Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 kwietnia 2010

The Tallest Man On Earth

The Tallest Man On Earth - "The Wild Hunt"
4.8/10

Czy słuchanie w 2010 r. gościa ze Szwecji, który jest bardziej Dylanem niż Hold Steady Springsteenem, może być w jakimkolwiek aspekcie interesujące?

Nie łatwo pokonać Dantego w czwartej części "Devil May Cry" - w powszechnym odczuciu uchodzi za najtrudniejszego bossa tej odsłony kultowej serii. Można oczywiście całymi dniami napieprzać w przyciski z nadzieją wynalezienia sposobu na rozpracowanie zaszytego w gierce kodu kierującego ruchami starego rutyniarza, trudno wszakże wymagać, by biedny casualowy gracz, cieszący się chwilą czasu na virtualne hobby (gdzieś między pieluchami synka, a pracą domową córki), spędzał godziny na mozolnym rozpracowywaniu każdego ruchu przeciwnika. Bez obaw, po to tu jestem by wam tego oszczędzić.

Przepis na pokonanie Dantego wymaga wszakże nieco ćwiczeń, ale zaledwie minimum w porównaniu ze sposobem tradycyjnym. Gracz musi opanować walkę z Dantem do tego stopnia, by tuż przed niechybnym zgonem Nero, przeciwnik pozostał z połową przydzielonych mu sił, zwanych tutaj Vitality. Jeśli opanujemy akcję do tego stopnia, że Vitality Dantego = 6, a Vitality Nero = 1, wskakujemy na pauzę i wybieramy (zakupione tuż przed pojedynkiem) ustrojstwo zwane "Holy Water". "Holy Water" odbiera demonom moc, acz w przypadku Bossów nie całą, lecz znaczną. Po użyciu takowej, Vitality Dantego zmniejsza się dramatycznie do 2 modułów, z kolei Nero nadal zostaje ze swym jedynym, osamotnionym modułem. Oczywiście sytuacja jest nadal dramatyczna, to i tak (pożal się Boże) - 1:2 dla Dantego, co przy porównaniu naszych umiejętności jest dla Nero wynikiem miażdżącym. Tak więc niezbędne jest podjecie kolejnych brzemiennych w skutkach decyzji w drodze ku zwycięstwu. Po użyciu "Holy Water", czym prędzej kolejna pauza, by wybrać zieloną Vital Star (najlepiej L - dla pewności), kupioną w poprzedniej misji za drobne 10 000 Red Orbs. Gwiazdka uzdrowi naszą moc, dając nam w tej chwili druzgoczącą przewagę w kwestii Vitality, co pozwoli na pokazanie cwaniakowi gdzie jego miejsce w szeregu. Proste? No przecież.

A że muzyka i efekty dźwiękowe w DMC okropne, w tle może lecieć cokolwiek, byleby niezobowiązującego. Choćby coś na maxa wtórnego i kompletnie nie wnoszącego nic do mapy współczesnego songwitingu. na przykład nowy album szwedzkiego Dylana.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Joanna Newsom

Joanna Newsom - "Have One On Me"
6.3/10

Krótko o najdłuższym tegorocznym albumie.

Trzy płyty, dosłownie trzy długaśne płyty musiała wypełnić muzyką boska Joanna, by udowodnić sobie i wszystkim w około, że na piekielnie dobrym "Ys" ostatniego słowa nie powiedziała. Niepewność nowego materiału (na zasadzie: daję wam wszystko i nie ma bata, żeby każdy nie znalazł tu czegoś dla siebie) czy wręcz przeciwnie - rozdmuchane do granic możliwości ego i wiara we własną nieomylność?

Strach podchodzić do takiego materiału, zakładając nawet, że obcujemy z kimś tak oryginalnym, mającym swój jedyny i niepowtarzalny styl, bazujący na długich, epickich i nieliniowych historiach oraz dziecinnym głosie, który był jakąś wypadkową Bjork, lasek z Cocorosie i czegoś absolutnie swojego. No i kontekst muzyczny - ona i jej harfa.

Trzy długie płyty wypełnione muzyką - format zarezerwowany dla wydawnictw stricte fanowskich, jakichś zbiorów odrzutów i b-sidów, a tu proszę - całkowicie nowy materiał. Na coś takiego pozwolił sobie w 1999r. Stephin Merritt z Magnetic Fields, ale nawet on wydał swoje "69 Love Songs" jako oddzielne krążki (dostępne opcjonalnie jako 3-płytowa kompilacja). Tylko czy presję ciążąca na obu wydawnictwach można w ogóle porównywać? "Have One On Me" z założenia miało być czymś wyjątkowym, bo po "Ys" to właśnie Joanna była pierwszą damą niezależnych salonów.

Miała podobno poważne problemy z głosem - to słychać. Nie, nie chodzi o uchybienia warsztatowe (zresztą teraz już nie nagrywa się albumów ze złymi wokalami, a poza tym kim ja jestem by oceniać czyjeś warunki głosowe?), a o zachowawczość. Swego czasu nagrałem mojej obecnej żonie "Ys", potem opowiadała, że po wyjściu ze swojego pokoju w akademiku spotykało ją pytające spojrzenia współlokatorów: "co za przeraźliwe skrzeczenie dochodzi zza tych ścian"? Uspokajam wszystkich obecnych studentów - teraz można zapuszczać Joannę nawet dwa razy głośniej, nikogo uszy nie zabolą. Znormalniała, złagodniała, uspokoiła się , z rzadka przypominając za co ją tak polubiliśmy. Zbliżyła się do twórczości Joni Mitchell na tyle, że czasami nerwowo sprawdzisz czy nie pomyliłeś płyt włożonych do odtwarzacza. W tej kwestii polecam szczególnie "In California" - coś między "Blue", a "Court and Spark". Wspaniałe to były płyty, ale czy kolejna Joni jest nam potrzebna (szczególnie, że inspirujących się jej dorobkiem było po drodze całkiem sporo)?

Kolejna sprawa - aranże. Po tym albumie przestaniemy pewnie identyfikować artystkę z harfą. Również w tej kwestii postarała się o dopasowanie do maglowanego setki razy kanonu, czytaj: zapomnimy o tej płycie szybciej niż się niektórym zachodnim recenzentom wydaje. Tu wszystko jest ładne i na swoim miejscu - zdaje się, że to jest największa wada "Have One On Me". Orkiestracje, pianinko, dęciaki, drobne dodatki, to wszystko zaledwie wypełniacze. Brak miejsca na jakieś odważniejsze kroki, a ilość materiału nie rekompensuje długich przestojów. Wiem, że się czepiam, ale nie oszukujmy się - to taka artystka od której wszyscy wymagają więcej.

I w sumie nie ma co się spinać, przyjmijmy to artystyczne założenie - tak miało być, tak siebie w 2010r. wymyśliła i to jest ok., ale fakt, że dobrego materiau starczyło jedynie na pierwszy krążek, to już niestety przypadłość dość krępująca. Połączenie piosenkowych form "The Milk-Eyed Mender" z długością kompozycji zarezerwowaną dla pokręconych fragmentów "Ys", daje dość smutną konstatację, że słuchając ziewamy średnio co 3 minuty, z niepokojem sprawdzając ilość tracków pozostających do końca albumu.

Szkoda, wielka szkoda, że ten materiał nie jest przynajmniej o połowę krótszy, bo w obecnej formie konfrontowanie go z wcześniejszymi wydawnictwami Joanny nie ma nawet specjalnego sensu.

czwartek, 25 lutego 2010

Tindersticks

Tindersticks - "Falling Down a Mountain"
7.4/10

To podobno nowe rozdanie, odświeżenie formuły czy coś takiego - przesada, ale nawet brak świeżości walorów artystycznych nie przekreśla. Tindersticks w formie.

Pisanie o albumach Tindersticks jest pewnie zbiorem powtarzalnych formuł, tak jak powtarzalna jest ta muzyka. Poruszanie się po dobrze znanym terytorium bazującym na nieco wzniosłych, nieco dramatycznych pozach drobnego pijaczka rodem z zadymionej knajpy; muzyka małych życiowych tragedii niespełnionych 40-latków, topiących smutki w butelce Whiskey. Niedoszłe miłości, życiowe porażki i takie tam historie. Patrząc całościowo na dyskografię widać jednak wyraźny przeskok od rozbudowanych, intrygująco rozlazłych form, do bardziej konwencjonalnej piosenki, zakorzenionej po trochu w twórczości Cave'a, Morphine, Cohena, Joy Division czy Pulp. Z tym bandem jest trochę tak, że wystarczy jeden z dwóch pierwszych albumów + "Simple Pleasure" z dojrzalszego okresu i wiesz wszystko. Gdybym był zimnym, pozbawionym odrobiny człowieczeństwa automatem, to może bym to tak "obiektywnie" skwitował, ale jestem tylko wieśniaczkiem z Bierunia, nie wymagajcie, ulegam czarowi wokalu Staplesa i autentycznie się wzruszam; nabieram się na te same chwyty wraz z każdym nowym albumem, nawet jeśli zdarzało im się nagrywać krążki bazujące bardziej na tzw. klimacie niż nieprzeciętnych kompozycjach. Ulegam im, mam słabość, sorki.

