
sobota, 24 kwietnia 2010
The Tallest Man On Earth

poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Joanna Newsom
Joanna Newsom - "Have One On Me"czwartek, 25 lutego 2010
Tindersticks

niedziela, 14 lutego 2010
Beach House
Beach House - "Teen Dream"sobota, 30 stycznia 2010
Field Music
Field Music - "(Measure)"
"We wanted to redefine the double album as something very varied. We thought about how to break through the restrictions of an album, and we decided the best way to do it was to make a massive record. The others have had a coherence, the preoccupations you get from writing songs very close together, but making this one, we just felt a bit more free, and I think you can tell that."*
"Measure", taa... Rasowe recenzje tego krążka zawierają szereg odniesień do znaczenia i roli albumów dwupłytowych dla muzyki popularnej. Od eksperymentalnego oblicza Białego Albumu, przez dokonania Floydów czy Fleetwood Mac. Z racji dźwięków, w jakich specjalizują się bracia Brewis, na myśl przychodzi też "English Settlement" XTC, no ale skojarzenia z songwritingiem Partridge'a i Mouldinga są w moim przypadku tymi najbardziej rzucającymi się w uszy przy słuchaniu każdego z trzech dotychczasowych dokonań Field Music (o projektach pobocznych nie mówiąc), więc chluby mi to raczej nie przynosi.
Ok, chciałbym widzieć Petera i Davida jako następców swych wielkich protoplastów. Gdzieś między Lennonem/McCartneyem, braćmi Davis, Diffordem/Tillbrokiem czy wspomnianym już duetem kompozytorskim XTC. Umieściłbym ich w konkretnej przegródce i bym się ze spokojem ducha rozkoszował łechcącym ego zadowoleniem z własnego osłuchania. Nic z tych rzeczy.
Problem z Field Music - oni się kompletnie nie łapią na akapit w podręczniku "British music for beginners". Już sam sposób bycia i przerażająca zwyczajność, skazuje ich na muzyczny margines. Brakuje im mentalności gwiazd podlizujących się wiernym fanom. Zresztą sami to świetnie czują, choćby przez porównanie z innymi przedstawicielami muzycznej sceny Zjednoczonego Królestwa: "They've got a lot of expectations to deal with, a lot of admiration. They're close friends, there's no envy there. We've been to see both bands and it's fascinating to see the interaction they have with their audience. It's very different to anything we've ever had. We have very personal lyrics - a lot of them of them are about misunderstandings and... I don't know, very personal things, and I think itwould feel wrong having my lyrics shouted back at me."*
Ale inność Field Music, to głównie sfera muzyki, ta ich "nieprzyswajalność", bo nie są w stanie tworzyć piosenek, które porywają masy, chociaż każdy utwór składa się z elementów wymienianych w definicjach wzorca dobrej brytyjskiej piosenki pop (wiecie o jakim popie myślę?). Czerpią garściami od najlepszych, choćby przez zapodawanie ciekawych mostków, to znowu przytłaczają aranżem żywcem wyciągniętym ze "Skylarking" (tytułowy "Measure"), serwują spiętrzone chórki w "All you'd ever need to say" albo poprzez klawiszowe plamy i delay, wprowadzają nieco oniryczny klimat w "Lights up".
Pozycja nie tyle efektowna co wymagająca. Zaproszenie słuchacza do 100% zaangażowania w zbiór tych 20 nieoczywistych, precyzyjnych, misternie skonstruowanych piosenek; w badanie zależności między poszczególnymi elementami struktur i szukanie kolejnych tropów. Nie chcę pisać "rzecz dla wybrańców", ale do tego się to pewnie w praktyce sprowadzi. Ubiegłoroczny sukces Grizzly Bear każe się jednak wstrzymywać z radykalnymi prognozami, a czas działa na korzyść Brytyjczyków, bo to krążek na długie miesiące. Póki co - znakomite otwarcie roku.
(* - cytaty z wywiadu dla musicOMH)
czwartek, 17 grudnia 2009
Real Estate

sobota, 5 grudnia 2009
The Antlers
The Antlers - "Hospice"wtorek, 1 grudnia 2009
Flaming Lips
Flaming Lips - "Embryonic"(ocena? jaka ocena?)
Nie żeby to tu miało być jakieś mega niekonwencjonalne czy coś, ale klasycznych opisów poszczególnych tracków tu nie znajdziesz, namecheckingu też jak na lekarstwo. Kurna, odbiera się ten album trochę na innych zasadach. Znaczy się nie chciałbym pojechać jakimś tam strasznie emocjonalnym i wylewnym tekstem (tu taki przymiotnik o emocjach miał być, ale zapomniałem go, zapominam go regularnie), bo w tym przypadku się nie da. Jestem pełen empatii dla Łukasza Błaszyka, który się na tym sparzył. Oberwało się niezłemu komentatorowi albumów wszelakich (niedowiarków odsyłam do źródeł), ale się jednak oberwało, bo podszedł do tematu emocjonalnie na maxa, a tego robić nie wolno. Sam zresztą, gdyby nie ten tekst i potem na niego reakcja, bym może coś w tych klimatach popełnił (i wystawił jakieś 9.5/10 – a co?), ale hola hola, "w kupę w wdepniesz chłopcze – ucz się na błędach innych”. Oczywiście raczej bym tak obszernie i elokwentnie nie potrafił, charakter mojego tekstu w żadnej mierze z rozmachem tamtej rozprawy równać się nie mógł, ale to tylko blog, więc mógłby to być tekst bombastyczny przynajmniej w kategoriach blogowych.
