Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmietnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmietnik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 maja 2010

Dzień, w którym zepsuł się licznik odwiedzin bloga...


Miały być recenzje, tzn. coś co ja w sposób dość zarozumiały nazywam recenzją (fałszywa skromność, och...) i co tu od czasu do czasu umieszczam; ale jakoś nie zmogłem, pękam, atmosfera za oknem od kilku dni zbyt mocno daje się we znaki.

Coraz mniej sensu dostrzegam w pisaniu takich tekstów, bo w sumie nie widzę logicznego uzasadnienia i aktualnie nie obczajam tego w żaden sposób. Każdy kto chce coś wiedzieć na temat albumów, o których piszę, zna je na długo zanim zabiorę się do sklecenia tych kilku wniosków i dawno ma swoje zdanie w temacie. Poza tym jest już (dzięki Bogu) gdzie poznawać muzykę w polskiej sieci, mało tego - teraz co drugi łebek zna angielski na poziomie, jakiego ja nie osiągnę nigdy, a więc jest panem i władcą wiadomosci wszelakiej; czas przejrzeć na oczy - 21 wiek mamy.

Recenzowanie na zasadzie opisywania tracków przypomina starą szkołę pisania o muzyce, która dziś ssie niezmiernie i której kultywować nie chcę (nawet jesli to nieświadomie robię); silenie się na frazeologiczne fikołki i wyszukiwanie coraz to nowszych pomysłów na recenzje też nie da nic świeżego, bo zawsze wyjdzie że to juz było na Porcys, albo że mało śmieszne, albo że ma ukrywać niewiedzę. To wszystko prawda - stawianie na formę już było (chyba sam Porcys uznał, że konwencja się wyczerpała, więc temat zamknięty raczej), poza tym takie sztuczki naprawdę wymagają umiejętności zaskakiwania czytelnika i naprawdę wydają się świetnym zamiennikiem wiedzy (w sumie to nie zarzut pod adresem Porcys, ale naśladowców raczej).

Mnie się wydaje, że polskie dziennikarstwo muzyczne dochodzi do takiego etapu, że liczą się ci, którzy maja autentyczną wiedzę, którzy fakty i muzyczną świadomość popierają celnymi spostrzeżeniami z dziedzin socjologii, kulturoznawstwa, psychologii i szeregu nauk pokrewnych. Coraz częściej krytyce towarzyszy refleksja na temat tego kto i jak słucha. Nie dziwota - wszak obserwowana przez nas wszystkich zmiana sposobu słuchania, to prawdziwa rewolucja; zmiana polegająca na całkowitym odejściu od nośnika jest ważniejsza niż poprzedzające ją zmiany w obszarze samych nośników (vinyl>kaseta>CD), bo odejście od nośnika implikuje nowy sposób słuchania i refleksję nad tym, jaka jest dziś funkcja muzyki rozrywkowej. Dziś najcenniejsi dziennikarze muzyczni (używa się w ogóle jeszcze takiego określenia?), to erudyci, to pewnie prymusi na studiach, poligloci, ludzie nie bojący się podróżować, studiować za granicą, jednym słowem - pokolenie wyzbyte kompleksów, jakie wyznaczały horyzonty ich starszych kolegów i koleżanek. Nie wiem czy tak jest na 100%, ale taki obraz kumatego pismaka mi się rysuje w głowie. Za tym idą konsekwencje dość istotne, bo to określa sposób pisania o muzyce i selekcję tego, o czym się pisze (ja mogę nie kumać fenomenu Toro Y Moi, ale za to nie będę miał już poczucia, że u nas fascynacja zjawiskiem zaczyna się wtedy, gdy ono w cywilizowanych krajach dawno odchodzi w niebyt).

Tak więc wiedza. Przykłady? Przykład stanowi cała rzesza niezwykle osłuchanych ludzi piszących o muzyce (najczęściej w sieci), skupiona wokół muzycznych portali i stron pokrewnych, reprezentująca nową jakość w opisywaniu dźwięków. Dziś dla każdego czytelnika w miarę interesującego się muzycznym dziennikarstwem nad Wisłą, to osoby takie jak: Kuba Ambrożewski, Borys Dejnarowicz, Paweł Sajewicz, Bartek Chaciński, Mariusz Herma czy Marta Słomka są tymi, których się czyta z wypiekami (nie wnikam w to, jakie są ich wzajemne stosunki - z perspektywy osoby trzeciej mnie to ryra, jak się konstruktywnie pokłócą to lepiej dla czytelników). Wzorcowy przykład - tekst Marty o Lady Gaga (Gadze?) na platformie www.musicspot.pl (polecam). Sam babska (tzn Gagi - nie Marty, w tej się zabujałem na podstawie samych tekstów) nie znoszę, ale czy ja sobie zdawałem sprawę, że o niej można w takich aspektach pisać? Nie. Można się z Martą zgadzać lub nie (z tym że do tego trzeba też coś wiedzieć - ostrzegam), ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym jak można (pozornie puste w środku i tworzone na zamówienie) muzyczne fenomeny analizować, w jakim ciekawym aspekcie je ujmować, jakiego rodzaju erudycją się popisywać i jak walczyć ze stereotypami (a jak te stereotypy są zakorzenione, na to wskazują komentarze i zawarta tam polemika z byłym lub obecnym - nie wiem - dziennikarzem Teraz Rocka). Myślę, że takie teksty zawstydzają całe pokolenia ludzi, którym przez lata się zdawało, że mają patent na pisanie o muzyce, z wyraźnie zarysowaną czarno-białą hierarchią typu: pop - taniocha i kicz dla mas, rock - ambitna muzyka kumatych ludzi (mam na myśli oczywiście polską krytykę muzyczną, tradycja poważnego pisania o muzyce rozrywkowej na zachodzie z naturalnych powodów na pewno jest na zupełnie innym etapie zaawansowania). U nas chyba nie było problemów z pisaniem o jazzie czy klasyce, ale rzetelna analiza szeroko pojętej muzyki rozrywkowej to (mimo obecności pierwszej edycji "Machiny") ciągle luka, jaką trzeba wypełniać.