Utwór tytułowy obiecuje zmiany. Tkwiący gdzieś w fusion jazzie Milesa Davisa, z nerwową trąbką i czającym się do wybuchu (który nie nastąpi) rytmem. Wrażenie nerwowości i rozbicia potęgują nakładające się ścieżki wokalne Staplesa. To jednak tylko początek, bo "Keep your beautiful" sprowadza na ziemię typowym dla nich intymnym charakterem korespondującym z całkiem bogatą aranżacją i uroczą melodią - czyli bez zmian, a jednocześnie Francja-elegancja (cóż, we Francji to nagrywano i w ogóle - żabojady ich kochają). "Harmony around my table", choć w ogólnym wydźwięku odmienny, nawiązuje do żwawszych (jeśli to w ogóle trafne określenie) kawałków z handclapami i chórkami w stylu "Can we start again". Pamiętamy tamten utwór? Z niby prostym - ukazującym pozornie zwykłe kobiety - teledyskiem, a jednak, dzięki teatralnym grymasom wzdychającego do nich frontmana Tindersticks, tak sugestywnym i działającym na męską wyobraźnię, że automatycznie go to ustawia w mojej piątce clipów wszech czasów, serio. Dalej "Peanuts", czyli poruszający duet z Mary O'Hara jako (nasuwający się automatycznie) odpowiednik "Travelling light" z legendarnej już dwójki (1995 r.). No i mógłbym tak po kolei, tylko chyba nie ma sensu i czasu szkoda.

Stosunkowo krótki materiał, ale całkiem treściwy, bo pomimo braku oznak wyraźnego artystycznego rozwoju, zaskakuje poziomem na jaki jest w stanie wzbić się ten siwiejący już przecież, rozmarzony nieco pan o spojrzeniu "kota ze Shreka". Więc w zasadzie brawa za udany album i Oskar z całokształt.

PS. A z innej beczki: spadła jak grom z jasnego nieba informacja, że Pavement na Openerze. Nie będę tu udawał, że z nimi dorastałem czy coś, ale ludzie, doniosłość tego wydarzenia....

niedziela, 14 lutego 2010

Beach House

Beach House - "Teen Dream"
8.2/10

"Z pamiętnika nastolatki"

Cały proces hajpowania polega na tym, że o danym albumie mówi się długo przed premierą, tworzy się atmosferę wyczekiwania i nerwowego podniecenia, sam zespół odpowiednio wcześnie udostępnia w sieci powalające single (w tym przypadku "Used to be" i "Norway"), pojawiają się szczegóły tyczące warunków nagrywania albumu (tutaj - modny ostatnio - kościół, ale nie obawiajcie się o "przesłanie" tych nagrań, kazań nie będzie; muzycy przyznają, że bez Boga radzą sobie świetnie, chodziło raczej o klimat odosobnienia i brzmienie). Potem jakiś pismak ogłasza triumf, przyznając 9/10 na łamach poczytnego serwisu muzycznego, no i reszta przychodzi sama (widać to nawet u nas - nagle w sieciowej rzeczywistości BH stali się jedną z najbardziej pożądanych kapel, jeśli chodzi o życzenia związane ze składem tegorocznego Off festivalu, a przecież praktycznie nad Wisłą nie istnieli). Dodatkowo są typowym dla naszych czasów przykładem zespołu zdobywającego popularność w "drugim obiegu". Ulubieńcy bloggerów, do których mają stosunek pozytywny, ale nie do końca doceniają ich wpływ na kształtowanie muzycznego rynku. "Czy ludzie naprawdę czytaja blogi? Czy może bloggerzy czytają siebie nawzajem po kilka razy dziennie?" - pyta przewrotnie Victoria, wywołując rumieńce na twarzy autora tego tekstu.

Mieli dobrą prasę już od czasu debiutu, ale na żaden wcześniejszy album aż tak bardzo nie czekano. Zmienili się, zadbali o brzmienie - dziś są przyswajalni dla większości słuchaczy, których wczesniej nudzili. Różnicują brzmienie i serwują melodie, których tak brakowało na "Devotion". Nabrali kolorów i nie są już tak przeraźliwie smutni (chociaż to pewnie bardzo subiektywne). Pojawiły się porównania do zeszłorocznego "Veckatimest". Słuszne, jesli weźmiemy pod uwagę melodie (każda jakby stworzona dla Grizzly Bear) i niektóre klawiszowe motywy, ale na wyrost jeśli prześwietlimy aranże (wiadomo - BH nie próbują odtwarzać tamtej głębi, mają swoją bajkę, bardziej jednowymiarową i zamgloną, choć i tu czynią postępy - np. przez nakładanie wokali). Do tego nadal ogranicza ich formuła dwuosobowego zespołu, co skazuje słuchacza zaledwie na automat perkusyjny, klawisze i gitarę, ale przecież ślicznie zagospodarowują drugi plan, rozpuszczając rzeczywistość w mieszance rozlanych dźwięków.

Niełatwa sprawa - oddać intensywność uczuć nastolataka, ale zgolę wąsa jeśli to nie jest album na trójkę w podsumowaniu roku; chociaż jest dopiero luty, a ja przesłuchałem może z trzy nowe płyty.



sobota, 30 stycznia 2010

Field Music

Field Music - "(Measure)"
8.0/10


"We wanted to redefine the double album as something very varied. We thought about how to break through the restrictions of an album, and we decided the best way to do it was to make a massive record. The others have had a coherence, the preoccupations you get from writing songs very close together, but making this one, we just felt a bit more free, and I think you can tell that."*

"Measure", taa... Rasowe recenzje tego krążka zawierają szereg odniesień do znaczenia i roli albumów dwupłytowych dla muzyki popularnej. Od eksperymentalnego oblicza Białego Albumu, przez dokonania Floydów czy Fleetwood Mac. Z racji dźwięków, w jakich specjalizują się bracia Brewis, na myśl przychodzi też "English Settlement" XTC, no ale skojarzenia z songwritingiem Partridge'a i Mouldinga są w moim przypadku tymi najbardziej rzucającymi się w uszy przy słuchaniu każdego z trzech dotychczasowych dokonań Field Music (o projektach pobocznych nie mówiąc), więc chluby mi to raczej nie przynosi.

Ok, chciałbym widzieć Petera i Davida jako następców swych wielkich protoplastów. Gdzieś między Lennonem/McCartneyem, braćmi Davis, Diffordem/Tillbrokiem czy wspomnianym już duetem kompozytorskim XTC. Umieściłbym ich w konkretnej przegródce i bym się ze spokojem ducha rozkoszował łechcącym ego zadowoleniem z własnego osłuchania. Nic z tych rzeczy.

Problem z Field Music - oni się kompletnie nie łapią na akapit w podręczniku "British music for beginners". Już sam sposób bycia i przerażająca zwyczajność, skazuje ich na muzyczny margines. Brakuje im mentalności gwiazd podlizujących się wiernym fanom. Zresztą sami to świetnie czują, choćby przez porównanie z innymi przedstawicielami muzycznej sceny Zjednoczonego Królestwa: "They've got a lot of expectations to deal with, a lot of admiration. They're close friends, there's no envy there. We've been to see both bands and it's fascinating to see the interaction they have with their audience. It's very different to anything we've ever had. We have very personal lyrics - a lot of them of them are about misunderstandings and... I don't know, very personal things, and I think itwould feel wrong having my lyrics shouted back at me."*

Ale inność Field Music, to głównie sfera muzyki, ta ich "nieprzyswajalność", bo nie są w stanie tworzyć piosenek, które porywają masy, chociaż każdy utwór składa się z elementów wymienianych w definicjach wzorca dobrej brytyjskiej piosenki pop (wiecie o jakim popie myślę?). Czerpią garściami od najlepszych, choćby przez zapodawanie ciekawych mostków, to znowu przytłaczają aranżem żywcem wyciągniętym ze "Skylarking" (tytułowy "Measure"), serwują spiętrzone chórki w "All you'd ever need to say" albo poprzez klawiszowe plamy i delay, wprowadzają nieco oniryczny klimat w "Lights up".

Dlaczego rzesze fanów nie noszą ich na rękach, skoro niejednokrotnie niebanalne rozwiązania harmoniczne, idą w ślad za kapitalnymi, kipiącymi swą "brytyjskością", melodiami? Czy dlatego, że nawet w tej ich bardziej urozmaiconej formule, nadal dominuje popieprzone metrum, a dotarcie do clue tych piosenek, to właściwie rozpracowywanie łamigłówek? Najważniejsze, że nie stoją w miejscu. Roszady wewnątrz zespołu przyczyniły się do zróżnicowania brzmienia i środków wyrazu (choć nie jest to jakiś poważniejszy eksperyment, co mogły sugerować zapowiedzi muzyków). Dziś nie straszny im rockowy hendrixowski riff ("Each time is a new time"), jak równiez funkowy rytm i wokalne popisy w stylu Prince'a ("Lets write a book"). Nie zaburza spóności zwolnione tempo i progresywne odniesienia z drugiej części albumu.

Pozycja nie tyle efektowna co wymagająca. Zaproszenie słuchacza do 100% zaangażowania w zbiór tych 20 nieoczywistych, precyzyjnych, misternie skonstruowanych piosenek; w badanie zależności między poszczególnymi elementami struktur i szukanie kolejnych tropów. Nie chcę pisać "rzecz dla wybrańców", ale do tego się to pewnie w praktyce sprowadzi. Ubiegłoroczny sukces Grizzly Bear każe się jednak wstrzymywać z radykalnymi prognozami, a czas działa na korzyść Brytyjczyków, bo to krążek na długie miesiące. Póki co - znakomite otwarcie roku.

(* - cytaty z wywiadu dla musicOMH)

czwartek, 17 grudnia 2009

Real Estate

Real Estate - "Real Estate"
4.8/10

I znowu będzie, że jestem kretyn.

Pewnie to prawda, że za niedługo nośnik odejdzie do lamusa, a miarą wiarygodności grajków będą jedynie koncerty (ja przypominam, że istnieją artyści wybitnie studyjni, więc nie dla wszystkich radość). Wyobraź sobie, że poddajesz się pesymistycznym wizjom roztaczanym tu i ówdzie i głoszącym, że wraz z rekordową ilością wydawnictw, jakie ujrzały światło dzienne w zeszłym roku (fakt - z faktami się nie dyskutuje), spada ich sprzedaż (cóż, też fakt) oraz jakość (tu już ocena subiektywna, ale bardzo prawdopodobna).

