stół już niebawem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;" align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;" align="justify"&gt;W tym sensie to co poniżej, żadnym podsumowaniem nie jest. Ograniczyłem się do 10 tytułów. Kolejność na dzisiaj jaka jest każdy widzi, ale wiadomo jak to z muzyką bywa... Po prostu nie chciałbym żeby któreś z poniższych wydawnictw zaginęło w stosach albumów, jakie co roku wypuszczane są w eter. Tę dyszkę mogę z czystym sumieniem polecić i powiedzieć "o to mi właśnie chodzi".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;" align="justify"&gt;Ta lista niekoniecznie pokrywa się z moimi ocenami poszczególnych płyt w blogowych recenzjach. Po pierwsze - z upływem czasu niektóre oceny (choć tylko nieznacznie) należałoby zweryfikować, po drugie - nad czysto obiektywnymi przesłankami często górę biorą osobiste preferencje, emocje i tym podobne bzdurki, które stanowią o ułomności (a może zaletach?) tego typu zestawień.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Nie ma co przedłużać:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285960728044990770" style="width: 75px; height: 64px;" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuBRqPJcTI/AAAAAAAAAKI/XuoI9lMMGgY/s320/beachjpg" border="0" /&gt;10. Beach House - "Devotion"&lt;/strong&gt; - Beach House niczym na drugim albumie nie zaskoczyli. To nadal jest zespół, kóry tak bardzo kojarzy się z kręgami wykonawców 4AD, nadal snujący swoje opowieści w sennej dream popowej atmosferze świeżej i wykrochmalonej pościeli. Mniej tu zapamiętywalnych melodii niż na debiucie, ale fantastycznie nadrabiają klimatem. No i wyjątek od tej zasady - "Gila" - jedna z piosenek roku.&lt;/div&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuB9MQaV8I/AAAAAAAAAKQ/pJUQiVtx3aA/s1600-h/brendanjpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285961475911473090" style="width: 75px; height: 65px;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuB9MQaV8I/AAAAAAAAAKQ/pJUQiVtx3aA/s320/brendanjpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;09. Brendan Canning - "Something for all of us"&lt;/strong&gt; - Canning solo, podobnie jak wcześniej Kevin Drew, prezentuje udane rozwinięcie wątków znanych z albumów Broken Social Scene i to chyba starcza za całą rekomendację. Nadal świeże.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuCscQjUFI/AAAAAAAAAKY/9EDPinVIFQs/s1600-h/merkuryjpg"&gt;&lt;strong&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285962287660879954" style="width: 75px; height: 75px;" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuCscQjUFI/AAAAAAAAAKY/9EDPinVIFQs/s320/merkuryjpg" border="0" /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;08. Mercury Rev - "Snowflake midnight" - &lt;/strong&gt;trochę bez echa przeszedł ten album, który w istocie jest najtrudniejszym dziełkiem amerykanów od lat. Jest też zdecydowanym powrotem do świetnej formy, choć zbudowanym przy pomocy nieco innych środków wyrazu. Dajcie tej płycie kolejną szansę, koniecznie.&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuC6jHDFyI/AAAAAAAAAKg/2TfFjEG8U_k/s1600-h/destroyerjpg"&gt;&lt;strong&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285962530018236194" style="width: 75px; height: 65px;" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuC6jHDFyI/AAAAAAAAAKg/2TfFjEG8U_k/s320/destroyerjpg" border="0" /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;07. Destroyer - "Trouble with dreams" -&lt;/strong&gt; to strasznie banalne stwierdzenie, ale wydaje się, że Dan Bejar naprawdę nigdy nie zawodzi. "Trouble in dreams" to dawka trudniejszych i bardziej rozbudowanych kompozycji niż na uznanym "Destroyer's Rubies", ale wystarczy dać się ponieść nieskoordynowanemu z muzyką wokalowi, który na spółkę z organowymi i gitarowymi zagrywkami tworzy tak cholernie oryginalną i "piękną inaczej" całość, by przy tym odlecieć. Ja wymiękam.&lt;/div&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuDPS9FpjI/AAAAAAAAAKo/0X3zeFwGxr4/s1600-h/tvjpg"&gt;&lt;strong&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285962886458746418" style="width: 75px; height: 66px;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuDPS9FpjI/AAAAAAAAAKo/0X3zeFwGxr4/s320/tvjpg" border="0" /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;06. TV On The Radio - "Dear science"&lt;/strong&gt; - robi się powoli święta krowa z tego zespołu. Paradoksalnie, bo "Dear science" intryguje mniej niż poprzedniczki, ale cóż ja tam wiem skoro świat w tej chwili na kolana przed nimi pada. Dobre, bardzo dobre, ale świadomość że potrafią lepiej blokuje im drogę na podium. &lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuFYkr7t5I/AAAAAAAAAKw/BqFHq1qi35Q/s1600-h/fleetyjpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285965244860708754" style="width: 75px; height: 71px;" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuFYkr7t5I/AAAAAAAAAKw/BqFHq1qi35Q/s320/fleetyjpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;05. Fleet Foxes - "Fleet Foxes" &lt;/strong&gt;- niczym grupy wokalne lat 60, Fleet Foxes zachwycają harmoniami i melodiami. Stworzyli równy materiał z kilkoma perełkami, z których prym wiedzie przepiękny "White winter hymnal"- najprawdopodobniej piosenka roku. Mieli trochę szczęścia i bardzo dobrą prasę. Starczyło by mianować ich sensacją ostatnich dwunastu miesięcy. Z tą opinią, ku mojemu zdziwieniu, zgadzam się w pełni.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuF-jXkkZI/AAAAAAAAAK4/FUk4e5Vc0fI/s1600-h/bon+iverjpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285965897341899154" style="width: 75px; height: 75px;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuF-jXkkZI/AAAAAAAAAK4/FUk4e5Vc0fI/s320/bon+iverjpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;04. Bon Iver - "For Emma"&lt;/strong&gt; - trochę tak z niczego zrobił nam się songwriter roku. Właściwie nie do końca tego roku (ale podobnie jak większość trzymam się daty wznowienia płyty przez 4AD) i nie do końca znikąd (wcześniejsza próba z grupą DeYarmond Edison). Płyta bez słabych punktów. Nie polecam odsłuchu w towarzystwie kobiet, żeby się czasem niespodziewanie nie rozkleić.