Zachęcony do stworzenia bloga przez nieświadomą chęć bycia czytanym (czytaj: bycia dla kogoś "kimś", jeśli chodzi o jakikolwiek muzyczny dyskurs), szybko zorientowałem się, że moje luki w wychowaniu muzycznym, dyskwalifikują mnie w porównaniu z zasłuchanymi we wszystko, młodszymi nieraz o 10 lat, komentatorami pop-kultury (pop-kultura, muzyka rozrywkowa - to dla mnie pojęcie obejmujące zarówno pop, rock, folk w tradycyjnym rozumieniu i to co zwykło się brzydko od lat 90-tych nazywać alternatywą i generalnie wszystko co nie jest poważką i jazzem w klasycznym wydaniu, bo przecież dziś wszystko z wszystkim ten tego). Nie chcę żeby to zabrzmiało jak jakieś osobiste żale, czy (co gorsza) tłumaczenie własnych braków, ale z zazdrością patrzę na klimat w jakim wychowały sie młodsze ode mnie rzesze słuchaczy (tzn. mam nadzieję, że rzesze). Ja naprawdę miałem wybór między polskim rockowym boomem reprezentowanym przez Hey, Wilki i Róże Europy, setlistą RMFu, tylkorockowym uwielbieniem dla gitarowego onanizmu i progresywnych suit oraz modą na spoconych, sfrustrowanych kolesi we flanelach. W samej tylko Wielkiej Brytanii działy sie w połowie lat 90-tych milion razy ciekawsze rzeczy w muzyce. Kurwa, przeciez gdybym w połowie lat 90-tych (czasy technikum) potrafił zachłysnąć sie takim "Different Class" zamiast s/t - Alice in Chains, pewnie wiele lat wcześniej dotarłbym do Roxy Music, Bowiego czy nawet Orange Juice, a nie tylko zasranych Black Sabbath. Miałbym dziś pewnie więcej dystansu do siebie i dźwięków jakich słucham, byłbym bardziej otwarty na muzykę taneczną, na glam, punk, post punk, new wave, new romantic, college rock, elektronikę, twee pop, post rock itd. itp. Tylko że w '95 r. nie miałem nawet kablówki, a MTV kumpel mi zgrywał na taśmy video (bo w blokach już mieli). I nie o to chodzi żeby się tłumaczyć, ale żeby obiektywnie skwitować, że nie mam szans, a jak nie mam szans to nie ma chyba sensu tego ciągnąć, bo to wyklucza rywalizację - nutka rywalizacji to niezbędny dreszcz. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby mieć poczucie, że się jest w stanie podjąć jakiś dialog; jak poczucia nie masz - odpuść. Blogi mało profesjonalne kojarzą mi się z pisaniem o "pięknej muzyce poruszającej do głębi", a ja tak nie chcę; z kolei jak patrzę na swoje teksty o muzyce, to widzę schematy i kalki podkradzione innym, więc jeśli ja - koleś zapatrzony w siebie jak każdy blogger - to widzę, to co widzą inni?

Kiedyś myślałem, że pisanie bloga pomaże mi uporządkować muzyczny świat, pękający od nadmiaru dźwięków w tym post-post-post-post modernizmie, ale to takie trochę kolorowanie gówna - przecież ja wiem czego chcę słuchać bez pisania bloga.

Co jeszcze przemawia przeciw? Sama forma bloga ma jakieś takie mało pozytywne konotacje. W recenzji Beach House przytoczyłem opinię Victorii o blogerach, że niby czytają sami siebie i tak naprawdę nie mają zbytniego wpływu na pozostałych słuchaczy. Ambrożewski niedawno pisał wprost "Poza tym, blogi? Rzadko interesuje mnie, co piszą autorzy stronek tego typu o muzyce (...) beztreściowość, maskowana efektownymi grafikami, pretensjonalnym nazewnictwem, no i przede wszystkim tomami linków do YouTube'a, w które nikt przecież nie klika, to bolączka wielu". Napisał, po czym ... zainaugurował bloga (heh), ale jednocześnie opowiedział się za treścią i słowa raczej dotrzyma. Znamienne jest, co wyczytałem na jednym (skądinąd bardzo sympatycznym) blogu, gdzie autor w komentarzach do podsumowania dekady przyznał się, że określił "Spiri They're Gone, Spirit They've Vanished" najbardziej przystępnym albumem Animal Collective (którego to stwierdzenia nadal nie ogarniam), nie znając właściwie połowy dyskografii owych. Oczywiście nie chodzi o to co kto przesłuchał, ale o jakieś dziwne przekonanie, że wszyscy muszą stwarzać pozory ogarniania wszystkiego. W innym wpisie autor rekomenduje album Boards of Canada, jako jedną z płyt dziesięciolecia, wyznając, że poznał ją kilka dni wcześniej (więc pewnie na potrzeby podsumowania - WTF? - sami przyznajcie). Wniosek może mylny, ale zdaje mi się, że wszyscy czujemy taką silną potrzebę bycia ekspertami, że mamy wyrobione zdanie o albumach i wykonawcach, których nawet nie znamy. Nie piętnuje tu samego pisania czy też tworzenia list wszelakich, ale chyba trzeba byłoby się zastanowić nad względną niezależnością sądów. Czy to moja lista, taka jaka jest w istocie? Czy taka, jakiej oczekuje pokolenie pitchforka? Sami narzucamy sobie ten rygor, mając większy niż kiedykolwiek w historii dostęp do informacji i wytworów kultury - wszyscy czytamy Pitchforka. To dosyć żałosne - wiem po sobie. Do pewnego momentu nie byłem świadomy, że 90% opisywanych przeze mnie albumów to hajpy pitcha (nawet jeśli zdania o nich nie podzielam, to właśnie o tych płytach piszę, a mógłbym o setkach innych).

Nie chcę nikogo wskazywać palcem, sam nie jestem bez winy, chcę tylko zauważyć, jakie pole do popisu dają blogi, jaką mają moc kreacji wizerunku autora. Fora to co innego, na forach konfrontowałeś swoje zdanie z innymi, ktoś cię wyprowadzał z błędu, ktoś prostował i wytykał luki - blog to monolog, ładną frazą zatkasz każda dziurę i zostaniesz ekspertem. Dlatego fora umierają, a blogi kwitną. Brak zaufania do bloggerów, to najbardziej naturalny odruch, jaki mogę sobie dziś wyobrazić.

Tak więc siedzę tu i pieprzę, jest 23:30, jutro pobudka o 6:00, cały wieczór słucham The Morning Benders, którzy są tak kapitalni w podrabianiu Grizzly Bear, że się nie mogę nadziwić. Usiadłem z nadzieją napisania kilku słów o nich, a wyszło jak wyszło. Priorytety się zmieniają, życie płynie, poza tym muszę przejść Heavy Rain i God of War 3, no i w ogóle- zawieszam się z tą stronką. Może kiedyś się odwieszę jak poczuję potrzebę - dobranoc.

PS. Sorki, nie mogłem sie powstrzymać:

- nowy the National - 6/10
- nowy Broken Social Scene - 7/10
- The Morning Benders - 7.9/10

The National dla Pitchforka


Kapitalną formę zaprezentowali panowie z The National podczas ostatniego występu dla Pitchforka. Cztery fragmenty z nowego krążka (w tym również "Terrible Love") możecie podejrzeć/odsłuchać pod adresem:


sobota, 8 maja 2010

Allmusic - ku przestrodze


Nie traktujcie wszystkich informacji z Allmusic na poważnie. Niech (nie daj Boże) pojawią się dwa takie same nazwiska, należące do dwóch w miarę znanych muzyków, a całkiem możliwe, że portal przedstawi wam całkiem nową i rewolucyjną interpretację historii muzyki popularnej.

Na przykładzie And'ego Bella z Ride.

1.