Masz dziś wybór taki, jakiego zazdrościłby ci ojciec i starszy brat, jesteś jednak zagubiony w gąszczu ocen, wykluczających się recenzji i opinii ekspertów, których coraz więcej. I nie mów proszę, że jesteś w swoich sądach niezależny, że nie czytasz tych bzdur na temat muzyki, że interesuje cię czysta sztuka. Już sam wybór płyty, po którą sięgasz, to rodzaj wstępnej selekcji, jaka wypływa z faktu zasłyszenia nazwy, czasem nieświadomego kierowania się podszeptami docierającymi do ciebie z każdej strony, o każdej porze dnia i nocy. Już na tym etapie jesteś kierowany, nawinie myśląc że twoje nowe odrycie to wynik własnej decyzji. A jeszcze ten trud oceniania, bo musisz ocenić. Nadmiar najpierw powoduje euforię, potem tylko cieszy, by w końcu wywołać obojętność na dźwięki wszelakie. Powszechność i łatwość w pozyskiwaniu muzyki staje się przekleństwem zarówno dla niej samej, jak i dla ciebie słuchaczu. W końcu sytuacja, w której każdy nowy album to muzyka tła, a o jej faktycznej wartości dowiadujesz się z Metacritic. I tęsknisz, tęsknisz do tych czasów, gdy każdy krążek, to było odkrywanie lądów nieznanych i kiedy mogłeś katować tych 12 kawałków do znudzenia przez pół roku. To se ne wrati...

Jeśli faktycznie wszystko to składa się na mierny obraz naszych czasów, to idealnym odzwierciedleniem tej miernoty jest mierny album miernego zespołu - Real Estate, podobno nadziei indie rocka...

Oczywiście jest także inna perspektywa, która każe cieszyć się z rychłego wyeliminowania nośników, gdy muzykę będziesz miał za grosze, o każdej porze i w każdym miejscu. Upadną molochy mające wyłączność na dźwięki, zniknie znienawidzony plastik, zostanie sztuka. Ale ten optymizm mi nie pasuje do pochmurnej wizji tekstu, jaką sobie tu wykombinowałem, więc wybaczcie...

Ma być smutno, bo Real Estate ze swoim miernym songwritingiem i kroczeniem wytartymi dwie dekady temu ścieżkami, są zjawiskiem smutnym. Kapela, której głównym atutem ma być fakt nieposiadania wystarczających środków na profesjonalne studio, co ma stanowić o jej autentyczności, przekonuje mnie średnio. Tzn. nic w tym złego, ale czy to może być argument? A jednak. Nie zaprzeczę, że z tego chałupnictwa wynikło dość ciekawe brzmienie. Tak jakbyś słuchał Built to Spill w wannie i na 40 minut zanurzył łeb pod wodę. Niewyraźny, wycofany wokal, mnóstwo pogłosów, gitara brzmiąca jakby miała za zadanie zastąpić klawisze, ale to wszystko pogłębia jedynie wrażenie niewykorzystanej szansy.

Najprościej pisać o nawiązaniach do tego, co w latach 90-tych definiowało indie (właściwie do tamtych czasów powinno sie sprowadzać definicję, jeśli o kwestie nazewnictwa chodzi, ale to inny temat), z tym że jak sobie spacerwałem przy minus 15 z dworca PKP do domu (auto mi, że tak powiem, wymiekło, więc to PKP nie jest do końca moją zachcianką), a trwało to akurat tak z 40 minut, to mi sie to rozmyte tło tej płytki w sposób oczywisty skojarzyło z dwójką Beach House (no i ta zawodząca gitara w "Black Lake"). Kojarzymy tamten album? Jeden z najfajniejszych w ostatnich latach w kategorii "nie pamiętam żadnej melodii, ale klimat mej głowy nie opuszcza". Przy odrobinie talentu (a może to kwestia tego profesjonalnego studia jednak?), można by coś takiego wyczarować; czyli nie geniusz, ale styl przynajmniej. Cóż, na razie dłużyzny i nuda, ale kto wie? W każdym razie linia wokalna "Pool swimmers" fajna.

sobota, 5 grudnia 2009

The Antlers

The Antlers - "Hospice"
4.0/10

"Świat nie wierzy łzom"

Ubrana w ramy koncept albumu synteza indie-hajpów ostatnich lat. Od Sigur Ros, przez Antonego, po Arcade Fire i 3/4 kanadyjskiej sceny muzycznej. Nic dziwnego, że mijający rok jest ich rokiem, przecież w końcu post-rock-weird-neo-folk co nie?

Koncept może jakiś w tym jest, ale w warstwie tekstowej jedynie, bo własnego pomysłu na muzykę tu nie uświadczysz. Sprytny zabieg - no jak można źle ocenić twórczość bazującą na historii pobytu w szpitalu bliskiej "Artyście" osoby? No serca musiałbym nie mieć! To może jednak o plusach co? Np. "godna szacunku i uznania jest konsekwencja, z jaką zespół robi laskę Pitchforkowym pupilom", albo "przecież to celowy zabieg, żeby było wtórnie i nudno, bo to oddaje dramat leżącego na szpitalnej pryczy". Żeby nie było, że się nie starałem.

wtorek, 1 grudnia 2009

Flaming Lips

Flaming Lips - "Embryonic"
(ocena? jaka ocena?)

Jeśli prawdą jest, że większość recenzji niekonwencjonalnych tworzy się w celu kreacji wizerunku piszącego i jeżeli prawdą jest, że większość recenzji niekonwencjonalnych ma za zadanie przede wszystkim ukrycie jego luk kompetencyjnych, to już leżę.

Nie żeby to tu miało być jakieś mega niekonwencjonalne czy coś, ale klasycznych opisów poszczególnych tracków tu nie znajdziesz, namecheckingu też jak na lekarstwo. Kurna, odbiera się ten album trochę na innych zasadach. Znaczy się nie chciałbym pojechać jakimś tam strasznie emocjonalnym i wylewnym tekstem (tu taki przymiotnik o emocjach miał być, ale zapomniałem go, zapominam go regularnie), bo w tym przypadku się nie da. Jestem pełen empatii dla Łukasza Błaszyka,
który się na tym sparzył. Oberwało się niezłemu komentatorowi albumów wszelakich (niedowiarków odsyłam do źródeł), ale się jednak oberwało, bo podszedł do tematu emocjonalnie na maxa, a tego robić nie wolno. Sam zresztą, gdyby nie ten tekst i potem na niego reakcja, bym może coś w tych klimatach popełnił (i wystawił jakieś 9.5/10 – a co?), ale hola hola, "w kupę w wdepniesz chłopcze – ucz się na błędach innych”. Oczywiście raczej bym tak obszernie i elokwentnie nie potrafił, charakter mojego tekstu w żadnej mierze z rozmachem tamtej rozprawy równać się nie mógł, ale to tylko blog, więc mógłby to być tekst bombastyczny przynajmniej w kategoriach blogowych.

Tekst Błaszczyka można było zanegować w sposób różnoraki,
nawet najbardziej prymitywny. Z tym że taki sposób krytyki zdradliwy jest, bo podatny na krytykę równie złośliwą. Tekst Błaszczyka Łukasza nie obroni się bez kontekstu, więc w kategoriach literackich atakować łatwo - papier przyjmie wszystko. Ale już zawartość „Embryonic”, czy nawet całokształt twórczości Flaming Lips, taki tekst uzasadnia w pełni. W związku z powyższym mam obraz Błaszczyka Łukasza piszącego recenzję opasłą, gdy ciemną nocą z głośników płyną dźwięki „Embryonic”. No i sorki (bez ironii to piszę) Błaszczyku Łukaszu, choć cię w życiu na oczy nie widziałem, to sympatię czuję, bo jakbym miał w uniesieniu popartym dźwiękami „tu i teraz” recenzję „Embryonic” napisać, to właśnie taką bym chciał.

Ale już nie chcę. Czemu? Musiałbym wejść w analizę „świata według Coyne’a” czego unikam, bo przez wieloznaczność tegoż, trudne to raczej. Może dlatego, że będąc po „The Soft Bulletin” porównywanymi do Radiohead (muzycznie też gdzieś tam, ale głównie w kategoriach „doniosłości” ), byli Flaming Lips w istocie ich zaprzeczeniem. Wśród tych kreujących się na (chyba) poważny band, zdają się być (chyba) nieprzeciętnie zdystansowani do własnych wyczynów. Muzyczna materia, w jaką ubierają „śmiertelnie banalne” teksty, pozostawia ogłupiałego słuchacza w dość niekomfortowej sytuacji. To jak? Oni na serio czy dla jaj? To jakieś postmodernistyczne wyciąganie „śmieszności powagi” na powierzchnię czy może naprawdę myślą że przekazują życiowe prawdy? Puszczanie oka? A może kurna odpowiednik literackiego „Alchemika” - udawanie czegoś wielkiego przez takie nic i nabieranie na to ludzi. Banalne mądrości są najlepsze, bo wszyscy je kumają i myślą, że też są mądrzy, prawda? Że są wybrańcami, prawda? Ale jak się ta elita definiuje poprzez tysiące sprzedanych egzemplarzy, to już raczej dupa nie żadna elita, prawda? A jak w tle muzyka inna niż wszystko na około, to dochodzi wiarygodność, prawda? Mam się wzruszać? (bo mnie to wzrusza autentycznie), czy może myśleć, że to jest naprawdę cool przez swoją ironię, dystans i drugie dno? (bo jak słucham, to myślę, że cool).