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuGMH9iyiI/AAAAAAAAALA/iJDDA3M4Ysw/s1600-h/ruby+sunsjpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285966130503141922" style="width: 75px; height: 67px;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuGMH9iyiI/AAAAAAAAALA/iJDDA3M4Ysw/s320/ruby+sunsjpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;03. Ruby Suns - "Sea Lion"&lt;/strong&gt; - się wydawało, że przed nimi chwała i sława, bo przecież na takie psychodelliczne afro warto się stylizować ostatnimi czasy. Mimo hajpu pitchforka Ruby Suns nie bryluje na szczytach podsumowań rocznych - nie pytajcie mnie dlaczego. Ten album powala. Jest plemiennie, wystarczająco dziwnie i intrygująco. Podobnie jak w przypadku debiutu Bon Iver - dziewicze wydanie już w 2007, ale to właściwe (SUB POP) na początku 2008.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuGqBY8NcI/AAAAAAAAALI/fVIBGhNSUUc/s1600-h/the+weekjpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285966644135081410" style="width: 75px; height: 75px;" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuGqBY8NcI/AAAAAAAAALI/fVIBGhNSUUc/s320/the+weekjpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;02. The Week That Was - "The week that was"&lt;/strong&gt; - to jest muzyka wyprowadzana z jakichś tajemniczych matematycznych wzorów. Melodyjna, a przecież tak rytmicznie pokopana, że na szersze wody raczej nie wypłynie. Jest mniej przystępnie niż na albumach Field Music (to właściwie poboczny projekt Petera Brewisa, muzyka Field Music oraz założyciela The Futureheads), są za to mocniejsze hooki. No i produkcja, która daje nadzieję, że w przyszłości i nasze pokolenie doczeka się swojego "Skylarking". Kto wie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuGtFneAaI/AAAAAAAAALQ/veqmF_9g5K4/s1600-h/noagenounsjpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5285966696809365922" style="width: 75px; height: 66px;" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuGtFneAaI/AAAAAAAAALQ/veqmF_9g5K4/s320/noagenounsjpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;01. No Age - "Nouns"&lt;/strong&gt; - ja w zasadzie rocznie takich noisowych płyt to tylko śladowe ilości i generalnie "co mnie to". A jednak ten krążek przeorał mi mózgowicę w stopniu wysoce szkodliwym. Krótko, intensywnie, w nawiązaniu do wielkich - od Black Flag przez Sonic Youth i Sebadoh. Wokal żywcem wyjęty z Built to Spill i kapitalna motoryczna jazda rozdzielona drone-ambientowymi wstawkami. 30 krótkich minut składających się na album roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-4724305539673882265?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/4724305539673882265/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=4724305539673882265' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4724305539673882265'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4724305539673882265'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/12/albumy-2008.html' title='Albumy 2008'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SVuBRqPJcTI/AAAAAAAAAKI/XuoI9lMMGgY/s72-c/beachjpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1676985337308114339</id><published>2008-12-27T16:32:00.012+01:00</published><updated>2008-12-27T16:46:34.415+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Mercury Rev, I am Kloot, Whip, Muariolanza</title><content type='html'>&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;-&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na &lt;a href="http://www.screenagers.pl/"&gt;http://www.screenagers.pl/&lt;/a&gt; pojawiły się dwa teksty mojego autorstwa, relacjonujące tegoroczne występy Mercury Rev, I am Kloot, Whip i Muariolanzy w ramach festiwalu Ars Cameralis. Wystarczy wybrać jeden z poniższych linków:&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;a href="http://www.screenagers.pl/index.php?service=xtras&amp;amp;action=show&amp;amp;id=152"&gt;Mercury Rev&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;a href="http://www.screenagers.pl/index.php?service=xtras&amp;amp;action=show&amp;amp;id=150"&gt;I am Kloot, Whip, Muariolanza&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;-&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1676985337308114339?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1676985337308114339/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1676985337308114339' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1676985337308114339'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1676985337308114339'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/12/mercury-rev-i-am-kloot-whip-muariolanza.html' title='Mercury Rev, I am Kloot, Whip, Muariolanza'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-4596879880362256850</id><published>2008-12-21T20:29:00.015+01:00</published><updated>2009-03-28T10:24:41.453+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>święta, święta - cz 2.