2.


niedziela, 28 marca 2010

Broken Social Scene na majówkę


Nie jest żadną tajemnicą, że najbardziej wyczekiwanym przeze mnie albumem 2010 jest "Forgivness Rock Reckord" - Broken Social Scene. Swego czasu przeorał mi psychę ich "You Forgot in People" (2002), klasę potwierdził s/t wydany dwa lata później, a kropkę nad "i" postawiły smaczne solówki Kewina Drew, Brendana Canninga, Charlesa Spearina i Feist (zresztą solówek i drużyn pobocznych, w jakie zamieszani są członkowie kolektywu, jest znacznie więcej, wymieniam te najbardziej udane). Czasem pisze się o nich w kategoriach "supergrupy" (że niby zbieranina kilkunastu muzyków z różnych projektów), z tym że tego typu przedsięwzięcia najczęściej nie spełniają rozdmuchanych oczekiwań publiczności w stosunku to połączonych sił uznanych gwiazd; tu jest odwrotnie, bo też o żadnych gwiazdach mowy nie było. Oni właściwie dopiero jako Broken Social Scene zaistnieli w świadomości słuchaczy, znacznie przyczyniając się w poprzedniej dekadzie do nakręcenia podjarki na muzyczną scenę Kanady.

"Forgivness Rock Reckord" wyprodukował sam John McEntire (Tortoise, Sea and Cake), a zaplanowana data premiery to 04.05.2010. Na stronie zespołu można już posłuchac trzech nowych fragmentów. Poniżej ich wersje koncertowe. Trzeba przyznać, że zapowiada się porządne ciacho z kremem:




No i na koniec (głównie dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji słyszeć), przypomnienie tego, jak to wyglądało kilka lat temu:




Ciekawe czy uda ich się w końcu kiedyś zaprosić nad Wisłę.

niedziela, 7 marca 2010

Mark Linkous R.I.P.


Dzisiejszy poranek przywitał nas bardzo smutną wiadomością. Samobójstwo popełnił Mark Linkous, twórca projektu Sparklehorse, współpracujący z takimi artystami jak Fennesz, P J Harvey czy Danger Mouse (projekt "Dark night of the soul", o którym pisałem tutaj). Cztery albumy Sparklehorse, ze swoją zawstydzającą intymnością mają stałe miejsce na mojej półce z płytami. Traktuję to bardzo osobiście, bo te nagrania towarzyszyły mi w ważnych momentach życia. W tym roku mieliśmy gościć Linkousa na Off Festivalu.



sobota, 6 lutego 2010

Z cyklu "wyrwane z kontekstu"


Ed Droste - gitarzysta i wokalista Grizzly Bear - jest właściwie moim rówieśnikiem (rocznik 78, ja - 79). W jednym z zeszłorocznych wywiadów, przy okazji promocji "Veckatimest", mówi jak na jego (naszych) oczach zmieniła się percepcja muzyki, kultura słuchania płyt i towarzysząca jej "otoczka". Sieć zmienia wszystko, żyjemy w "download culture", a sentymenty w kierunku nośnika, to raczej destrukcja niż postęp - wiem o tym, a jednak trudno się nie rozczulać, gdy zmiany zachodzą tu i teraz. W końcu to dla nas jakieś tam wspólne pokoleniowe doświadczenie.

"Pitchfork: The record leaked online before its release. Was that a disappointment?

ED: Well, it happened, literally, maybe five days after we mastered it. That was a really huge shock because it came from a really sort of shady-- no one ever confessed to it, but something sketchy happened. It was a really huge bummer that it happened so soon. We knew it was gonna leak and we were prepared for that, but really, the biggest bummer for us was that we spent a lot of time and put a lot of effort into making sure that it's a really rich recording-- recording it to tape and doing all these nice sonic details-- and then it leaked and I remember listening to it and it sounded like an underwater YouTube stream or something. It was really, really bad. And so it's just a bummer to think of everyone's first impressions of this album being this horribly compressed, terrible-quality version of the album.

But that said, the excitement behind it and everyone's reaction was really encouraging and exciting for us to see. I think people find their own way of showing support, whether it be through an album sale or coming to a concert or even just telling some friends about it. Obviously, the leak didn't hurt us because we debuted in the Top 10. You've gotta be sort of Zen about it. I would never be angry at someone for downloading the album. Sometimes people just wanna listen to it first to see if they like it and that's totally fair. I'm as guilty of that as anyone else. The only thing I find a little strange about the download culture now is that people have so much music at their fingertips that it's really easy to dismiss an album quickly. I'm speaking from my own experience, where I've caught myself downloading a bunch of albums and then I sort of listen to one and I'm like, "Eh." And I wasn't really giving it my all or listening to it in the right order. I caught myself one day where I was like, "What am I doing? This is so not how this artist intended it to be."

Pitchfork: It's definitely not the way I listened to music when I was a teenager-- I memorized every album I bought, whether I liked it or not.

ED: Remember that feeling of buying an album? And you didn't have a lot of money so you bought one album and you had that album for like, two months or something until you bought another album? This really cool thing that would happen where you would be forced to only have that album because you couldn't just download a million more, and you may not have liked every song on it, but then as you started listening to it more and more you'd be like, "Oh wait, I do like track nine." You lived with an album, and that doesn't happen as much anymore. I'm sure some people do have that experience still, but it's a little bit harder to get to that place because you can easily just switch gears and go off to something else if it's not tickling your fancy at that moment.

I haven't had that kind of experience with an album for awhile, either. And I sort of miss it-- that feeling of not necessarily settling for an album but just of having an album and having your initial favorites, then listening to it and listening to it and discovering new things and being like, "Whoa, I really like this part now." Just the feeling of "This is what I have for the next six weeks or so until I can buy another album."

sobota, 9 stycznia 2010

Tymon o...


Link podrzucony przez Kubę, zapodaję bo jestem pod wrażeniem.

Dowód na to jak można mówić o Beatlesach (i muzyce w ogóle).


sobota, 2 stycznia 2010

Coś na kształt podsumowania 2009 - cz.2



5. Yo La Tengo - "Popular Songs"

Właściwie trudno stwierdzić czym różni się ten album od poprzedniczek. Trio z Hoboken nadal realizuje własny pomysł na łączenie przeciwieństw; pomysł o zakreślonych już jakiś czas temu ramach. Stworzyli własny paradygmat różnic, poza który nie wychodzą. Jednocześnie nie pierwszy raz okazuje się, że wykonawcy grający po prostu swoje, zyskują tym samym coraz większe uznanie. Konsekwencja i rzemiosło oraz to niezbędne coś, co stanowi o ich cholernej wiarygodności. Niby nie wiele, ale wymieńcie mi więcej niż 5 nazw tak wzorcowych dla indie rocka w chwili obecnej.



4. The xx - "xx"


Gdyby mi ktoś wcześniej pokazał ich fotę i powiedział "to jest zespół na pierwszą piątkę 2009", pewnie bym pomyślał, że to zwyczajny wkręt. Poza tym, myśmy z Kasią tego słuchali bez znajomości ich wizerunków i przeżyliśmy autentyczny szok po rewizji na YouTube, gdy się okazało, że wyglądają jak jakieś niemieckie emo-dzieciaki. Ale chrzanić to, nie buźki stanowią o ich uroku, a nawet nie ten plumkający bas w piosenkach. Cały patent na muzykę to właściwie takie odbijające się piłeczki, bez początku i końca. Fajne, ale by poruszali naprawdę, potrzebowali czegoś silniej działającego na zmysły - w tym wypadku pięknych linii wokalnych. Wokalami The xx stoją, bo większość wejść Olivera kontrującego Romę i Romy kontrującej Olivera, to hooki. Dialog godny XXI wieku.