A muzycznie? Czy to może być równie fascynujące jak poznawanie wielkiej trójki Can, czy może wielki zgryw, a chłopaki siedzą przed kompem i nabijają się z tych wszystkich poważnych słów o nawiązaniach do awangard różnorakich? Kto mi w erze internetowej równości słuchacza z recenzentem powie co mam myśleć? I gdzie do cholery zniknął Kuba Radkowski? I kim do kurwy nędzy jest Filip Szałasek?


Wielkie eklektyczne dzieło czy wielki kicz? Bez względu na to, za którą opcją się opowiadasz – przegrywasz. Taki to album. Tacy to kolesie. Więc zamilcz i słuchaj.

wtorek, 17 listopada 2009

Pear Jam

Pearl Jam - "Backspacer"
6.0/10

Już dawno żaden album weteranów z Seattle nie zbierał tak dobrych ocen. Czy słusznie?

W którymś z niedawnych numerów Machiny przeczytałem o rzekomym powrocie mody na grunge. Na upartego można by przyklasnąć. Padanie na kolana przed koncertówką Nirvany, całkiem nieźle sprzedający się krążek Alice in Chains no i Pearl Jam - trójka powróciła, jeszcze tylko skrzyknąć do kupy chłopaków z Soundgarden i zaczniemy się zastanawiać... Hmmm... Warto?!

No właśnie. Można starać się kreować rzeczywistość, bo przecież kryzys, czasy trudne, to i dźwięki odpowiednie by się zdały, ale o prawdziwym revivalu zapomnijcie - raczej dowód, że w czasach niełatwych jechanie na sentymentach się opłaca. Koncertówka to tylko... koncertówka, wznowienie działalności AIC z wokalistą jadącym na wokalnej manierze poprzednika, to nieśmieszny żart, a Pearl Jam wprawdzie wrócił, ale wracał przecież regularnie (ostatnio z marnym zresztą skutkiem).

"Backspacer" miał być w założeniu bardziej wyluzowaną odpowiedzą na optymistyczny wybór Ameryki w wyborach prezydenckich. Kondycja drużyny Veddera chyba faktycznie uzależniona jest obecnie od warunków zewnętrznych, bo album zjada na śniadanie trzy poprzedniczki. Przede wszystkim wali w pysk obniżenie poziomu spinki. Postawili na klasyczne, szybkie, rockowe kawałki, może nawet z chęcią stworzenia takich luzackich, afirmujących życie, młodzieżowych (sic!) hymnów, pochodnych "My generation". Właśnie te szybsze i zwięzłe gitarowe czadziki, to jakby odbicie ich zamiłowania do coverowania klasyków. Z drugiej strony powrót do współpracy z O'Brienem przywraca każdemu z muzyków należyte miejsce. Jest odpowiednia dynamika, w końcu sekcja rytmiczna zgrywa się z resztą i w końcu są melodie, jakich długo im brakowało. Całość uzupełniają fragmenty lżejsze (z być może zbyt banalnymi smyczkowymi aranżacjami), o klimacie nawiązującym do prostoty "Into The Wild", czyli de facto do prostoty korzeni amerykańskiej piosenki.

Jasne że są momenty słabsze (patos "Amongst The Waves" czy "Speed of Sound" mogli sobie darować, choć fani ciągle wzdychający do "Ten" raczej to łykną), ale generalnie jestem zaskoczony, że ich jeszcze na coś takiego stać. Przy założeniu, że poziom czterech pierwszych wydawnictw zawsze już będzie nieosiągalny, można się nawet pokusić o teorię "drugiego oddechu"

Ok, byłem fanboyem PJ i taka ekscytacja, jaka towarzyszyła czekaniu na kolejne ich płyty w czasach świetności, pewnie już nigdy mi się w życiu nie przytrafi (bom stary i zgorzkniały). Przyznaję, że od sentymentów wolny nie jestem, ale nawet przy sileniu się na maksymalny profesjonalizm, obiektywizm i dystans, nie mogę zaprzeczyć, że dawno już żadnej płyty nie słuchało mi się tak dobrze w samochodzie. Rock samochodowy? Rock stadionowy? Rock sentymentalny?

poniedziałek, 20 lipca 2009

Wilco

Wilco -Wilco (The Album)
5,0/10

A ty? Czy wierzyłeś, że jest szansa na coś więcej?

Forma tego bloga jest dość łopatologiczna, ocenę wystawioną albumowi otrzymujesz czytelniku już pod samym jego tytułem, więc o elemencie zaskoczenia w trakcie lektury mowy nie ma. Skoro tak i skoro notą dostajesz w pysk już na starcie, potraktuj ją jak tezę, którą tekst stara się rozpaczliwie udowodnić. Pozwól, że przedstawię ci 12 argumentów udowadniającach, że "Wilco (The album)" rozczarowuje; argumentów słabych i łatwych do obalenia przez średnio rozgarniętego przedszkolaka, bo bazujących jedynie na bardzo subiektywnej dychotomii: podoba się/nie podoba się.

Recka przyjmie formę najbardziej ssącą z możliwych, a więc opisu poszczególnych kawałków po kolei. Dlaczego? Bo ostatnio wszyscy tak strasznie starają sie takich tekstów unikać, że zatęskniłem.

Jeśli miałbym się silić na ustalenie jakiekolwiek konceptu dotyczącego tego krążka, to napisałbym że to "album o czekaniu". Nie, nie chodzi o to, że Tweedy ma jakieś głębsze przemyślenia dotyczące życiowej postawy stoika, nie chodzi też o miłosne tęsknoty i tym podobne bzdurki (chociaż może), to raczej album o czekaniu słuchacza na naprawdę dobry kawałek Wilco. Czy czekanie na dobry kawałek podczas słuchania przeciętnej płyty może być w jakikolwiek sposób pasjonujące? Sprawdźmy:

1. "Wilco (the song)" - piosenka jakich Tweedy mógłby pisać pewnie tysiące, średnie tempo trochę nabijane klawiszami i upstrzone gitarowymi brudkami, bez polotu. Czekam.

2. "Deeper down" - ładne rzeczy w tle, ładne, ale nie o tło w muzyce Wilco chodzi. Nie porywa melodia, utwór który chce, ale nie może sie rozkręcić. Wciąż czekam.

3. "One wing" - siłą tego zepołu, oprócz zdolności do komponowania lekkich piosenek wykorzystujących elementy country czy nawet beatlesowskie melodie i harmonie ("Summerteeth" - moja ulubiona płyta w ich dorobku), jest niewątpliwie melancholijno-swojski wokal Jeffa, składający sie na to nieokreślone "coś" odczuwane mega-subiektywnie; m. in. dzięki niemu wychodzili z opresji na "Sky Blue Sky" z 2007 r. i w tym utworze też wyszli, mimo że żadne to arcydzieło. Na ciary nadal czekam.

4. "Bull black nova" - po co? Zastanawiam sie po co taki kawałek? Po co te sonicowe gitary? (w sensie - dorosły Sonic, czyli np. "Nurse"). To jakby nie ich brocha, a poza tym to mi w ogóle nie koresponduje z resztą materiału, od takich rzeczach są inni - lepsi. Czekam.

5. "You and I" - duet z Feist. Na pierwszy odsłuch to ładne jest, ale jak człowiek pomyśli to... kurde taka damsko-męska konwencja prostej piosenki przy ognisku na obozie harcerskim. No ładne, ładne, choć w sumie banalne. Na mrówy nie starczy. Czekam zatem.

6. "You never know" - ha! No wreszcie! Ej no serio, uśpiony zaledwie poprawnością poprzedniczek, nie oczekiwałem już nawet takiego momentu. Początek wprawdzie żadnych wyżyn nie zwiastuje, ale już na etapie 0:52, gdzie zabójczy refren z fantastycznie wtórującym chórkiem rozdzielonym pojedyńczymi dźwiekami kalwiszy tworzą niezwykle zgrabną całość - kolana mi miękną. Takie klimaty opisowi się nie poddają, bo to wchodzi przez skórę. Tego oczekuję po tym zespole. Doczekałem się, chcę więcej.

7. "Country Disappeared" - szkoda że taki kontrast, nieco przynudnawa rozwlekła kompozycja bez wyrazu. Powrót do stanu czuwania.

8. "Solitaire" - tendencja zwyżkowa, to co ładnie i delikatnie sie zaczyna, brzmi jednak zbyt szkicowo, by mogło zadowolić marudy takie jak ja. Nie zaskoczę więc nikogo, pisząc "I still havent't found what I'm kooking for".

9."I'll Fight" - no, człowiek sobie myśli, że coś naprawdę fajnego, to powtarzanie fraz, zgrabna melodia, wreszcie nuta jaka do nas trafia, ale hola! Czy ja tego już wcześniej nie słyszałem? Słyszałem, bo to taka szybsza wersja "On and on and on" - czyli powtarzamy się, czyli nadal czekam

10. "Sonny feeling" - znów typowo jak dla nich, ale też bez wyrazu (normalnie określenie "typowo dla nich" byłoby komplementem); już nawet nie bardzo wiem do czego sie przyczepić, bo każdy opis będzie równie bezbarwny jak ten kawałek.

11. "Everlasting Everything" - taki dobry utwór na podsumowanie, nieco Lennonowskie pianino i bogaty aranż. Ładne i na tle tej płyty zwraca uwagę.

I nagle sie człowiek orientuje, że nie ma już na co czekać.

Żeby nie było - trudno skasyfikować ten materiał jako jednoznacznie słaby, ale analizując to w kontekście kapeli, która w latach 90-tych wypuściła dwie najprawdziwsze perły alt. country, a w 2002 r. zdefiniowała (choć nietypowo) niepokój całego pokolenia po 11.XI, równie trudno uznać "The album" za udany, więc ocena idealnie po środku.