</title><content type='html'>&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;-&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;em&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: normal;"&gt;&lt;a class="l" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/%C3%85%C5%A1"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Święta. święta, święta - czyli 10 piosenek o Bogu&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;cz.2&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:18;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;5. George Harrison - "My sweet Lord" ("All things must pass" - 1970)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style=""&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W 1970 r. Lennon śpiewał o tym, że Bóg to koncept, który służy nam do odmierzania ludzkiego bólu, deklarował, że nie wierzy w Kościół, Biblię, Chrystusa, Buddę i wszystko co się z tym wiąże. Rok później snuł w "Imagine" idealistyczną wizję świata bez religii, która jest przyczyną samych nieszczęść. Co w tym czasie robił Harrison? Otóż pielęgnował swą wiarę w coraz bardziej żarliwy sposób. To on w czasach The Beatles zaraził pozostałą czwókę fascynacją hinduizmem, która w tak owocny sposób przekuła się na psychodelliczne eksperymenty muzyczne. Całkowicie religijny ton przyjęły późniejsze solowe dokonania artysty, jednak już na wydanym w 1970 r. trzypłytowym arcydziele - "All things must pass" - znalazła się piosenka stanowiąca jego muzyczne credo. Jedno z najbardziej dobitnych wyznań wiary w historii muzyki rockowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/wynYMJwEPH8&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/wynYMJwEPH8&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;4. Low - "Murderer" ("Drums &amp;amp; Guns" - 2007)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W okresie niepokoju i strachu przed zderzeniem cywilizacji Low nagrywają płytę, która została przez odbiorców jednoznacznie zakwalifikowana do antybushowych i antywojennych wystąpień, jakich ostatnio w muzycznym świecie wiele. Czy tak jest w istocie? Trzeba by spytać muzyków, w każdym razie niespokojny duch czasów bardzo mocno odbił swe piętno na "Drums &amp;amp; Guns". "Murderer" traktuje o wierze graniczącej z fanatyzmem, o oddaniu się Bogu, by w jego imieniu czynić brudną robotę. O wizji mściwego, zazdrosnego i nieznoszącego sprzeciwu Boga z czasów Starego Testamentu, ktory żąda ofiar. Piękne, choć przecież zatrważające.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/QhJAR6UZsCk&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/QhJAR6UZsCk&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style=""&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;3. Bob Dylan - "With God on our side" ("The times they are a-changin" - 1964)&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:medium;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Bóg jako metafora służąca ukazaniu zakłamania historii i losów człowieka, od początków Ameryki do największych konfliktów światowych. Bóg traktowany intrumentalnie. Bóg jest zawsze po stronie tych, którzy wygrywają, bez względu na ich intencje. Bóg - słowo, które w zasadzie straciło jakiekolwiek znaczenie, bo słabi to po prostu ci, od których On się odwaraca, a mocni mają zawsze Jego po swojej stronie. Takie mniej więcej wnioski płyną z jednego z najsłynniejszych protest songów Dylana, pełnego szyderstwa i ironii "With God on our side".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style=""&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: normal;font-size:16;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/BmDVyBceEv4&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/BmDVyBceEv4&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;2. XTC - "Dear God" - ("Skylarking" - 1986)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów XTC to w pierwotnej wersji zaledwie druga strona singla "Grass". Biorąc pod uwagę fakt, że kawałek pochodzi z tak cudnie zaaranżowanego albumu jak "Skylarking", ta sytuacja wydaje się nawet zrozumiała, bo na tle reszty wydaje się prostszy i w warstwie muzycznej bardziej oczywisty. Tu najważniejsze jest to, co Andy Partridge ma do powiedzenia. "Dear God" to jeden z najpiękniejszych manifestów ateizmu w historii muzyki popularnej. Partridge zachowuje się jakby był świeżo po lekturze "Dies Irae" - Kasprowicza, mając wizję Boga jako okrutnego, nieczułego na ludzką krzywdę skurczybyka, na którym żadnego wrażenia nie robi głód, nędza i ludzkie lamenty. Biblia to pismo szaleńców, w które kolejne pokolenia szaleńców wierzą. Cały dramat polega na tym, że wyznając Bogu swą niewiarę, mimowolnie zakładasz jego istnienie, więc jeśli tak, to musi być faktycznie niezbyt sympatycznym typem. A wszystko sprowadza się do pytania "Did you made mankind afer we made You?" Cholernie sugestywne (kapitalne video) i poruszające.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/hk41Gbjljfo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/hk41Gbjljfo&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;1. John Lennon - "God" (Jonh Lennon/Plastic Ono Band" - 1970)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Lennon miał z Bogiem na pieńku jeszcze w czasach The Beatles, gdy sobie zażartował że są popularniejsi od Jezusa. Pewnie sam się nie spodziewał aż tak ostrej reakcji fanatyków, którzy organizowali na ulicach akcje palenia płyt czwórki z Liverpoolu. Wprawdzie sam przeżywał fascynajcję hinduizmem, ale szybko mu przeszło i w czasie nagrywania "Plastic Ono Band" miał już dość wszelkich religii, spustoszenia i zaślepienia, jakich dokonują w ludzkich umysłach. Wyznawał idealistyczną wiarę w siebie i miłość. Może z dzisiejszej perspektywy to naiwne, ale czy wiara nie żywi się naiwnością znacznie większą? Ten utwór prowokował przede wszystkim zestawieniem na jednej płaszczyźnie Biblii z magią i Tarrotem czy Jezusa z Hitlerem. Biblia to wiara w coś równie nieudowadnialnego i abstrakcyjnego jak wróżby, krzewienie wiary pociągnęło za sobą tyle ofiar ile się szalonym dyktatorom wywołującym wojny nawet nie śniło. To było cholernie odważne zdobyć się na takie wyznanie, jednocześnie zawierając tak sporo treści w tak krótkim tekście. Manifest świadomego siebie, dojrzałego i pewnego swych poglądów artysty, który pozbawia złudzeń rzesze fanów liczących na jakiekolwiek pseudo duchowe przewodnictwo. "And so dear friens, well you just have to carry on. The dream is over."