3. Grizzly Bear - "Veckatimest"


Grizzly Bear - wszystko o tej płycie napisałem tutaj i nic ciekawszego raczej nie wymyślę. Zadziwiająca jest siła tych nagrań z perspektywy kilku miesięcy od wydania. Właściwie za pomocą prostych środków potrafili sprawić wrażenie przepychu i niezwykłej maestrii oraz strukturalnych spiętrzeń. Inspirując się nowatorskimi albumami ostatnich lat, nagrali muzykę brzmiącą w gruncie rzeczy dość staroświecko. A przecież paradoksalnie stali się modni na tyle, by dotrzeć do 8 miejsca Billboardu. Chyba sami się tego nie spodziewali.



2. Flaming Lips - "Embryonic"


Wayne Coyne gra nam na nosie jak chce. To nie jest pierwszy tak znaczący skok stylistyczny w karierze Flaming Lips, a przecież krążek wywołał skrajne emocje. Tylko czy argumenty o braku melodii, niesłuchalności, przeroście formy nad treścią, nie są czasem wynikiem oczekiwań na jakiś Soft Bulletin 2? Przecież to, co tu najbardziej szokuje, to przesunięcia w ramach estetyki. Wymiana ślicznych (przez to niejednoznacznych) aranży na szorstkie i niemal awangardowe (przez to równie niejednoznaczne). W tym szaleństwie jest metoda, estetyka "piękne inaczej" broni sie właśnie dzięki towarzyszącym jej melodiom i strukturalnym poszukiwaniom, które są wyzwaniem dla słuchacza, ale jednocześnie dają mu możliwość odsłaniania kolejnych atutów "Embryonic" metodą drobnych kroczków, a jest co odkrywać. Czyli masło maślane, bo widzicie, o tej płycie właściwie nie da się sensownie pisać.



1. Animal Collective - "Merriweather Post Pavilion"


Jeśli o "Veckatimest" napisano już wszystko, to co z albumem, który zgarnął najwyższe laury w większości opiniotwórczych portali muzycznych? Tak, wiem, za cholerę nie jestem oryginalny, ale czemu miałbym kopać się z koniem? MPP to krążek, który pochłania w całości, w którym nie liczy się podział na poszczególne tracki czy melodie. Odpalasz play i przeżywasz rytmiczne trzęsienie ziemi. Stajesz się częścią plemienia Animal Collective, sekty z której nie ma ucieczki.

Coś na kształt podsumowania 2009 - cz.1


No dobra, czas przynajmniej częściowo zmierzyć się z tematem podsumowania rocznego, uporać chociaż z tą dyszką i mieć za sobą. Generalnie - nie jestem zwolennikiem, no bo jakie znaczenie może mieć zastawienie najlepszych płyt roku układane przez jedną osobę? Ile albumów musiałbym zgłębić, żebym był wiarygodny? A ile muzyki w ciagu roku jest w stanie pochłonąć, przeanalizować i ocenić jeden słuchacz? Temat samego (powiedzmy) indie - wchodzę rano na Porcys, tam jedna z rekapitulacji roku; w niej oprócz nazw, które znają wszyscy, w miarę interesujący się tematyką (Grizzly Bear, Animale, Dirty Projectors czy Atlas Sound), cała masa tytułów, które podobno wyznaczają nowy kierunek, a ja pierwszy raz o nich słyszę. Sprawdźcie sami.

Jaki zatem sens takiego podsumowania? Traktujcie to bardziej na zasadzie pożyczania płyt od kumpla, który poleca, bo lubi. Właśnie raczej "moje ulubione", a nie koniecznie "najlepsze" - takiego zadania bym sie nie podjął. Zresztą to zestawienie jest bardzo wtórne względem podobnych list prezentowanych na różnych portalach i blogach. Jak każdy maluczki ulegam hajpom i uniesieniom. Mam jednak nadzieję, że tu i ówdzie wdarło się przynajmniej jakieś minimum zdrowego rozsądku. Miałem ochotę zapodać też linki do kilku fajnych kawałków (bo zestawienia singli nie będzie), więc, by było w miarę czytelnie, rozbiję tę dyszkę na dwie części. Dziś miejsca 10-6:

10. Various Artists - "Dark Was The Night"


To w zasadzie dość nierówny składak, ale:

a) na dwóch krążkach znalazło się tyle muzyki, że o brak wrażeń martwić się nie trzeba, do tego najbardziej spójna zbieranina jaką ostatnimi czasy słyszałem.

b) jeśli naprawdę niewiele wiesz o tym, jakie nazwy w muzyce ostatnich lat wypada kojarzyć - tu mógłbyś mieć pierwszy etap edukacji (taka zerówka, ale z profilem rozszerzonym dla uzdolnionych dzieci)

c) a dla starszaków mnóstwo ciekawostek, jakich nie znajdą na płytach studyjnych swoich ulubieńców.

d) spojrzenie na listę wykonawców i właściwie punkty a, b, c, możemy sobie darować: Dirty Projectors, Feist, Grizzly Bear, TV On The Radio, Sufjan Stevens, Oberst, Andrew Bird, Blonde Redhead, Yo La Tengo i wielu innych równie istotnych...



9. Circulatory System - "Signal Morning"

Fajnie byłoby napisać, że tam gdzie kończy się Olivia Tremor Control, zaczyna się Circulatory System. No i spoko, tylko że takie stwierdzenie sugeruje progres, a Circualtory właściwie stoją w miejscu od lat 90-tych, proponując nagrania jakby żywcem wykrojone z płyt Olivii. Tylko jak tu iść do przodu przy takim stopniu zakwaszenia? Co jeszcze mogliby zrobić? Mają swój jedyny, wyrosły na bazie naćpanych Beatlesów styl. Styl dla cierpliwych i wytrwałych poszukiwaczy wrażeń. Ja to nadal kupuję, nawet jeśli nieraz nie jestem w stanie dotrwać do końca płyty (z ciekawostek - Jeff Magnum udziela się w tych nagraniach, tylko że nikt do końca nie wie w jakim charakterze).



8. Wild Beasts - "Two Dancers"


Taką muzykę mógłby tworzyć Antony, gdyby odszedł od pianina i postawił na piosenki, gdyby dodał nieco post-punkowych inspiracji, przyprawił to wszystko tanecznym podbiciem i rytmiką zakorzenioną gdzieś w dokonaniach Talking Heads. Teatralność tej muzyki, przerysowane wokalne wycieczki; uwierzcie, gdyby nie te melodie, mogliby nieźle irytować, a tak...



7. Whitest Boy Alive - "Rules"


Erneld nagrał w tym roku dwie płyty, "Declaration of Dependence" z Kings of Convenience i własnie "Rules" w ramach projektu Whitest Boy Alive. I nawet jeśli z macierzystą formacją nie sięgnął poprzeczki wyznaczonej poprzednimi (znakomitymi) krążkami, to w pełni zrehabilitował się tym delikatnie parkietowym materiałem, spełniając moje coroczne zapotrzebowanie na umiarkowane pląsy. To tak naprawdę bardzo precyzyjna, dopracowana i elegancka muzyka do bujania. Słodkie.