PS. Wiem, że ta recka strasznie nudna, ale jakoś mi to koresponduje z zawartością krążka.

czwartek, 16 lipca 2009

Marissa Nadler

Marissa Nadler - "Little Hells"
6,9/10

To absolutnie nie jest album na poranne słońce, rażące zaspane oczy śpiochów czy też na letnie wieczory przy piwie i grillu. To nie jest towarzysz wakacyjnych wypraw tudzież soundtrack do 30-stopniowego skwaru. To właściwie anty-letni krążek, za który pewnie bym się w ogóle nie zabrał, gdyby nie fakt, że Marissa przyjeżdża na offa, a do tego ostatnimi czasy ciągle padało.

Najpierw może maciupka dygresja: jestem na etapie kupowania aparatu fotograficznego, żadne tam cuda i profesjonalka - ot dobry aparat na imieniny jakiejś cioci Jadzi (czy ja mam ciocię Jadzię?) lub pierwsze urodziny chrześniaka. Taki coby dobre fotki strzelał, ale bez mojego nadmiernego wysiłku, bo ani się specjalnie nie znam, ani się specjalnie nie pasjonuję. Jasne, niech ma zoomów tysiące i martyce kilometrowe, niech świeci blaskiem luksusu na ciotczynej imprezce, a co - niech widzą. Mieliśmy już nawet taki jeden profesjonalnie wyglądający kupić, jużeśmy się podpalili zdrowo, ale jak przyszło robić foty, to jakieś takie niewyraźne w tle i zamazane. Powie ktoś: aparatem z manualnymi ustawieniami robić zdjęcia trzeba umieć - no może, ja w takim razie nie umiem i raczej mi się uczyć nie chcę, więc odstawiłem na sklepową półkę.

Z muzyką jest jakby odwrotnie, jak coś zbyt ostre, zbyt przejrzyste i kanciaste, to jest w moich uszach raczej kiszką. To co istnieje tylko na powierzchni, bez (podskórnie choćby wyczuwalnego) drugiego dna - w uszach moich wcale nie brzmi, wcale nie kręci i nie zachęca. Wolę raczej jakieś niespokojne zniekształcenie, fałszywą nutę czy niedopowiedzenie; wolę raczej mieć ciągłe przeświadczenie, że do końca nie ogarniam, niż ogarniać po jednym odsłuchu. Chyba dlatego mi ten album siada, że Marissa swoje, płynące w żółwim tempie, mroczne pieśni przyozdabia właśnie takim nieco rozmytym, niewyraźnym tłem. Nie ważne czy trzon stanowi tu jakiś klawiszowy motyw, jak w ulatującym 10 cm nad ziemią, otwierającym całość "Heart paper love", czy niemal post-punkowa rytmika w "Mary come alive" albo akustyki w prześlicznym "Ghost and lovers" - zawsze w tle jakieś nieokreślone plamy robiące mi dobrze. Sama artystka wtóruje temu wszystkiemu swym nieco nawiedzonym i majestatycznym głosem, wybijając sie wśród wokalistek zbyt często ulegającym modzie na post-bjork-infantylne-wokale. Z dostojnością i lekkim nawiedzeniem opowiada historie, w których na równych prawach funkcjonują: miłość, śmierć, duch, kochanek i cienie przeszłości. Lekkie uczucie przesytu i znużenia w pełni rekompensuje klimat, wyczuwalna duchowa więź z 4AD (nie bez przyczyny określa się jej muzykę jako gotycką), a może też kimś młodszym - na zasadzie tworu pośredniego między wczesną Cat Power, a Beach House. W każdym razie to ten typ muzyki, który się do kotleta nigdy nie nada.

Marissa jest artystką niezwykle lubianą na zachodzie, co kompletnie sie nie przekłada na nasze podwórko (jakaś tam recka na Porcys, głównie o tym że przynudza). Szlechetne to - trzeba przyznać - nudziarstwo, nawet jeśli nieco przeceniane; i nawet jeśli u niektórych faktycznie wywołuje gwałtowną potrzebę snu, to i tak trudno tym balladom odmówić smaku, co przy takiej (nieco posępnej) estetyce wcale nie było oczywiste.

Co do aparatu, to nadal szukamy czegoś co da nam zdjęcia tak dosłowne, że aż tandetne; tak ostre i kanciaste, by ciotka Maryśka (czy ja mam ciotkę Maryśkę?) piszczała z zachwytu, wydymając przy tym swoje pulchne policzki. Co do Marrisy - nadal słucham wieczorami.

środa, 8 lipca 2009

Dirty Projectors

Dirty Projectors - "Bitte Orca"
7.6/10

Słów kilka o trzecim w kolejności, najintensywniej hajpowanym albumie roku.

Kolejne recenzje najnowszego wydawnictwa Dirty Projectors, to kolejne zachwyty, ustawianie ich (ostatnio bardzo modne) w kontekście tych, przez których są lubiani (a więc David Byrne, Bjork, Phil Elvrum czy Grizzly Bear) i podkreślanie na każdym kroku eksperymentalnego charakteru tego dzieła, co najczęściej popiera się gadką o akademickiej karierze frontmana - Dave'a Longstretha.

Jest dobrze, jest może nawet najlepiej od kilku ładnych lat. Chodzi o to, że dawno już albumy tak mocno promowane przez pismaków nie przedstawiały tak wysokiego poziomu. Każdy z trzech oczywistych typów ("Merriweather Post Pavillon", "Veckatimest", "Bitte Orca") prezentuje się co najmniej bardzo przyzwoicie, a wszystkie razem świadczą jak na razie o roku 2009 wręcz rewelacyjnie. Dodać trzeba, że w dobie internetu te (nie tak znowu łatwe w odbiorze) wydawnictwa, radzą sobie świetnie także w sferze marketingu; żadna tam nisza i piwnice, raczej świetnie prosperujące kapele.

Wśród wspomnianych typów "Bitte Orca" może jawić się nawet jako twór najciekawszy. Najciekawszy w sensie muzycznej zagadki, na zasadzie domysłów "co przyniesie kolejny utwór", a nawet "co przyniesą kolejne nuty". Już otwierający "Cannibal resource" zwraca uwagę na wypolerowane brzmienia, pulsujący rytm upiększony krótkimi i nieco poszatkowanymi partiami chórków, które często są żeńskim odpowiednikiem podobnych historii na ostatnim krążku Grizzly Bear (tym tropem idą także "The Bride" i "No intention"). Dwójka - "Temecula" - przypomina klimatem "trudny pop" spod znaku solowych dokonań Archera Prewitta, ale w bardziej odjechanym, psychodellicznym wydaniu i z atonalnymi zapędami. Po dwóch odsłonach wiemy, że na tym wydawnictwie wydarzyć może się praktycznie wszystko. Znalazło się miejsce dla nowoczesnego - podbitego wyraźnym bitem - R'n'B w postaci singlowego "Stillness in the move" (video poniżej), który jest właściwie jedynym momentem spełniającym wymogi utworu promocyjnego, za sprawą nośnej melodii i kapitalnego wokalu jednej z trzech udzielających się tu wokalistek.

Faktycznie może się wydarzyć wszystko, np. akustyczny, upiększony smykami "Two Doves" czy wzbogacony już niemal "Medullowymi" chórkami "Useful chamber", w których głos wokalisty wyraźnie ciągnie w kierunku Hogarty'ego - z tym że tutaj to tylko element znacznie bardziej rozbudowanej struktury. Czasem spokojne i trochę przerysowane wokale (znowu Antony się kłania) porozdzielane są perkusyjnymi wstawkami z lat świetności Led Zeppelin (The Bride) tudzież za sprawą kapitalnych kobiecych zaśpiewów utwór przybiera nieco etniczny charakter ("Remade horizon").

To może (dla równowagi) coś na ostudzenie zapału do wystawienia niespotykanie wysokiej noty, co w oczach czytelników byłoby zapewne kolejnym dowodem na gówniarskie łykanie każdej podjarki zachodnich portali muzycznych. To co mnie trochę mierzi, to fakt, że element zaskoczenia wydaje się tu raczej celem niż środkiem. Brakuje momentów bardziej ludzkich; poza "Stillness is the move" nie ma fragmentu, w którym pomyślałbyś: "dobra, koniec główkowania - może zapomnijmy się przez chwilę". Pod tym względem dwa wspomniane wcześniej tegoroczne hajpy wygrywają na całej linii. Już nawet nie wspominam o melodiach, ale dziw, że przy takiej różnorodności praktycznie nie ma tu hooków; brak mrówek na plecach rekompensuje chłodna akademicka analiza, a mrużenie oczu z zachwytu zastępuje oczekiwanie na kolejne fajerwerki. W zasadzie też nieźle, ale ja czuję, że najlepsze mają jeszcze przed sobą.

wtorek, 30 czerwca 2009

Danger Mouse & Sparklehorse

Danger Mouse & Sparklehorse present - "Dark Night of the Soul"
8,0/10

Album, którego nie ma.

Cała jazda wokół tego albumu, zamieszanie związane z jego wydaniem, jakieś dziwne historie na linii Danger Mouse/EMI - to wszystko trochę niesmaczne; tak naprawdę poszkodowani są słuchacze, bo mają utrudniony dostęp do materiału, którego wartości nawet nie śmiałbym podważać. Panowie Brian Burton (Danger Mouse) i Mark Linkous (Sparklehorse) zaprosili do nagrań całkiem solidną gromadkę pierwszorzędnych głosów i stwotrzyli muzykę działającą na wyobraźnię do tego stopnia, że swoimi fotografiami przyozdobił je sam David Lynch. Całość w formie boxu (książka + album) miała trafić do normalnej sprzedaży; trafiła jedynie książka z pustym CD i znamiennym opisem "For legal reasons enclosed CDR contains no music. Use it as you will". Rozmowy nad wydaniem ponoć trwają, muzykę można też ściągnąć z NPR lub na milion mniej legalnych sposobów (w ten sposób internet zabija sposób funkcjonowania białych kruków, co nie zmienia faktu, że chciałbym to mieć także na półce).