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="344" width="425"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/UuknBhy-lN4&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/UuknBhy-lN4&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-4596879880362256850?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/4596879880362256850/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=4596879880362256850' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4596879880362256850'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4596879880362256850'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/12/wita-wita-cz-2.html' title='święta, święta - cz 2.'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-5103792635207264511</id><published>2008-12-21T09:05:00.025+01:00</published><updated>2009-03-28T10:25:02.247+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='śmietnik'/><title type='text'>święta, święta - cz.1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;-&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;em&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-style: normal;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;a class="l" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/%C3%85%C5%A1"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;Święta. święta, święta - czyli 10 piosenek o Bogu&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:arial;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;cz.1&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;Jak świętować, to świętować. W szale hipermarketowych zakupów, sprzątania strychów, mordów dokonywanych na karpiach i tego typu barbarzyństw, umyka nam fakt, że przecież o Boga tu chodzi. Bóg jako byt, zasada, istota? Kwestie filozoficzne zostawmy na boku. W sumie nie w tym rzecz w co każdy tam sobie wierzy. W tak niepoważnym miejscu jak ten blog chciałbym raczej zając się kwestią Boga jako inspiracji. "Inspiracji" nie koniecznie znaczy pochwały i kokietowania. Nie oznacza słodkich infantylnych piosenek o stajenkach i klękających krówkach. Inspiracji tzn. wysiłku intelektualnego, momentu zadania pytania "o co właściwie chodzi" z wszelkimi konsekwencjami jakie to pytanie niesie. Wątpić jest rzeczą ludzką i bez wątpiących ten świat nie ruszałby do przodu. Warto o tym pamiętać w przerwach między pierogami, a przygodami Kevina w nowym Jorku.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Bóg inspiruje w najróżniejszy sposób. Ten subiektywny przegląd nie jest wynikiem wielogodzinnych studiów i przemyśleń, a raczej spontaniczną próbą pokazania choćby wycinka tego, jak religia może oddziaływać na twórczość naszych ulubionych artystów. Czas więc zacząć przegląd dziesięciu piosenek o Bogu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;10. Nick Cave &amp;amp; The Bad Seeds - "Into my arms" ("The boatman's call" - 1997)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Któż mógłby taką listę otwierać jeśli nie Cave - artysta, u którego elementy biblijne stanowią jeden z integralnych składników twóczości. A że odczytuje ją w jedyny, niepowtarzalny i często obrazoburczy sposób - w tym jego siła. "Into ma arms" to moment odpoczynku od opowieści o mordercach i psychopatach z "Murder ballads". To Cave liryczny i introspektywny z tak dosłownym teledyskiem, że aż na granicy dobrego smaku. "Into my arms" to opowieść o człowieku, który stracił wiarę w Boga, ale nie stracił wiary w miłość. Banalne? Nie w ustach tego gościa.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/8owifmb8n2s&amp;amp;hl=" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;9. Johnny Cash - "Why me Lord" ("American recordings" - 1994)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nagrywając "American Recordings" Cash był już nieco schorowanym panem po 60&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;. &lt;/span&gt;Akustyczna płyta z coverami wyprodukowana przez Ricka Rubina uchodzi za mrugnięcie okiem w kierunku młodszej publiczności. Cała seria amerykańskich standardów (było ich w sumie 5) spełniła zadanie i zmieniła spojrzenie środowisk niezależnych na rolę i twórczość tego artysty. Jego minimalistyczna wersja "Why me Lord?" Krissa Kristoffersona bez tych damskich wokali w tle i obdarta z wszelkiej słodyczy oryginału, poraża głębią wokalu i automatycznie przestaje mieć tak jednoznaczną wymowę jaką sugerował wyśpiewany tekst.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/2UGEaWfiDGA&amp;amp;hl=" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;8. Genesis - "Jesus he knows me" - ("We can't dance" - 1991)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wydany po pięcioleniej przerwie w działalności "We can't dance" w niczym nie przypominał dokonań grupy z okresu, gdy triumfy święcił rock progresywny. Genesis stał się zespołem popowym, ze sprzedażą płyt liczonych w milionach, teldyskami hulającymi po MTV i muzyką przypominającą raczej solowe dokonania Collinsa niż wcześniejsze okresy działalności grupy. Wyobrażam sobie jak fani wczesnego gabrielowskiego Genesis, musieli nienawidzić tej płyty. Tymczasem znalazło się tu kilka prawdziwych hitów, w tym "Jesus he knows me" - niezpomniana parodia pseudo mesjaszy wyciągających od ludzi kasę podczas telewizyjnych show. "Jesus he knows me" to w istocie kpina z płytko pojmowanej religijności kultury zachodu, ludzkiej naiwności i chęci zbawienia za wszelką cenę. Efekt komercyjny - ogromny; edukacyjny - żaden. Podobno byli tacy, co zadawali pytanie, gdzie mogą wpłacać datki. Cóż, niektórzy są niereformowalni.