(Koniecznie obejrzyjcie to video i zastanówcie się, czy w którymś z naszych dużych miast byłoby to możliwe)



6. Here We Go Magic - "Here We Go Magic"


"Here We Go Magic" to dowód, że z nadmiernie dziś ekspoloatowanej formuły grania, bazującej na dokonaniach Animal Collective, moża stworzyć mega fajną, całkiem oryginaną i porywającą całość. "Here We Go Magic" to folk dla wariatów, hipnotyczna i ujmująca mieszanka stylów, z pozoru nieprzystępna, a w istocie obezwładniająca słuchacza w zasadzie po pierwszym odsłuchu.



środa, 30 grudnia 2009

STATEK KOSMICZNY wylądował


No ok, dałem ciała na całej linii. Na blogu ani klimatu świąt, ani wniosków związanych z końcem roku (o dekadzie nie wspominając). Obiecuję przynajmniej jakieś minimum rocznego podsumowania zapodać w styczniu.

Żeby nie było tak smutno, przytaczam opis jednej z aukcji internetowych, którą wczoraj wyhaczyłem na allegro:

ŚCIANKA - STATEK KOSMICZNY ŚCIANKA De Luxe Remastered Edition

Z wielką radością oddajemy w Państwa ręce jedną z najważniejszych gitarowych płyt, jakie ukazały się w naszym kraju! Pierwsze wydanie Statku kosmicznego Ścianka ujrzało światło dzienne w 1998 r. i w tym samym roku płyta ta została nominowana do Fryderyków w kategorii "Debiut roku". Magazyn "Tylko Rock" uznał ją za "Debiut roku" a "Machina" określiła jako jedną z pięciu niszowych płyt roku (obok albumów Kur, Łoskotu, Mapy i Ewy Braun).

Debiutancka płyta Ścianki rozeszła się w ilości 5 000 sztuk (cały nakład). Od pewnego czasu coraz boleśniej odczuwalny był jej brak na sklepowych półkach, w związku z tym przygotowaliśmy dla Państwa reedycję Statku kosmicznego. Płyta została zremasterowana i wydana przez oficynę My Shit In Your Coffee.

zapraszamy do zakupów!

i na internetowe strony zespołu oraz wytwórni:
http://www.scianka.com/
http://www.myspace.com/scianka
http://www.facebook.com/pages/Scianka/214555621924
http://www.myspace.com/myshitinyourcoffee
http://www.facebook.com/pages/M-y-S-h-i-t-I-n-Y-o-u-r-C-o-f-f-e-e/196271574135


No i faktycznie wydarzenie. Pamiętam jak pierwsze wydanie Statku osiągało na aukcjach ceny liczone stówkami. Wymodlona reedycja, na którą większość fanów Ścianki straciło już chyba nadzieję. Nie wiem jaki jest nakład, ale biorąc pod uwagę wydawcę - raczej niewielki, więc grzecznie zamówiłem i czekam na wieści o "Dniach wiatru".

I właśnie jak najwięcej takich niespodzianek życzę Wam i sobie w 2010 roku.

środa, 11 listopada 2009

"Rogowiecki i Brzozowicz co się na muzyce znają."


~*~

"Z tego się nam jednak nie układa jakaś spójna całość, ja lubię albumy, które mają pewną koncepcję" - jak widać (słychać) w TV o muzyce może każdy.



(link do fragmentu audycji TVP Kultura, ukradłem z bloga: http://obroncyindierocka.wordpress.com )



Well, it seems like they can be anything,
Any kind of creature they want to be.

~*~

wtorek, 28 lipca 2009

a kiedy byłem młody...




~*~

Nie ma chyba nic gorszego dla kreowania swojego sieciowego wizerunku, niż przyznanie się w połowie 2009 r., że jedną z pierwszych kapel, do jakiej pałałeś miłością bezgraniczną, był Pearl Jam. W ogóle grunge jako zjawisko tak masakrycznie wyeksploatowane przez media, w kolejce do rozmaitych revivali stoi chyba nawet za pudel-metalem (chociaż chwilę, czy on już nie miał swojego małego come backu w postaci The Darkness? Kto dziś pamięta The Darkness?). Brzmienie Seattle (umówmy się na chwilę, że coś takiego istniało) skompromitowane głównie przez straszne post-flanelowe historie typu Nickleback, Creed czy Staind, faktycznie stało się synonimem kaszany, z jaką mógł się równać jedynie nu-metal. Pearl Jam zawsze już będzie za to zjawisko obwiniany bardziej niż bezkompromisowa Nirvana, bo hołdując w znacznej mierze mainstreamowym klasykom, zdecydowanie intensywniej inspirował przeboje typu "How you remind me", które musiały być wystarczająco gitarowe, by być w zgodzie z trendem (a właściwie post-trendem), lecz na tyle ugrzecznione, by nie kłuć uszu słuchaczy komercyjnych stacji radiowych. Rzutuje więc na obraz Peal Jam niestety bardziej grono naśladowców niż dorobek, o którym nikt poważny dziś już nie powie (i racja), że jest mistrzostwem świata (kilka lat temu czytelnicy "Teraz Rocka" wybrali "Ten" na album wszech czasów, co dowodzi jedynie skali popularności). Rzutuje to na obraz kapeli, ale chyba niesłusznie. Samo choćby porównywanie tak bardzo przestrzennego i podatnego na improwizację "Ten" czy coraz bardziej uciekających od kompromisu (również w stosunku do komercyjnej machiny) "Vs" i "Vitalogy", a także dorosłego (brzmieniowo) "No Code" do armii topornych naśladowców, byłoby jednak przegięciem. Również wskazanie źródeł nie pozostawia wątpliwości kto tu według jakich zasług mierzony być powinien. Grunge w swych początkach był jednak tworem wynikającym w znacznej mierze z reakcji na niespokojne czasy (sytuacja polityczna wczesnych lat 90-tych, konflikt w Zatoce Perskiej itd.) oraz dominację grzecznego rocka uosabianego przez Bon Jovi; jasne, że "Ten" to juz ogromna akcja promocyjna, kreowanie Veddera na głos pokolenia i tego rodzaju (śmieszne z dzisiejszej perspektywy) szopki, ale wszystko co było tuż przed oraz obok i co tych muzyków konstytuowało (że wspomnę choćby Green River, Mudhoney, Mother Love Bone), to już każe patrzeć na nich z zupełnie innej perspektywy niż na rzesze naśladowców.

Dziś na Pearl Jam patrzy się jak na relikt przeszłości; po niedawnej reedycji "Ten" w najważniejszych portalach internetowych, zajmujących się muzyką (umownie) "niezalezną", dominował ton raczej pobłażliwy, na zasadzie "to nie nasza muzyka, ale wam coś o niej powiemy - patrzcie jak się wtedy muzycy spinali przy mikrofonach", a słuchacze chyba już dawno łyknęłi, że przyznanie się do fascynacji tym zespołem stawia ich na pozycji przegranej. Sam zresztą także wyrosłem z miłości bezgranicznej do Pearl Jam, ale jednak chciałbym żeby zachowano jakąś równowagę; to był zespół co najmniej przyzwoity, a że konwencja akurat niemodna i teatralne pozy w oczy kłują? Cóż, to moda i konwencja właśnie.