Jest czego słuchać, bo zaproszeni goście nie tylko świetnie dopasowali się do klimatu tych nagrań - oni do jego tworzenia bardzo aktywnie się włączyli. To jednak zaskakujące, że pod względem doboru wokalistów nie ma tu praktycznie żadnej pomyłki. Zaskakujące, gdyż obok (niewątpliwie) czujących słodko-senne klimaty wokalistów Flaming Lips czy Grandaddy, znalazło się tu miejsce dla (uwaga) Iggiego Popa, Franka Blacka czy Juliana Casablancasa, a to już (przyznacie) nieco inne muzyczne bajki. Nie będzie wyciągania za uszy do tablicy - wszyscy spisali się świetnie, a linie wokalne na tym krążku wręcz zachwycają. Dla wymienionej trójki przygotowano może bardziej dynamiczne i hałaśliwe fragmenty, wszystko jednak składa się na zgrabną całość, a niedbały wokal frontmana Strokes nigdy mnie tak jeszcze nie urzekał jak w zamieszczonym tu "Little girl".

Materiał oscyluje wokół klimatów bliskich temu, co Linkous robi na płytach Sparklehorse. Być może z większą dbałością o szczegóły, więcej jakichś pulsów w tle, więcej orkiestrowych wstawek (kapitalny "Star eyes" z udziałem Jamesa Mercera), ale z należytym umiarem. Mimo wszystko całość delikatnie podlano lo-fi sosem; z dala od czystych i przejrzystych dźwięków, wywołując skojarzenia z (do wyboru) puszczanymi od tyłu taśmami w tle, brzmieniem analogów, muzyką słuchaną przez słuchawkę telefonu. Sam Linkous udziela się wokalnie w duecie z Niną Person w "Daddy's gone", co w niczym nie ustepuje jego pamiętnej kolaboracji z P J Harvey. W ogóle po nieco już wymęczonym "Dreamt For Light Years In the Belly of a Mountain" Mark się nam jakby odrodził, a goście i współpraca z cenionym DJem nadaje jego twórczości nowy koloryt.

Sorki, że patrzę na to dziełko z perspektywy Sparklehorse, ale to już jakby wątek osobisty i znaczenie tego zespołu dla mojej muzycznej percepcji. Tak naprawdę nie mam pojęcia jaki był szczegółowy i ilościowy wkład muzyków w każdy utwór, co jednak wyrzutów sumienia we mnie nie wzbudza. Jak już się dogadają i to po bożemu wydadzą, to możemy pogadać, póki co pozostaje jedynie słuchać, może właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodziło?

wtorek, 23 czerwca 2009

Eels

Eels - "Hombre Lobo: 12 Songs of Desire"
4.0/10

"Hombre Lobo: 12 Song of Desire" - czyli o wilkołaku, który pożądał.

Jeśli interesowałeś się muzyką w latach 1996-98, mogłeś słyszeć o Eels z rekomendacji Pana Kszczotka w "Tylko Rocku"; jeśli interesowałeś się w roku 2001, mogła ci się udzielić podjarka Pana Kostrzewy związana z albumem "Souljacker"; jeśli z kolei dźwięki zwracały twoją uwagę dopiero w latach dominacji internetu jako medium, z pewnością udzielił ci się hype dwupłytowego kolosa - "Blinking Lights and Other Revelations".

Załapałem się na Eels w pierwszym okresie - "Beautiful Freak" i "Electric-Shock-Blues" mają stałe miejsce na mojej półce z płytami; może w tej chwili bardziej na zasadzie dokumentacji mojego słuchania i sentymentu, niż przeświadczenia o jakiejś wyjątkowości, ale też uroku im odmówić nie sposób. Wtedy postrzegano zespół (a właściwie frontmana) w kontekście twórczości Becka, dziś - z perspektywy czasu i zasług - porównania kapeli do kolesia, który przybliżył lo-fi masom, wydają się trochę nie na miejscu.

Mark Everett konsekwentnie budował swój repertuar na własnej biografii. Nie były to wesołe sprawy, jakieś samobójstwo siostry, jakiś rak matki, relacje z ojcem i takie historie. Innymi słowy - połowę sukcesu na drodze do kultowości zapewniało mu własne życie i umiejętność dzielenia się nim ze słuchaczami. Mówił o tym wszystkim dosadnie i prosto, czasem niby przewrotnie, ale zawsze z ukrytym gdzieś na drugim planie dramacikiem. "Dramacikiem" - właśnie, to co jest przekleństwem tego gościa, to fakt że nie jest on muzykiem, a "muzyczkiem", jego utwory to "utworki", jego językowe wypociny to nie teksty, a "tekściki". Tak, to co na dwóch/trzech płytach można jeszcze określać mianem "proste, ale szczere" i przedstawić jako pozytyw, na albumie dziewiątym jest już tylko irytującym grafomaństwem. E operuje zdolnością opisywania świata na poziomie rozgarniętego 10-latka i niestety nic tu nie pomagają tłumaczenia, że to pierwszy album, na którym nie śpiewa o sobie; na nic opowieści o koncept-albumie, przedstawiającym sposoby, jakimi ktoś totalnie wyalienowany ("Homre Lobo - po hiszpańsku "wilkołak") chce zdobyć obiekt pożądania. To tylko przykrywka, pod którą kryją się grane w kółko od ładnych paru lat, te same trzy utwory na krzyż, te same motywy, ta sama prostota i te same (irytujące już mocno) smutki.

To właściewie zbiór autoplagiatów i każdy z tych kawałków ma po kilka odpowiedników na innych albumach Eels. Brzmi to jak zbitka cytatów, co by jeszcze nie było takie złe, gdyby nie fakt, że E cytuje tylko siebie samego. Jest może dynamiczniej, ale też nie tak, by to kogoś zaskakiwało; jest brudniejsze i surowsze brzmienie zakorzenione gdzieś w bluesie i bluesowych początkach rocka, ale to też już było (chociażby na "Shootenanny"). Brak tu polotu, choćby namiastki świeżości i jakości, jaką jeszcze dałoby się wykroić z połowy materiału "Blinking Lights..." Nie pomogła broda, która ponoć była natchnieniem dla tych piosenek (w sensie - symbol wyobcowania), nie tym razem Mark, nie w ten sposób chłopie.

Jak długo jeszcze można szafować słowem "szczerość", w celu ukrycia postępującego z czasem braku kreatywności, powtarzania się, infantylizmu i nadmiernej prostoty? To pytanie do recenzentów tego albumu, którzy napiszą że E nagrał kolejny piękny zbiór piosenek.

P.S. Za to koncert w Polsce bym w końcu zobaczył, bo podobno nieźle wymiatają. W ogóle Everetta trudno nie lubić, więc mu ten album (jak kilka innych) wspaniałomyślnie wybaczam.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Grizzly Bear

Grizzly Bear - "Veckatimest"
9,2/10

Warto nie zasypiać przy "Veckatimest"

Zasypiałem przy "Veckatimest" wiele razy. Zasypiałem przy "Veckatimest" gdy udręczony pracą chciałem sobie umilić chłodne wiosenne wieczory; zasypiałem przy "Veckatimest" w senne niedzielne poobiednie popołudnia i w sobotni deszczowy poranek. Zasypiałem przy "Veckatimest" po winie, zasypiałem po piwie i wódce. Zasypiałem na materacu, na leżaku, w fotelu i w wannie. Zasypiałem ze śliczną dziewczyną u boku, zasypiałem w samotności (tu fajnie by było wtrącić coś o wylegiwaniu się na kanapie z moimi dwoma słodkimi zidiociałymi sukami, ale obie staruszki odeszły do krainy cieni - niech spoczywają w pokoju). Jednym słowem zasypiałem przy "Veckatimest" już wszędzie i o każdej porze, lecz niech nikogo nie zmyli to moje zasypianie; przyczyną wcale nie była nuda i beznadzieja bijąca z dziełka Amerykanów, przeciwnie - przyczyną była indolencja mojego zmęczonego umysłu niezdolnego ogarnąć ogromu muzycznych wrażeń. Zadziałał swoisty mechanizm obronny: nie ogarniasz? uciekaj! Wniosek z tego przydługiego wstępu banalny - jeśli zabierasz się za ten album, musisz być wyspany.

Jest rzeczą wprost nieprawdopodobną jaki dystans dzieli ich kolejne albumy. Już "Yellow House" był w stosunku do minimalistycznego lo-fi debiutu sporym postępem. Przyjęty entuzjastycznie był w istocie zaledwie czymś pośrednim między niewyraźnym "Horn of Plenty", a wypieszczonym do granic, błyszczącym barokowym blaskiem, strukturalnie finezyjnym folkiem "Veckatimest". Przerażający jest perfekcjonizm każdego dźwięku na tym krążku, to budowanie z poszczególnych elementów wysmakowanych struktur, dopasowanie każdej najmniejszej cząstki i ich wzajemne korelacje. Te wokalne harmonie czasem brzmiące jak natchnione, niemal kościelne zaśpiewy, czasem przywołujące na myśl śliczne wokale Beta Band, no i (porównanie tak wyświechtane i banalne, że aż nieprzyzwoite) często inspirowane Beach Boysami, czego zresztą muzycy specjalnie nie ukrywają. Przy czym, mimo opasłej formy, udaje się zespołowi sprytnie unikać nadęcia i zbędnego patosu, nie ma co - bije z tego po oczach światło (zresztą nawet dosłownie - obejrzyjcie video do "Two Weeks"), a zwroty akcji (niby płynne, łagodne, a jednak zaskakujące) nie pozwalają na emocjonalne skrajności. Najlepiej obrazują to słowa Edwarda Droste na temat "All we ask" (źródło: "Drowned in sound"): "I, for some reason, decided to flip it around, do it on guitar and make the whole chord progressionmuch happier, removing most of the minorchords".