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/RTrYE4a1BmE&amp;amp;hl=" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;7. Super Furry Animals - "God! Show me magic" ("Fuzzy Logic" - 1996)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Debiut futrzaków, mimo kilku niedoskonałości, dawał już zapowiedź najważniejszych elementów stylu najbardziej niedocenionej brytyjskiej grupy lat 90-tych. Opener pod wdzięcznym tytułem "God! Show me magic" nie tylko definiuje power-pop łącząc punkowy rytm ze świetną, nachalną melodią, ale przedstawia także specyficzne poczucie humoru Walijczyków. Nawet w takiej niepoważnej formie można zadawć Stwórcy pytania najważniejsze: o czym nie przeczytasz w gazecie, czego nie pokazuje telewizja i co jadł dziś na śniadanie twój chomik?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/p4e_WYNEPqM&amp;amp;hl=" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:large;"&gt;6. Tori Amos - "God" ("Under the pink" - 1994)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Każdy, kto choć trochę interesował się jej twórczością wie, że Tori w życiu przeszła wiele, więc do takich obrazoburczych kłótni z Bogiem jak w "God" ma pełne prawo. Kawałek o tym, że Bóg czasami po prostu nawala, że najczęściej nie daje rady, że cała ta religia tak strasznie zmarginalizowała rolę kobiet, a on jest tak bezczynny i wygodny tam na górze. Kto by pomyślał, że wideo do utworu o takiej nazwie można przystroić szczurami? Tori intryguje.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/viFvXzy3NkE&amp;amp;hl=" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1" height="344" width="425"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-5103792635207264511?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/5103792635207264511/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=5103792635207264511' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5103792635207264511'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/5103792635207264511'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/12/wita-wita-czyli-10-piosenek-o-bogu.html' title='święta, święta - cz.1'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-2146358297619139061</id><published>2008-12-11T17:32:00.056+01:00</published><updated>2008-12-11T21:33:25.564+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>The Cure</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SUFSYFJg66I/AAAAAAAAAGw/XyVxRLSYwoU/s1600-h/cure.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5278590811907353506" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SUFSYFJg66I/AAAAAAAAAGw/XyVxRLSYwoU/s320/cure.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;The Cure - "4:13"&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;em&gt;2.9/10&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Miałem taką teorię, że począwszy od "Wish", co drugi album The Cure będzie znakomity. Trzeba przyznać, że przy tak rzadkim wypuszczaniu nowych zestawów nagrań, zabrakło zaledwie dwóch lat, by zespół realizował ten schemat przez pełne dwie dekady. Cóż, nie udało się - "4:13" jest równie niesłuchalna jak jej poprzedniczka z roku 2004.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie ma się co czarować, powrotu do formy nie będzie. Cztery lata temu można było zwalić wszystko na betonowe brzmienie, za które odpowiadał Ross Robinson. Zdegustowanym znajomym zawsze mogłeś wcisnąć kit, że koleś (mianowany ojcem chrzestnym nu-metalu!!! LOL) nie rozumiał "istoty" tego bandu. Dziś tak łatwo obronić The Cure się nie da. W zasadzie nie ma czego bronić.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Chcieli (słusznie) uczynić brzmienie bardziej przestrzennym, w efekcie słucha się tego fatalnie. Jakość słabo skopresowanej mp3, ale ja nie o tym...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W wypowiedziach na temat tego albumu często słyszę o openerze "Underneath the stars" jako najjaśniejszym punkcie. Sprawdźmy. Długi wstęp, perkusja i gitarowy motyw ciągną w jedynym słusznym kierunku - "The last day of summer". Fajnie, tylko że ten utwór nie załapałby się nawet na b-sida z "Bloodflowers" (gdyby takie istniały), bo po noszącym wszelkie znamiona utoplagiatu wstępie słyszymy coś co cierpi na permanentny brak melodii. Również zachwalany "The only one", choć daje lekkość jakiej nie mieli od lat, jest przeciez zaledwie krzyżówką "Just like heaven" i "Friday I'm in love". Co by to nie było - zawsze to tylko kopia.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Są na tej płycie kawałki wręcz koszmarne, budowane środkami wyrazu znanymi z poprzedniczki, a więc nakręcane masywnym rockowym brzmieniem, w znacznej mierze bazującym na gitarowych efektach Thompsona czy budowaniu emocji krzykiem Smitha. Nie o to chodzi w tym bandzie, nigdy o to nie chodziło. Nawet próba zagrania czegoś co pozornie oddycha (funkująca rytmika "Freakshow") jest i tak tylko dramatyczną próbą ucieczki o topornego brzmienia, męczących, wymuszonych i nudnych melodii, przewidywalnych linii wokalnych i maniery wokalisty doprowadzanej do absurdu (dla zobrazowania polecam końcówkę "The real snow white"). Żadnej myśli przewodniej czy choćby próby zatarcia kompozycyjnych mielizn. Dostajemy wszystko jak na tacy - czym bardziej w głąb tej płyty, tym gorzej dla Ciebie słuchaczu.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Niestety jedyne co ciśnie mi się na usta to słowo "parodia". Ten zespół brzmi jak parodia The Cure, a nie jedna z moich ulubionych kapel lat 80 i 90. Smith, to starszy facet z postawionym na cukrze włosami maskującymi łysinę, muzycy na teledyskach wyglądają jak podstarzalli zboczeńcy z pornosów klasy B. Najgorsze, że ich muzyka prezentuje dokładnie ten sam poziom. Ostatni fragment płyty nosi nazwę "It's over", a ostatnie słowa wyśpiewane przez Smitha - "I can't do this anymore". Jakże wymowne.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/2O1bWiyJqbo&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-2146358297619139061?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/2146358297619139061/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=2146358297619139061' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2146358297619139061'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/2146358297619139061'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/12/cure.html' title='The Cure'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SUFSYFJg66I/AAAAAAAAAGw/XyVxRLSYwoU/s72-c/cure.