Cały ten oczywisty wywód nie zmienia faktu, że po "Yield" zespół masakrycznie zaniża i ekscytacja towarzysząca czekaniu na kolejny album (już 20 września) w moim przypadku jest zerowa. Chciałbym się rozczarować, chciałbym żeby (tak jak u ich guru - Neila Younga, który tyle razy już się podnosił) można było mówić tylko o słabszym etapie kariery, po którym następuje kolejny cios między oczy, ale takie rzeczy to chyba tylko u starszych panów z Kanady. Zdaje się, że bardzo im zależy na odbudowaniu marki, bo produkcję materiału znowu powierzyli współtwórcy ich największych sukcesów - Brendanowi O'Brienowi. "Backspacer" będzie zawierał 11 premierowych kawałków, z których dwa już znamy. O ile "Get some" naprawdę przywraca nadzieję, to "The Fixer" momentalnie ją studzi.


czwartek, 25 czerwca 2009

MUSIC IS MY RADAR!!!


~*~



No, jeśli ktoś do tej pory nie wiedział (możliwe??? eeee...) skąd wziął się podtytuł tego bloga, to najwyższy czas sobie uświadomić. Okazja jest i to taka, że lepiej usiąść. Otóż wczoraj na stronach GW pojawił się taki artykulik (tylko proszę nie zwracać uwagi na ten mega czerstwy opis ich artystycznej drogi):


Fakt, brzmi to jak cud, ale przecież jeszcze do niedawna sam powrót do wspólnego grania i widok Coxona z Albarnem na jednej scenie, wydawały się jakimś nieśmiesznym żartem, a jednak pierwszy raz od lat grają, więc czemu nie u nas?

Powiedzmy sobie szczerze, wszystko to trochę śmierdzi jakąś prowokacją i medialną ściemą. Tu jakiś biznesmen, tu jakieś 5 mln (!!!), tu tylko 5 tys. szczęśliwców. Cóż, połudźmy się chociaż, nawet jesli niebawem okaże się, że ktoś najzwyczajniej w świecie robi sobie z nas jaja.

PS: Dziś pierwszy raz od wielu dni za oknem jaśniej, więc ta radośniejsza odsłona ich dorobku jak najbardziej; czas zacząć sobie przypominać:





czwartek, 11 czerwca 2009

Rewizja 2005/2006


~.~

Jak sobie wyświetlicie dział "recenzje" na www.screenagers.pl i posegregujecie teksty według autorów, to zauważycie że jest tam nadal mała działka z moim imieniem i nazwiskiem. Kiedy w latach 2005-2006 decydowałem się wysyłać swoje prace do redakcji portalu, byłem pełen skrywanej zazdrości w stosunku do piszących tam, z racji ich muzycznej wiedzy, obycia i bywania na koncertach, które pozostawały w sferze moich marzeń. Porcys i Screenagers odwiedzam regularie od lat i podziwiam tych wszystkich, którzy potrafili wstać z kolan rozprawiając nawet o największych świętościach i wyzwolić się z dominującej u nas jeszcze kilka lat temu konwencji pisania o muzyce. Autorzy tych serwisów udowadniają, że o muzyce alternatywnej (ale również masowej) można naprawdę mówić rzeczy głębsze, analizując zjawiska w sposób szerszy niż standardowa notka w kolorowej prasie, no i z jajem. Koniec z traktowaniem recenzji jako koniecznego dodatku, dlaczego nie mają funkcjonować jako oddzielny kulturowy byt?

Te portale bardzo się różniły: do Screenagers przylepiono łatkę dzieciuchów łykających zachodnie hajpy, do Porcys - przemądrzałych studentów i zblazowanych malkontentów (zdaję sobie sprawę, że gdyby porcysiak zanalizował jakikolwiek mój tekst o muzyce, najpewniej zniszczyłby mnie jednym celnym ciosem), ale w ciągu lat te dwa obozy się dotarły i w sumie bardzo do siebie zbliżyły, ustalając kanon pisania o muzyce bez niepotrzebnych obciążeń związanych choćby z faktem dorastania w czasach, gdy płyty trzeba było sprowadzać z zachodu (wiecie o co mi chodzi, np. dla Kaczkowskiego każdy nowy koncertowy album Gilmoura, to będzie najpewniej album dziesięciolecia - w sumie takie niegroźne wariactwo, ale kiedy to ustanawia kanon pisania/mówienia o muzyce, to już raczej niebezpieczne). Nowe portale wypełniły pewną niszę, skupiły się zarówno na artystach niezależnych, jak i typowo komercyjnych (głównie Porcys), o których jednak potrafili pisać w sposób nieszablonowy. Nie ma świętości, jest analiza zjawiska, często ostra i dosadna, może czasem nawet niesprawiedliwa (że już o ostatnich personalnych jazdach nie wspomnę), ale o ileż lepsza od wyświechtanych, przewidywalnych do bólu artykułach o albumowych pojedynkach gigantów (tu mój drwiący uśmieszek) Green Day Vs Placebo (WTF?).

Ok, to tyle słodzenia - do meritum. Tak więc pełen zazdrości i z postanowieniem, że "ja też tak chcę", przesłałem tych kilka tekstów do redakcji Screenagers. Teraz po paru latach je przejrzałem i stwierdziłem, że większość niestety nie daje rady. Nawet się poważnie zastanawiałem czy nie poprosić o zdjęcie ze strony, ale w sumie po co? Niech sobie będą jakimś tam świadectwem pewnego etapu mojego słuchania, w sumie i tak niewielu to obchodzi. A nuż kiedyś argument "wiesz, pisałem dla screenagers" będzie szczytem lansu działającym na 18-latki? Kto wie? Krótkie sprostowanie jednak nie zaszkodzi, jakby co trzeba mieć argument, że "przecież to wszystko odwołałem":

1. The Boy Least Likely To - "The Best Party Ever" (wtedy - 8/10, dziś - góra 6/10) - tu na szczęście nie było za bardzo czego spieprzyć. Oczywiście zawyżona ocena związana z autentyczną potrzebą posiadania swoich typów, które niekoniecznie zbiegają się z typami otoczenia (tzn. Pitchfork to hajpował także, ale nieskutecznie). Pomijam fakt jakichś słabych wstawek odnośnie urzędującego prezydenta, które miały sprawić by było kontrowersyjnie (LOL) czy ustawianie tej płyty w kategorii debiut roku (LOL!), mimo to nie czerwienię się aż tak bardzo na myśl o tym tekście.

2. Andrew Bird - "Andrew Bird and The Misterious Production of Eggs" (wtedy - 8/10, dziś - 7,5/10) - lubię ten tekst, nie z racji jego finezji (no raczej, bo jest tu kilka śmiesznych kawałków o "pięknych dźwiękach"), ale z racji tematu. Bird był u nas kompletnie nieznanym muzykiem (do tej pory zresztą ilość publikacji na jego temat w rodzimym języku jest dość uboga) i było to jakieś wyzwanie. Zresztą często powtarza się, że Bird wypłynął na fali hajpu Sufjana Stevensa, co w kontekście wcześniejszego dorobku Andrzeja jest bzdurą.