Niektóre z tych kawałków (przepraszam: utworów) dojrzewały latami, w tym czasie projektowano je (to dobre określenie, bo to misterne konstrukcje), zmieniano koncepcje, dopieszczano brzmienie, wzbogacano doświadczeniami z artystycznego życia (trasa z Radiohead), burzono i tworzono na nowo - i to wszystko słychać. W takich przypadkach łatwo przedobrzyć, ale im udało się skończyć w momencie apogeum twórczych możliwości; misternie tkany plan sie ziścił, powstało dzieło kompletne.

Sorki za podniosły ton, ale to drugi album w tym roku, który mną dosłownie wstrząsnął. W ogóle czas sobie uświadomić kim dla współczesnej sceny (indie-folkowej??? yyy, właściwie jakiej do cholery???) są ci kolesie. Dwa kapitalne albumy Grizzly Bear w trzy lata ("Horn of Plenty" nie liczę - debiut jak debiut, bonusowy krążek z remiksami lepszy) i oba spokojnie wskakują do 100, a może 50 dekady. Do tego Department of Eagles, współpraca z Beach House czy Dirty Projectors. Co to ma być? Jakieś pieprzone automaty?

Nie, nie zasypiajcie przy "Veckatimest", nafaszerujcie się ciężkostrawnymi świństwami na noc, zróbcie sobie kawę - siekierę, otwórzcie okno na oścież, weźcie jakieś tabletki czy coś, broń Boże nie zasypiajcie!

środa, 3 czerwca 2009

Casiotone For The Painfully Alone

Casiotone For The Painfully Alone - "Vs. Children"
7,5/10


Posiadanie brody zaczyna powoli określać artystyczny byt - pokaż mi swoją brodę, a powiem Ci ile smutku w twej muzyce.

Występ Casiotone For The Painfully Alone - jednoosobowego projektu Owena Ashwortha - będziemy mieli okazję obejrzeć podczas tegorocznej edycji Off Festivalu, ale to nie jedyny powód, dla którego warto poświęcić artyście tych kilka wymęczonych zdań. Przede wszystkim brodacz nagrał coś co nazwał "Vs. Children" i co mi troszkę krzyżuje blogowe plany, bo miało być o tym, że nowa P. J. Harvey nie daje rady albo o tym, jak u nas olewa się dorobek Harry'ego Nilssona, no ale dobra...

Zabawki jakich zwykł używać Owen do tej pory i jakie składały się na bardziej syntezatorowe (no Casio przecież!), mechaniczne brzmienie, pełne sampli, loopów i tym podobnych wynalazków, postanowił tym razem przyozdobić czymś cieplejszym - stąd pianino, akustyki czy melotron. Daje to efekt takiego nieco surowszego Sparklehorse i czegoś równie minimalnego co topornego (choć w tym przypadku to określenie wcale nie jest pejoratywne). Większość tych utworów można skwitować określeniem "miniaturki", co się tyczy zarówno długości, jak i nieskomplikowanych struktur, a więc trzymania się jednego motywu, na którym te cudeńka jadą.

No właśnie - cudeńka. Operując prostą melancholijno-dostojną barwą, gdzieś na granicy Callahan/Wagner (Kurt - żeby nie było wątpliwości) i niezwykłą zdolnością eksponowania najróżniejszych odcieni zadumy, tworzy muzyk osobliwy (zaledwie 30-minutowy) zestaw, będący świadectwem ponadprzeciętnych umiejętności władania umysłem słuchacza. Niezwykle ważny aspekt stanowią teksty - tu wszystko rozgrywa się już na poziomie frazy czy nawet pojedynczych słów. Począwszy od przywołania legendy Bonnie & Clyde, snuje podmiot nieco tajemnicze, choć sugestywne i mroczne historie. Ciekawe jak np. w takim "Killers" Ashworth rozpatruje kwestie potencjalnego macierzyństwa/ojcostwa i jego konsekwencji. Jest niby przewrotnie, bo w kontekście antykoncepcji padają słowa "We could be killers just for one night" (co jest oczywistą trawestacją "Heroes" - Bowiego), ale uwierzcie, że nikomu tu do śmiechu, szczególnie gdy obok padają wyznania w stylu: "Til you are dead/thats how long you are parent".

To raczej nie jest album do nieustannego katowania, nie ma potrzeby. To album na okazje szczególne; to jest w zasadzie album na takie chwile, w których masz ochotę zaszyć się w ciemnej komórce, by masturbować się swoim własnym smutkiem. Niby emocjonalny masochizm, ale zdarza się każdemu. A rano i tak zaświeci słońce i wtedy można śmiało zgolić brodę.

czwartek, 28 maja 2009

Camera Obscura

Camera Obscura - "My Moudlin Career"
7,8/10


"Ładna ta płyta, ale wszystkie piosenki takie same"
(Kasia - żona ma przyszła)

Camera Obscura - szkocka kapela przez wielu spisana na straty jako gorsza wersja Belle & Sebastian (zresztą Murdoch ich nawet produkcyjnie wspierał), a od wydanego w 2006 r. "Let's Go Out of This Country" przedstawiana jako drużyna ekspertów od ładnych piosenek opartych na Spectorowskiej ścianie dźwięku, co wredni krytycy mogliby równie dobrze drwiącym uśmieszkiem skwitować, ale jakoś nikt nie chce.

Może sobie dziś szanowny słuchacz pomrukiwać, że to co w latach 60-tych było krokiem milowym w dziedzinie aranżacji, dziś jest przecież oczywistością. Te wszystkie gęste, uginające się od ciężaru nakładanych ścieżek piosenki, te akustyki, orkiestracje, smyki i dęciaki, to już jakby mocno nieświeże. Fakt - mocno nieświeżo brzmi ta muzyka, ale o dziwo Szkoci potrafią zrobić z tego zaduchu atut. "My Moudlin Career" otula słuchacza nieco filmowym czy wręcz festiwalowym klimatem ze sporą dawką lukru, lecz z istotnym założeniem, że "oni tak specjalnie" i przede wszystkim z prześlicznymi melodiami. Aranżacja - słowo klucz dla tych nagrań, bo atmosfera przepychu w tym przypadku powala. Także wokal Tracy Campbell bardzo retro, przy czym równie miękki i ciepły co gorzki - większość zamieszczonych tu historii opowiada o stosunkach damsko-męskich z perspektywy "kobiety zawiedzionej". Wokal, który z jakichś powodów kojarzy mi się z głosem Neko Case.

Uwaga Kasi nie bezzasadna - to nie jest muzyka którą rozpatruje się w kategoriach rozrywki czy mocnych wrażeń, a raczej nastroju i detali. Te nagrania - wbrew pozorom - wymagają kilku bardzo uważnych podejść, ale opłaca się, bo po wszystkim trudno je z pamięci przegonić. Łatka brzydszego rodzeństwa B&S odkleja sie w tempie niemiłosiernym, a brzmieniowy wypas i niedzisiejsza wrażliwość w połączeniu z "tymi" melodiami, składają się na ich własny kawałek tortu. Zresztą mniej tu takiego inteligenckiego wydźwięku, jaki charakteryzuje ich starszych kolegów, mniej aluzji do filmu czy literatury, a więcej ukierunkowania na emocje (odczucie pewnie bardzo subiektywne). Zresztą oni też potrafią być uroczo intertekstualni, choćby przez nawiązanie do Paula Simona:

On the bus radio "Fifty ways to leave your lover alone"
I laughed at the irony
But life is stupid, the irony all lost on me
I got lost on me

No i w ogóle coś mi świta, że w kategorii "piosenka", to Camera Obscura w tym roku rządzi.

wtorek, 19 maja 2009

Conor Oberst And Mystic Valley Band

Conor Oberst And Mystic Valley Band - "Outer South"
5.9/10


"Dzienniki Meksykańskie cz. II"

Dziwna sprawa z Oberstem. Nigdy mi do końca jego pomysł na muzykę (a raczej śpiew) nie podchodził, ale raz za czas - w miarę regularnie i z wyraźną podjarką - sięgam po nowe wydawnictwa, w jakich się udziela; co mnie w efekcie umacnia w przekonaniu, że... nigdy mi jego pomysł na muzykę (a raczej śpiew) nie podchodził.

Dobrał sobie podczas meksykańskich wojaży całkiem zgrabną i sprawną drużynę o zerowym poziomie "spinki", więc i on sam jakby mniej nerwowy. To ortodoksyjnych fanów pewnie zasmuci, mnie zaś cieszy niezmiernie, bo w końcu poziom irytacji we mnie znośny. Z tym młodzieńcem (no może już nie do końca) trochę jak z Antonym, albo manierę łapiesz albo się krzywisz z niesmakiem; tzn. tak go widziałem do teraz, bo naprawdę sie nam chłopak wyrobił. Zresztą Oberst skomponował jedynie połowę materiału "Outer South" i w niej się wokalnie udziela, co dodatkowo łagodzi emocjonalny ładunek tych nagrań.

Jeśli chodzi o same dźwięki, to do historii muzyki soft - rock - folk - country, wkład ten album wnosi żaden, co niekoniecznie go dyskwalifikuje - się rozumie, że chcąc słuchać tylko tego co świeże i oryginalne, na starcie skreślilibyśmy 99 % muzyki rozrywkowej, więc spoko loko i wrzucamy na luz. Wprawdzie już po wydaniu nieszczęsnej "Cassadagi" marzenia o nowym Dylanie można było sobie w głębokie zakamarki najbardziej niedostępnych miejsc wsadzić, lecz nie zmienia to faktu, że "Outer South" o swoistym wyrobieniu i dojrzałości świadczy. Jest dźwiękowy rozmach, bogactwo, ale też klawiszowa miękkość i aranżacyjna perfekcja, co się razem na zapatrzenie w lata 70-te składa.