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-1427642313782593959</id><published>2008-11-29T15:36:00.036+01:00</published><updated>2008-12-02T22:03:25.291+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>High Places</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/STWNIknUkBI/AAAAAAAAAGo/Tx30i_4CCTA/s1600-h/high.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5275277716941475858" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 184px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/STWNIknUkBI/AAAAAAAAAGo/Tx30i_4CCTA/s320/high.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;High Places - "High Places"&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;em&gt;5.2/10&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Wejdź do kuchni pełnej garów, talerzy i kubków. Metalowa łyżka w jednej dłoni, drewniana w drugiej. Stukaj! Ona niech śpiewa, a ty po prostu stukaj...&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Duet z Brooklynu to tegoroczne pupilki większości liczących się portali muzycznych. Tak naprawdę "High Places" nie jest ich fonograficznym debiutem, za taki uchodził już "03/07 - 09/07", zawierający kompilację wczesnych singli, demówek i tego typu historii. Jest za to pierwszym wydawnictwem długogrającym. Długogrającym? Dobre - całość trwa niewiele ponad 30 minut.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Duet, żeby było odpowiednio cool, musi być damsko-męski. Tak też jest w tym przypadku. Pani zajmuje się śpiewaniem, a Pan tym żeby w tle coś stukało. No i stuka. Ilość sampli, loopów i najróżniejszych odgłosów perkusyjnych tworzących połamaną strukturę tych kawałków jest naprawdę imponująca. Ona serwując proste linie wokalne za pomocą trochę beznamiętnego, ale za to miłego i łagodnego głosu, nadaje całości nieco odrealniony charakter.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jest miło, ale jednocześnie bezbarwnie. Może przez tą rzekomą uniwersalność? Barber ze swoimi rytmicznymi łamańcami i plemiennym konotacjami mógłby śmiało współtworzyć najróżniejsze wybitne projekty z czasów bliskich i odległych. Od Talking Heads przez Junior Boys po Animal Collective. Mary Pearson ze swoim przyjemnym głosem obsłużyłaby zarówno Cocteau Twins jak i Stereolab.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To właśnie rytm sprawia, że niektórzy patrzą na nich w kontekście Ruby Suns czy Panda Bear. Kontekst być może słuszny, ale do klasy tamtych niestety sporo brakuje. Słucham tego po raz kolejny, a w głowie nie zostaje mi żadna melodia. Głos Mary, wydobywający się jakby z oddali, nie wywołuje u mnie żadnych emocji. Żebym się chociaż porządnie zirytował jakąś manierą! Żeby mnie wkurzyła jakaś niewykorzystana szansa na dzieło epokowe! Żebym chwilę po włączeniu miał silny imperatyw wyłączenia!!! Ale gdzie tam, Panie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Taka to właśnie płyta. Niby się wie że to wartościowe, że się napracowali, że chcieli pokombinować, a jednak jest to fajne tylko w teorii. W rzeczywistości nuda i nic się nie dzieje - jak w polskim filmie. A że album krótki to i recenzję czas kończyć.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Nic to, niech leci. A że mi ktoś w kuchni hałasuje - nie przeszkadza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/L0REoD12C4o&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" fs="1"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-1427642313782593959?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/1427642313782593959/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=1427642313782593959' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1427642313782593959'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/1427642313782593959'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/11/high-places.html' title='High Places'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/STWNIknUkBI/AAAAAAAAAGo/Tx30i_4CCTA/s72-c/high.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3382037088008066905</id><published>2008-11-29T12:14:00.012+01:00</published><updated>2008-11-29T12:55:30.531+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Mercury Rev w Sosnowcu</title><content type='html'>&lt;div align="center"&gt;-&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kontynuujemy temat Mercury Rev, bo już jutro (30.11-niedziela) w ramach festiwalu Ars Cameralis ich koncert w Sosnowcu. To nie będzie pierwsza wizyta amerykanów w Polsce, ale pierwszy występ w klubie - i to jest raczej dobra wiadomość. Jak ważne jest to wydarzenie przekonywać chyba nie trzeba. Mercury Rev od 1991 r właściwie nie wydalli słabej płyty i kilka razy udowodnili, że w muzyce okołorockowej nie wszystko jeszcze powiedziano; a nawet jeśli, to można serwować to w nowych konfiguracjach. Zespół ważny, odważny i - co najważniejsze - nadal w świetnej formie (odsyłam do recenzji "Snowflake Midnight"). Poniżej dwa fragmenty dla tych co się jeszcze wahają:&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/fusKcZjj7dg&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/5mAop0p0EnE&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3382037088008066905?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3382037088008066905/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3382037088008066905' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3382037088008066905'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3382037088008066905'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/11/mercury-rev-w-sosnowcu.html' title='Mercury Rev w Sosnowcu'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-8981354833786113730</id><published>2008-11-22T13:11:00.022+01:00</published><updated>2008-11-29T12:14:25.270+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><title type='text'>Mercury Rev</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SSf3mjDfCvI/AAAAAAAAAGg/SN4MdGvaMuo/s1600-h/mercury.