3. (SMOG) - "A River Ain't to Much to Love" (wtedy - 6/10, dziś - 6/10, a mimo to opinia o płycie zupełnie inna) - no siara, siara naprawdę. Pisanie o Callahanie w kategoriach licealnego "kojenia bólu, gdy za oknem deszcz", to nieśmieszny żart. Brak dobrze opisanego kontekstu tak bardzo wypaczający obraz muzyka oraz spłycanie jego dorobku do kategorii "alt. country mniej melodyjnego niż Bonnie "Prince" Billy" - to powinno być karalne. Dziś mam tego świadomość (żeby nie było), a jak ktoś chce tekstu godnego opisywanego artysty to tutaj. O moim proszę zapomnieć i już nie wypominać, już mi wystarczająco wstyd.

4. Live - "Songs From The Black Mountain" (wtedy - 2/10, dziś - pewnie 1/10, gdyby mnie ktoś zmusił, żeby tego słuchać) - mogę się poszczycić faktem, że ta recenzja otwierała nowy rozdział Screenagers (szata graficzna), ale to w zasadzie wszystko czym mogę się w związku z tym tekstem pochwalić, bo jechanie po takim zespole jak Live żadnym wielkim wyczynem nie jest.

5. Ed Harcourt - "The Beautiful Lie" (wtedy - 7/10, dziś - góra 5/10) - do tej notki jakoś trudno mi się przyczepić, jeśli chodzi o stronę leksykalną, natomiast do merytorycznej już tak, a bardziej do znaczenia tej muzyki. Dziś pojęcie płyty siódemkowej, to jednak określenie czołówki roku, a tu daję tak zawyżoną ocenę płycie, która stanowi w zasadzie "takie nic", wałkowane już miliony razy. Generalnie tego gościa nie ma, nie było nigdy. Są trzy kawałki z debiutu i to wszystko, za mało by istnieć.

6. Elbow - "Leadders of the Free World" (wtedy - 6/10, dziś - 4,5/10) - z Elbow to w ogóle dziwna historia. No ok - nudziarze, ale niektóre rzeczy im wychodziły całkiem sprawnie. Ten album tragiczny jak dla mnie, z tym że gdy na tym blogu recenzowałem ostatnią ich płytę, to też bardzo przesadziłem z oceną (więc ja się na nich nabieram regularnie). Czas weryfikuje opinie; wszystko się sprowadza w przypadku tej kapeli do debiutu i chyba jednak rację mieli Ci, którzy mówili, że nie ma o co kopii kruszyć. Samej recki się nie wstydzę, ale dumny też nie jestem.

7. Mercury Rev - "Secret Migration" (wtedy - 7/10, dzisiaj - 5/10) - tu z kolei wstyd okropny. Stopień "czerstwości" tej recki wydaje się dla innych nieosiągalny. Żałosne stwierdzenia w stylu: "bajka z innego świata" (że hę?), "baśniowa aura", "opisywać nieopisywalne". Nie no - mega LOL. Ta recka to hybryda tego, czego sam w pisaniu o muzyce najbardziej nie znoszę. To jest straszna taniocha, w dodatku na maxa naciągana, bo to był najsłabszy album Mercury Rev. Jedyne czym mogę się pocieszać, to faktem że chciałem nakreślić kontekst i napisać coś o wczesnych dokonaniach Mercury, które rodzime kolorowe pisma zazwyczaj pomijają, sprowadzając ich dorobek do Deserter's Songs (a to zbrodnia, sorry ale takie teksty świadczą o chujowości piszącego). Ale zaraz zaraz, jak tak doczytuję, to widzę że ten kontekst to ja nakreślam bardzo nieudolnie, a wszystko i tak sprowadzam do Dezerterów, więc...

8. Bonnie "Prince" Billy & Matt Sweeney - "Superwolf" - (wtedy - 9/10, dziś - 8/10) - przede wszystkim Bonnie to mój ulubieniec, a ta recka pisana była z pozycji klęczącej i to jest główna jej wada. No i znowu popisałem się całkiem przyzwoitą liczbą czerstwych określeń (a w ogóle te wnikliwe analizy warstwy lirycznej też zabawne). To jednak nie zmienia faktu, że dla mnie "Superwolf" nadal stanowi jedno z lepszych dokonań księcia, więc głównych założeń bym tu specjalnie nie zmieniał.

sobota, 11 kwietnia 2009

RADIOHEAD - 25.08.09 POZNAŃ


~.~


Wszyscy zainteresowani już wiedzą, bo pisano i mówiono wszędzie, ale jak tu nie komentować przewidzianego na 25.08.09, poznańskiego koncertu Radiohead - najważniejszej kapeli ostatnich dwóch dekad.


Począwszy od dość surowego, gitarowego "Pablo Honey", aż po zeszłoroczny "In Rainbows", Thom Yorke z drużyną skutecznie zmieniają oblicze współczesnej muzyki. Są jedną z nielicznych kapel ostatnich lat, które w klimatach okołorockowych (w ich przypadku "około" trzeba bardziej eksponować) wprowadzali nową jakość.

Pisanie o tym zespole, to właściwie walka z samym sobą, by nie powtarzać schematów, sloganów i wyrażanych setki razy opinii, ale trzeba sobie zdać sprawę, że to pewnie najbardziej komentowany band świata, więc przed kalkami uciec nie sposób. Sam poznałem Radiohead w 1997 r. na poziomie "Ok Computer". Pożyczona od kumpla kaseta magnetofonowa i katowanie na okrągło zawartych tam dźwięków. Niezwykłe teledyski w MTV i grymas na twarzy Thoma Yorke'a - to musiało działać. Wcześniej też się o nich słyszało - owszem, ale byli u nas (i nie tylko) postrzegani jako zespól jednego przeboju (wszyscy wiedzą jakiego). "Creep" z perspektywy czasu jest czymś wyjątkowym, jest pokoleniowym hymnem dekady na równi ze "Smells like teen spirit" czy "Looser", ale kto tak naprawdę w roku 1993 spodziewał się statusu, jakiego Brytyjczycy dorobią się po latach? Ich drugi album - "The Bends" - ukazał się jeszcze w czasach, gdy muzycznym autorytetem w Polsce był "Tylko Rock", a tam brytyjskie formacje lat 90-tych zawsze pozostawały w cieniu amerykańskich, surowszych brzmień. "The Bends" praktycznie nie został u nas zauważony. Trochę zaspaliśmy, a to przecież była ich pierwsza naprawdę wielka płyta. Już nie naznaczona tak silnie gitarowym rockiem zza Oceanu; kierunek "The Bends" wyznaczają raczej post Buckleyowe piosenki, wpisujące się (jedyny raz w ich karierze) w brit- popową modę tamtych lat. Pełna przepięknych melodii, była dla zespołu krokiem milowym w kwestii komponowania.