Tekst Błaszczyka można było zanegować w sposób różnoraki, nawet najbardziej prymitywny. Z tym że taki sposób krytyki zdradliwy jest, bo podatny na krytykę równie złośliwą. Tekst Błaszczyka Łukasza nie obroni się bez kontekstu, więc w kategoriach literackich atakować łatwo - papier przyjmie wszystko. Ale już zawartość „Embryonic”, czy nawet całokształt twórczości Flaming Lips, taki tekst uzasadnia w pełni. W związku z powyższym mam obraz Błaszczyka Łukasza piszącego recenzję opasłą, gdy ciemną nocą z głośników płyną dźwięki „Embryonic”. No i sorki (bez ironii to piszę) Błaszczyku Łukaszu, choć cię w życiu na oczy nie widziałem, to sympatię czuję, bo jakbym miał w uniesieniu popartym dźwiękami „tu i teraz” recenzję „Embryonic” napisać, to właśnie taką bym chciał.
Ale już nie chcę. Czemu? Musiałbym wejść w analizę „świata według Coyne’a” czego unikam, bo przez wieloznaczność tegoż, trudne to raczej. Może dlatego, że będąc po „The Soft Bulletin” porównywanymi do Radiohead (muzycznie też gdzieś tam, ale głównie w kategoriach „doniosłości” ), byli Flaming Lips w istocie ich zaprzeczeniem. Wśród tych kreujących się na (chyba) poważny band, zdają się być (chyba) nieprzeciętnie zdystansowani do własnych wyczynów. Muzyczna materia, w jaką ubierają „śmiertelnie banalne” teksty, pozostawia ogłupiałego słuchacza w dość niekomfortowej sytuacji. To jak? Oni na serio czy dla jaj? To jakieś postmodernistyczne wyciąganie „śmieszności powagi” na powierzchnię czy może naprawdę myślą że przekazują życiowe prawdy? Puszczanie oka? A może kurna odpowiednik literackiego „Alchemika” - udawanie czegoś wielkiego przez takie nic i nabieranie na to ludzi. Banalne mądrości są najlepsze, bo wszyscy je kumają i myślą, że też są mądrzy, prawda? Że są wybrańcami, prawda? Ale jak się ta elita definiuje poprzez tysiące sprzedanych egzemplarzy, to już raczej dupa nie żadna elita, prawda? A jak w tle muzyka inna niż wszystko na około, to dochodzi wiarygodność, prawda? Mam się wzruszać? (bo mnie to wzrusza autentycznie), czy może myśleć, że to jest naprawdę cool przez swoją ironię, dystans i drugie dno? (bo jak słucham, to myślę, że cool).
A muzycznie? Czy to może być równie fascynujące jak poznawanie wielkiej trójki Can, czy może wielki zgryw, a chłopaki siedzą przed kompem i nabijają się z tych wszystkich poważnych słów o nawiązaniach do awangard różnorakich? Kto mi w erze internetowej równości słuchacza z recenzentem powie co mam myśleć? I gdzie do cholery zniknął Kuba Radkowski? I kim do kurwy nędzy jest Filip Szałasek?
Wielkie eklektyczne dzieło czy wielki kicz? Bez względu na to, za którą opcją się opowiadasz – przegrywasz. Taki to album. Tacy to kolesie. Więc zamilcz i słuchaj.
wtorek, 17 listopada 2009
Pear Jam
Pearl Jam - "Backspacer"poniedziałek, 20 lipca 2009
Wilco
czwartek, 16 lipca 2009
Marissa Nadler
środa, 8 lipca 2009
Dirty Projectors
Dirty Projectors - "Bitte Orca" 7.6/10
Faktycznie może się wydarzyć wszystko, np. akustyczny, upiększony smykami "Two Doves" czy wzbogacony już niemal "Medullowymi" chórkami "Useful chamber", w których głos wokalisty wyraźnie ciągnie w kierunku Hogarty'ego - z tym że tutaj to tylko element znacznie bardziej rozbudowanej struktury. Czasem spokojne i trochę przerysowane wokale (znowu Antony się kłania) porozdzielane są perkusyjnymi wstawkami z lat świetności Led Zeppelin (The Bride) tudzież za sprawą kapitalnych kobiecych zaśpiewów utwór przybiera nieco etniczny charakter ("Remade horizon").