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5271454130477402866" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SSf3mjDfCvI/AAAAAAAAAGg/SN4MdGvaMuo/s320/mercury.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Mercury Rev - "Snowflake Midnight"&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;em&gt;7.6/10&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Nowy album Mercury Rev to dla autora poniższego tekstu niezła lekcja pokory. W pierwszym odruchu odrzucony w kąt jako brzydkie kaczątko merkurowej dyskografii, obecnie emanuje całkiem intensywnym blaskiem w przestrzeni wypełnionej cianiami tegorocznych wydawnictw.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad powszechnym odbiorem twórczości Merkury Rev w Polsce ciąży duch audycji „Trójkowego Ekspresu” i katowanego tam „Desert’s Songs”. Stąd zdecydowana większość słyszących o zespole incydentalnie, postrzega go jako dream-popowy band, grupę specjalistów od leniwych ilustracji marzeń sennych. To nie do końca prawda, wczesne albumy (jeszcze z Dawidem Bakerem), to niezła dawka psychodelicznych zakrętów, całkiem ważne punkty amerykańskiej alternatywy lat 90-tych. Wydawnictwa, które jako inspiracje spokojnie mogliby w swoim katalogu wymieniać Animal Collective. Nagrana już bez Bakera „See You On The Other Side” z 1995 r., to silne naznaczony jazzem pop, który stanowi dla niżej podpisanego swoiste Opus Magnum amerykańskiego zespołu. Dopiero potem nadszedł czas najbardziej znanych krążków w postaci „Deserst’s Songs” i „All is Dream” – faktycznie dzieł niezwykłych. Dodam koneksje z Flaming Lips i wychodzi na to, że Merkury Rev to prawdziwi Bossowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Napisałem swego czasu dla znanego portalu recenzję „Secret Migration”. Dziś się tego słabego tekstu najzwyczajniej w świecie wstydzę, ale w jednej kwestii okazałem się prorokiem. Postrzegałem tamten album jako łącznik między dream-popowym okresem, a czymś nowym. To prawda - „Snowflake Midnight” to nowa jakość, nowe środki wyrazu i po części nowy (dla nich) sposób konstruowania utworów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chodzi przede wszystkim o generowane w praktycznie każdym kawałku sample, loopy, syntezatorowe dźwięki i odgłosy wydobywane z maszynek, o których nie mam zielonego pojęcia. Jest więc syntetycznie, co nie wyklucza tej szczególnej wrażliwości, jaką zawsze operował ten band. Paradoksalnie nagromadzenie brzmień elektronicznych nawet spotęgowało oniryczny charakter wydawnictwa. Teraz wszystko jeszcze bardziej się rozmywa, a wątki giną w nieco enigmatycznej przestrzeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieźle jest już na otwarciu, szczególnie drugi w kolejności „Butterfly’s Wing” z pięknie brzmiącymi klawiszami, atmosferą odrealnienia i śliczną melodią – może zachwycić. Mostek w postaci dziecięcego śmiechu i płynącego z oddali głosu Donahue kładzie na łopatki. Z kolei „Senses on Fire” stanowi jakby Post scriptum do poprzednika, z narastającym z rytmem i powtarzaną w koło tytułową frazą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowy album to też nieco inne myślenie o komponowaniu. Taki „People Are So Unpredictable”, to siedmiominutowy, wielowątkowy, progresywny potworek. Kombinują i są przy tym cholernie klimatyczni, a to dzięki ambientowej wstawce, a to za sprawą wsamplowanych odgłosów dyszącego człowieka (niczym z jakiejś „Medulli”) czy wreszcie poprzez zabawę rytmem (brawa dla perkusisty). Podobnie nieprzewidywalny jest „Runaway Raindrop” (gwarantuję, że gdyby nie wokal – nie ropoznalibyście autorów) czy najdłuższy „Dream of Young Girls”. I kiedy tak pogrążamy się w tej rządzonej oddzielnymi prawami, muzycznej poetyce, błądząc między skomplikowanymi strukturami wyznaczonymi przez meandry pokręconej psychiki twórców tego dziełka, w końcu pojawia się konkret, punkt odniesienia - trzyminutowy „Faraway From Cars”, witający nas handclapami, rozmytym tłem, genialną linią wokalną i równie niezwykłym tekstem: &lt;em&gt;There,s a little part of you/Faraway from cars/Faraway from cash/That's faraway from war/Faraway from tears/and faraway from the past/Faraway from here.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Może faktycznie w środkowej części „Snowflake Midnight” brakuje melodii, może faktycznie będąc fanem „All is Dream” oczekiwałeś więcej powalających miniatur z niemal filmowym tłem, a otrzymałeś niełatwy progresywny koszmarek, do którego musisz dojrzeć. Jak na Bossów przystało – to oni dyktują warunki, a to Ty musisz się dostosować. Jedno jest pewne - Mercury Rev nadal rządzą i nadal potrafią nieźle zaskoczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/BLU2EPfcBJg&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" fs="1" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-8981354833786113730?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/8981354833786113730/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=8981354833786113730' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8981354833786113730'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/8981354833786113730'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/11/mercury-rev.html' title='Mercury Rev'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SSf3mjDfCvI/AAAAAAAAAGg/SN4MdGvaMuo/s72-c/mercury.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-4578017468730835003</id><published>2008-11-16T21:21:00.034+01:00</published><updated>2008-11-18T21:35:31.917+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Low, 15.11.2008, Chorzów, Teatr Rozrywki</title><content type='html'>&lt;div align="center"&gt;-&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SSHaKqmrngI/AAAAAAAAAFM/tdIWjcyiBws/s1600-h/100_0622.