Oczami duszy widzę gorycz zawiedzionych:

- "Conor grzeczniejszy, głos jakby mniej drżący, a dźwięki dojrzalsze. Gubi przez to coś, co go wyróżniało na tle setek wokalistów. Szczerość, pasja, egzaltacja, a nawet pretensjonalność - jeśli w tym chłopak nie przesadza, to jakby już nie on był, jakby kto inny. "

Ja na to:

- Może mniej w tym gówniarskich emocji, ale zauważcie dzieci, że teraz jego głos podporządkowany piosence, a nie piosenka głosowi. Nieznośna maniera nieco utemperowana staje się manierą już tylko charakterystyczną i frapującą, a kawałki skomponowane przez niego na "Outher South" do najlepszych tu należą. Więc w czym problem? Dorastamy dzieci kochane, dorastamy.

Problem z tym albumem mam następujący: będąc wreszcie w takim punkcie swojej artystycznej drogi, jaki bez zastrzeżeń i z pełną przyjemnością łykam, facet wydaje krążek, którego jest zaledwie współautorem. Nie żebym miał coś do współtowarzyszy artystycznej niedoli, ale brak członkom Mystic Valley Band czegoś na tyle charakterystycznego, by się tym jakoś szczególnie podniecać. Nie wychodzą chłopaki poza estetykę dojrzałego Dylana/późnego Mike'a Scotta i mimo całej sympatii oddać trzeba, że bez lidera ich wartość spada dramatycznie.

Zostaje kilka bardzo przyjemnych kawałków i jeden dosłownie masakrujący świadomość każdego, kto posiada choćby ślad jakichkolwiek ludzkich odruchów - delikatny "White Shoes". Pojedyncze dźwięki strun, drżący głos Obersta, klimatyczny pogłos, piękny tekst, rozbrajająca melodia i dawkowanie emocji w końcówkach zwrotek. Chlip (ej no!), chlip (no daj spokój pszemo!!!!), smark, chlip (weź się stary ogarnij - boszzz, jaka siara przed kumplami), chlip...

środa, 13 maja 2009

Animal Collective

Animal Collective - "Merriweather Post Pavillon" 9,6/10

Tej recenzji nie było.

Tej recenzji nie było, zapomnijcie o niej. Ta płyta, jak żadna inna w bieżącym roku, jakimkolwiek omówieniom się nie poddaje. Przy próbie opisu "Merriweather Post Pavillon" poległo już wielu - nie mam ochoty być następnym w kolejności.

Nie jestem profesjonalistą, nie znam się na nutkach, nie ogarniam wszystkich tych maszynek do generowania dźwięków, zasad działania konsolet z dziwnymi pokrętłami; nie znam historii wszystkich przewijających się tu wpływów, nie czaję wszystkich trudnych pojęć, jakimi mądrale zazwyczaj określają dźwięki Animal Collective. Nie chcę być też przesadnie oryginalny, nie będę próbował zestawiać tego z jakimiś muzycznymi zjawiskami kompletnie z dupy, nie potrafię - wymiękam.

Nie wiem jak się to określa, kiedy nakłada się dana liczba ścieżek, a rytmy funkcjonują równolegle, prostokątnie czy koliście, tworząc całość, przy której po raz pierwszy w historii tej kapeli tańczę (ale nie chcielibyście na to patrzeć, uwierzcie). Nie chcę się też powtarzać, bo przecież mógłbym wspomnieć o przerabianiu wokalnych sztuczek lat 60-tych na nową modłę, zakwaszeniu całości albo o rytmach plemiennych. O tych rzeczach pisze się standardowo przy okazji wydania każdego nowego dzieła kolektywu, a przecież one wszystkie tak bardzo się różnią. Wydaje się, że średnio uzdolniony pismak jest w stanie bez problemu stworzyć tekst uniwersalny na temat tej muzyki, recenzję - matkę, którą z grubsza opisze każdą ich płytę zamieniając jedynie tytuły. To wcale nie świadczy o magii języka, a raczej o tym jak nie daje rady w zetknięciu ze "zjawiskami", bo ten zespół jest zjawiskiem, a dobiegająca końca dekada jest ich dekadą.

Poznałem Animal Collective w 2005 r., przy okazji wydania "Feels", który to album aż do teraz pozostawał moim ulubionym w ich dyskografii. Pewnie trochę z sentymentu i siły "pierwszego rażenia", ale też z racji nieprzeciętnego jak na nich ładunku "normalności". Nie żeby były tam konwencjonalne piosenki, ale ktoś kto (jak ja) miał np. obcykaną wczesną dyskografię Mercury Rev, bez problemu mógł to załapać (nie wyobrażam sobie poznawania ich muzy od "Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished", choć to rzecz wielka. Po prostu nie byłbym gotowy, wiem o tym). "Merriweather Post Pavillon" zostawia w tyle i "Feels" i (jednak!) "Spirit...". Mniej szorstki od "Starawberry Jam" i zdecydowanie najspójniejszy w dotychczasowej dyskografii. Tradycyjnie już (jak każdy ich album od czasu "Sung Tongs") został w chwili wydania okrzyknięty najbardziej przyswajalnym dokonaniem Amerykanów. Czy to prawda? A czy to ważne?

Ta recenzja nic ciekawego Wam nie powie, bo właściwie nie jest recenzją. Ten pożałowania godny tekst, to bardziej dezinformacja niż konkret. Kilkadziesiąt linijek o niczym, pseudoekspercka nowomowa, która kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym się zaczęła. Jeśli jednak dotarłeś aż tutaj - gratuluję; jesteś wyjątkowo wytrwałym i odważnym człowiekiem, jesteś moim małym prywatnym blogowym superbohaterem. Jednym słowem - jesteś już gotowy na Animal Collective.

środa, 6 maja 2009

Cymbals Eat Guitars

Cymbals Eat Guitars - "Why There Are Mountains"
5,6/10


Od coverowania wczesnych nagrań Weezer, przez współpracę z gościem odpowiedzialnym za ostatni album Modest Mouse, aż po prestiżową miejscówkę w "best new music" Pitchforka - tak mniej więcej wygląda dotychczasowa kariera nowojorczyków.

Jeśli na serio myślę o kimś, że jest artystą niezależnym, to raczej nie w tym rzecz czy jest sprzedajną dziwką, pławiącą się w mamonie wielkich wytwórni, czy może nagrywa dla kumpli w śmierdzącej i ciemnej piwnicy (takie wartościowanie jest już dawno nieaktualne, darujmy sobie, naprawdę). Jeśli mówię o "niezależności", mam na myśli przede wszystkim jej sens czysto artystyczny, coś co sprawia, że słuchając wykonawcy wyczuwasz inwencję otwartego umysłu, wnoszenie czegoś absolutnie swojego. Schematy? Trendy? Zarżnięte i ograne do granic wytrzymałości patenty? Konwencje i pozy? Artysta niezależny korzysta z nich (owszem, no bo jak nie korzystać?), ale naznacza tą twórczość swoją osobowością tak silnie, że słuchaczowi otwierają się w mózgu kolejne klapki. W tym sensie Prince był (jest?) tworem równie wartościowym co Velvet Undergroud czy Pixies, z kolei rzesze nowych rockowych kapel mają z artystycznym buntem wspólnego tyle co nic. Czas zdewaluował stereotypy rządzące powszechnym odbiorem muzyki wszelakiej (ojjjjjj, wkradł się banał).

Cymbals Eat Guitars są niezależni niestety jedynie w tym "piwnicznym" znaczeniu. No faktycznie trochę syndrom kopciuszka (częste to ostatnio), którego próbuje się (pewnie z powodzeniem) przedstawiać światu jako objawienie. Niestety - paradoksalnie - o wątpliwościach co do ich twórczości zadecydowało to, co miało dać im tą pozorną "niezależność". Wyciągnięci z nory przez producenta ostatniego krążka Modest Mouse (Kyle "Slick" Johnson), całkowicie łyknęli estetykę bossowskiego indie lat 90-tych, żerując na nieustającym sentymencie krytyków do gitarowych arcydzieł w klimatach "There's Nothing Wrong With Love".

Kolejny paradoks - "Why There Are Mountains" brzmi świetnie, ale jest to taka świetność, w której nie ma ani odrobiny zapowiedzi własnego stylu, raczej czerpanie z uznanych, choć dziś już dość zatęchłych źródeł (kiedyś wręcz wzorcowych dowodów na otwartość umysłu). Miotają się więc między gitarowymi i perkusyjnymi zagrywkami, w których często wypadają jak cover band Modest Mouse (tam gdzie brzmienie bardziej się rozrzedza) albo ulegają wyraźnym wpływom Built To Spill (tam gdzie brzmienie się zagęszcza), czasem epatując luzackim podejściem do tematu w klimacie Pavement i rażąc barwą wokalu, który bywa skrzyżowaniem Brocka z Martchem. Owszem, można sie doszukiwać jakiegoś echa pseudo-folku z dęciakami trochę w klimatach dynamiczniejszych kawałków Bright Eyes ("Indiana") albo pokłosia shoegaze'u w "Share", ale w sumie nie trzeba, bo lata 90-te definiują ten krążek w dostateczny sposób.

Bardzo ambiwalentne uczucia towarzyszą słuchaniu tych nagrań, bo panowie mają dobry warsztat kompozytorski, tylko że jakby nie do końca własny. Najlepiej definiuje to "Cold spring" - najpierw się zachwycasz, a potem sobie zdajesz sprawę, że to jedynie perfidny plagiat. Głupia sprawa.