To może (dla równowagi) coś na ostudzenie zapału do wystawienia niespotykanie wysokiej noty, co w oczach czytelników byłoby zapewne kolejnym dowodem na gówniarskie łykanie każdej podjarki zachodnich portali muzycznych. To co mnie trochę mierzi, to fakt, że element zaskoczenia wydaje się tu raczej celem niż środkiem. Brakuje momentów bardziej ludzkich; poza "Stillness is the move" nie ma fragmentu, w którym pomyślałbyś: "dobra, koniec główkowania - może zapomnijmy się przez chwilę". Pod tym względem dwa wspomniane wcześniej tegoroczne hajpy wygrywają na całej linii. Już nawet nie wspominam o melodiach, ale dziw, że przy takiej różnorodności praktycznie nie ma tu hooków; brak mrówek na plecach rekompensuje chłodna akademicka analiza, a mrużenie oczu z zachwytu zastępuje oczekiwanie na kolejne fajerwerki. W zasadzie też nieźle, ale ja czuję, że najlepsze mają jeszcze przed sobą.
wtorek, 30 czerwca 2009
Danger Mouse & Sparklehorse
Danger Mouse & Sparklehorse present - "Dark Night of the Soul"Jest czego słuchać, bo zaproszeni goście nie tylko świetnie dopasowali się do klimatu tych nagrań - oni do jego tworzenia bardzo aktywnie się włączyli. To jednak zaskakujące, że pod względem doboru wokalistów nie ma tu praktycznie żadnej pomyłki. Zaskakujące, gdyż obok (niewątpliwie) czujących słodko-senne klimaty wokalistów Flaming Lips czy Grandaddy, znalazło się tu miejsce dla (uwaga) Iggiego Popa, Franka Blacka czy Juliana Casablancasa, a to już (przyznacie) nieco inne muzyczne bajki. Nie będzie wyciągania za uszy do tablicy - wszyscy spisali się świetnie, a linie wokalne na tym krążku wręcz zachwycają. Dla wymienionej trójki przygotowano może bardziej dynamiczne i hałaśliwe fragmenty, wszystko jednak składa się na zgrabną całość, a niedbały wokal frontmana Strokes nigdy mnie tak jeszcze nie urzekał jak w zamieszczonym tu "Little girl".
Materiał oscyluje wokół klimatów bliskich temu, co Linkous robi na płytach Sparklehorse. Być może z większą dbałością o szczegóły, więcej jakichś pulsów w tle, więcej orkiestrowych wstawek (kapitalny "Star eyes" z udziałem Jamesa Mercera), ale z należytym umiarem. Mimo wszystko całość delikatnie podlano lo-fi sosem; z dala od czystych i przejrzystych dźwięków, wywołując skojarzenia z (do wyboru) puszczanymi od tyłu taśmami w tle, brzmieniem analogów, muzyką słuchaną przez słuchawkę telefonu. Sam Linkous udziela się wokalnie w duecie z Niną Person w "Daddy's gone", co w niczym nie ustepuje jego pamiętnej kolaboracji z P J Harvey. W ogóle po nieco już wymęczonym "Dreamt For Light Years In the Belly of a Mountain" Mark się nam jakby odrodził, a goście i współpraca z cenionym DJem nadaje jego twórczości nowy koloryt.
Sorki, że patrzę na to dziełko z perspektywy Sparklehorse, ale to już jakby wątek osobisty i znaczenie tego zespołu dla mojej muzycznej percepcji. Tak naprawdę nie mam pojęcia jaki był szczegółowy i ilościowy wkład muzyków w każdy utwór, co jednak wyrzutów sumienia we mnie nie wzbudza. Jak już się dogadają i to po bożemu wydadzą, to możemy pogadać, póki co pozostaje jedynie słuchać, może właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodziło?
wtorek, 23 czerwca 2009
Eels
Eels - "Hombre Lobo: 12 Songs of Desire"P.S. Za to koncert w Polsce bym w końcu zobaczył, bo podobno nieźle wymiatają. W ogóle Everetta trudno nie lubić, więc mu ten album (jak kilka innych) wspaniałomyślnie wybaczam.
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Grizzly Bear
Grizzly Bear - "Veckatimest"9,2/10
Warto nie zasypiać przy "Veckatimest"
środa, 3 czerwca 2009
Casiotone For The Painfully Alone
Casiotone For The Painfully Alone - "Vs. Children"7,5/10
Posiadanie brody zaczyna powoli określać artystyczny byt - pokaż mi swoją brodę, a powiem Ci ile smutku w twej muzyce.
czwartek, 28 maja 2009
Camera Obscura
Camera Obscura - "My Moudlin Career"7,8/10
"Ładna ta płyta, ale wszystkie piosenki takie same"
wtorek, 19 maja 2009
Conor Oberst And Mystic Valley Band
Conor Oberst And Mystic Valley Band - "Outer South"5.9/10
"Dzienniki Meksykańskie cz. II"
Oczami duszy widzę gorycz zawiedzionych:
Ja na to:
środa, 13 maja 2009
Animal Collective
Animal Collective - "Merriweather Post Pavillon" 9,6/10Tej recenzji nie było.
środa, 6 maja 2009
Cymbals Eat Guitars
5,6/10