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5269732915770269186" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SSHaKqmrngI/AAAAAAAAAFM/tdIWjcyiBws/s320/100_0622.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;15 lat działalności i pierwszy raz w Polsce. W końcu wszyscy fani Low mogli odetchnąć z ulgą. Przyjechali, zagrali i się zwinęli. Niby nie wiele, a jednak...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;To był taki "trochę inny" koncert, bo to jest taka "trochę inna" kapela. Z jednej strony niby gitarowy zespół, ale cóż oni mają wspólnego z etosem muzyków rockowych? Gdy patrzymy na nich i słuchamy ich muzyki, myślimy - Artyści. Stąd miejsce wydarzenia - scena chorzowskiego teatru - dziwi jakby mniej. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Było tak, jak na takim występie być powinno. Mimo gorącej owacji na wejście, publika generalnie wyciszona, wszyscy wiedzieli po co przyszli i z kim mają do czynienia. Od pierwszych minut czuło się ten specyficzny klimat skupienia. A było się czemu poddawać. Już pierwszy utwór - fantastyczny "Murderer" - położył nas na łopatki. Najlepszy fragment z zeszłorocznego "Drums and Guns" zagrany - jak zreszą wszystkie inne tego wieczoru - na dwie gitary i skromny zestaw perkusyjny, przypominał bardziej Low z początków kariery niż z ostatnich płyt, gdy starali się nieco rozszerzać formułę grania. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Koncert niesamowicie spójny. Nie sięgnęli niestety po nic z pamiętnego debiutu (choć "Words", "Fear" czy "Lullaby", to były marzenia wielu), ale już "Long Division" reprezentował "Shame", a z wielkiego "Things We Lost in the Fire" zagrali "Sunflower" - chyba najbardziej poruszający moment całości. No i "Trust", a z niego "Tonight" i przede wszystkim "Shots &amp;amp; Ladders" kończący właściwą część przedstawienia długą, gitarową, jazgotliwą końcówką - jeden z momentów w których czuło się całą potęgę tej muzyki. Oczywiście oprócz tego silne reprezentacje ostatnich wydawnictw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko to - jak pisałem - zagrane w konwencji najbardziej dla nich właściwej. Nie próbowali ani przez chwilę przemycać nowinek z "Drums and Guns". To w zasadzie bardzo minimalistyczny koncert, taki w którym liczyły się szczegóły i atmosfera tych wyjątkowych utworów. Cały zestaw perkusyjny Mimi to dwa bębny, jeden talerz, zestaw pałeczek i miotełek. Każdy dźwięk, ze względu teatralną akustykę, odczuwaliśmy intensywniej, pełni podziwu jak oni są zgrani i jak się pięknie wokalnie uzupełniają. W zasadzie wiemy to, co wiedzieliśmy zawsze, ale widzieć to na własne oczy to jednak zupełnie inna bajka...&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-4578017468730835003?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/4578017468730835003/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=4578017468730835003' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4578017468730835003'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/4578017468730835003'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/11/low-15112008-chorzw-teatr-rozrywki.html' title='Low, 15.11.2008, Chorzów, Teatr Rozrywki'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ZDrzbY-tBfA/SSHaKqmrngI/AAAAAAAAAFM/tdIWjcyiBws/s72-c/100_0622.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-3604211788155214566</id><published>2008-11-15T12:46:00.011+01:00</published><updated>2008-11-15T14:15:48.932+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>Low w Chorzowie</title><content type='html'>&lt;div align="center"&gt;-&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jeszcześmy się porządnie nie otrząsneli po występach Whip i I am Kloot (kilka słów w temacie niebawem), niektórzy jeszcze nie dotarli do domów po warszawskim koncercie Lambchop, a już za kilka godzin czeka nas kolejne wydarzenie, którego przeoczyć nie sposób. W chorzowskim Teatrze Rozrywki zagra legenda nurtu slow-core - grupa Low, nazywana "najwolniejszym zespołem świata". Amerykańskie trio hipnotyzuje sennymi, pełnymi niepokoju i piękna utworami. Przez lata ich styl ewoluował; zaczynali bardzo minimalistycznymi dźwiękami, by z czasem prezentować bogatsze aranże i bardziej skomplikowane struktury, jednak mimo zmian mają nadal automatycznie rozpoznawalne, jedyne w swoim rodzaju brzmienie wzbogacone uduchowionymi liniami wokalnymi. To także zespół ciekawych osobowości - Alan Sparhawk i Mimi Parker są mormonami. Niepowtarzalna szansa, by ujrzeć klasyków w akcji.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/4AzLgswmJxA&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" fs="1"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/QhJAR6UZsCk&amp;amp;hl=" width="425" height="344" type="application/x-shockwave-flash" fs="1" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2526995165129887533-3604211788155214566?l=pszemcio.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pszemcio.blogspot.com/feeds/3604211788155214566/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=2526995165129887533&amp;postID=3604211788155214566' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3604211788155214566'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2526995165129887533/posts/default/3604211788155214566'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pszemcio.blogspot.com/2008/11/low-w-chorzowie.html' title='Low w Chorzowie'/><author><name>pszemcio</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10148092086791915372</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2526995165129887533.post-7103510233145291016</id><published>2008-11-09T09:45:00.014+01:00</published><updated>2008-11-09T10:32:20.968+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncerty'/><title type='text'>I AM KLOOT 