Wreszcie rok 1997 i ich Opus Magnum - "Ok Computer". Dzieło kompletne, określane mianem współczesnego "Dark Side of the Moon", idealne odzwierciedlenie ponurej wizji świata końca wieku. Smutny obraz jednostki zagubionej w świecie korporacji, postępu technologicznego, z wszechobecną kontrolą maszyn nad ludzkim życiem. Thom Yorke z tą swoją słabością, opadniętą powieką, delikatnością i goryczą przechodzącą w szyderstwo, był "bohaterem swoich czasów" i najbardziej "prawdziwym" artystą od lat. Bez nadętej pretensjonalności potrafił w kilku słowach zawrzeć większą dawkę emocji niż niejeden drący się guru we flaneli. "Ok Computer", to dzieło mroczne i piękne, z niesamowitą produkcją Nigela Godricha, sięgające wielu muzycznych źródeł i postrzegane jako rock progresywny na miarę nowych czasów. Dla Radiohead to kolejny etap ich muzycznego rozwoju, jednocześnie pierwszy album, którym tak istotnie kształtowali brytyjską scenę tamtych czasów. Wpływ produkcji Godricha i piosenek z tego krążka słychać było w nagraniach co drugiego zespołu z Wysp.



W ten sposób kończą się opowieści o wielu kapelach, podnoszących poprzeczkę tak wysoko, że nie sposób jej sięgnąć, a co dopiero przeskoczyć. Pojawia się dramatyczna chęć sprostania wymaganiom i w efekcie frustracja. Jak utrzymać formę w czasach, gdy 99% młodych kapel wypala się po nagraniu trzech krążków? Wiedząc, że w tej konwencji osiągnęli już wszystko, Radiohead wybrnęli z sytuacji w jedyny racjonalny sposób - zmienili konwencję. Sesje, podczas których powstały "Kid A" (2000) i "Amnesiac" (2001), to przewartościowanie "piosenki" w tradycyjnym jej ujęciu. Niejednoznaczne struktury, wszechobecna elektronika, wpływ najróżniejszych inspiracji, zarówno dawnych (Charles Mingus) i nowszych (np. Aphex Twin), zaowocowały albumami, które ugruntowały ich status jako najbardziej nieprzewidywalnej kapeli trafiającej do szerokiej publiczności. Albumy bez wielkich kampanii reklamowych (a "Kid A" nawet bez teledysków), a jednak znowu wyznaczające muzyczny kierunek całej rzeszy twórców. Warto zwrócić uwagę na ogromny sukces komercyjny, jaki Radiohead odniósł w Ameryce. Początkowo marginalizowany i nie traktowany zupełnie serio, osiągnął to czego nie zdołał zdziałać żaden z brit-popowych herosów typowanych na międzynarodowe gwiazdy.



Potem "Hail to the Thief" (2003) i kolejny sukces. Tym razem połączyli nowe z sesji "Kid A"/ "Amnesiac" z delikatnym powrotem do gitarowych brzmień. Powstał album niezwykle bogaty w dźwięki, choć dla mnie najbardziej nierówny w ich karierze i pewnie dlatego stawiam go wyżej jedynie od "Pablo Honey". To jednak nadal poziom dla innych nieosiągalny. Inaczej jest z zeszłorocznym "In Rainbows". Choć spokojniejszy i u nas przyjęty z mniejszym entuzjazmem (w przeciwieństwie do krytyki zachodniej, gdzie wygrał większość rankingów w kategorii "album roku"), w moich uszach tylko nieznacznie ustępuje "Kid A", będąc dziełkiem dużo bardziej piosenkowym, ale wciąż nastawionym na poszukiwanie i przede wszystkim cholernie równym. Ten krążek, to jednak przede wszystkim odważny krok w kierunku zmiany myślenia o sposobach dystrybucji muzyki. Radiohead jako pierwszy wykonawca o tak dużej popularności, zdecydował się efekt swej pracy sprzedawać w sieci przed wypuszczeniem fizycznego nośnika (mp3 za opłatą zdefiniowaną tylko i wyłącznie przez słuchacza - płacisz ile chcesz). Poza tym zespół zerwał współpracę z rodzimą wytwórnią płytową, która według nich ograniczała ich artystyczną wolność. Postanowili wydawać na własną rękę i świetnie na tym wyszli.



Są kapelą bardzo zaangażowaną w rozmaite akcje charytatywne, ekologiczne itp. Thom Yorke unika jednak mentorstwa Bono, ucieka od epatowania wielkimi słowami i sprawowania rządu dusz. Są artystami "niezależnymi" w dosłownym tego słowa znaczeniu. Będąc częścią muzycznego businessu, posłużyli się nim, by przyczynić się do zniszczenia jego obecnej formy. Jak to się skończy? Tego nie wie nikt, ale po latach może sie okazać ze ich zasługi są znacznie większe niż nam się dzisiaj zdaje.

sobota, 28 marca 2009

Rzecz o starociach...

~ . ~

Już na dniach nowa kategoria wpisów pod tytułem "Antykwariat", a tam coś o wydawnictwach nieco starszych niż te prezentowane na bieżąco w dziale "recenzje" (swoją drogą nazwa kategorii "recenzje" sugerująca, że pretenduję do miana dziennikarza - profesjonalisty, też wydaje się nie na miejscu, więc pewnie zamienię na lżejszą). W "Antykwariacie" postaram się zamieszczać teksty o albumach ważnych, ale głównie dla mnie - bez oglądania się na dominujące aktualnie trendy w wyznaczaniu klasycznego kanonu płyt i bez przejmowiania się kwestią wyczerpania (bądź przeciwnie) tematu przez innych. Ma to być luźne spojrzenie na płyty istotne dla mnie i mające spory wpływ na kształtowanie mojej muzycznej percepcji, ale też wydawnictwa dawne, które dopiero co poznaję i które w jakiś sposób mnie kręcą. Zasada ma być taka, że nie ma zasad, a więc nie wiem jak często będę to aktualizował (może raz w roku, może raz w miesiącu - takie teksty są dość czasochłonne i wymagają sporo wysiłku, by zgłębić jako taki kontekst). Proszę o wyrozumiałość, a w razie jakichś błędów merytorycznych, przeinaczania faktów czy podobnych wpadek, o konstruktywne sprowadzenie do pionu poprzez funkcję "komentarzy". Póki co - wiosna, więc "Lola"



sobota, 7 marca 2009

Dzień kobiet


BABKI


No tak. Zamiast rajstop i goździka miał być większy wpis o tym, jaką to babki potrafią niesamowitą muzę zapodać. Miałem rzucić kilka obrazków, okładek i klipów, żeby pokazać jak się fajnie różnią i jak każda czaruje. Miało być o tym, że "na swój sposób" nawet Patti Smith może być piękną, i jeszcze o tym, że nie wymyślono w historii muzyki nic bardziej sexy niż Kim Gordon czy Darcy Wretzky na scenie, z gitarą przewieszoną przez ramię. Miało być o kobietach delikatnych i kruchych jak choćby (zapowiedziana na Opener!!!) Emiliana Torrini czy inna Joanna Newsom, i jeszcze o tym jak mądrze brzmiała kiedyś Cat Power i jak fantastycznie pokręcona jest Bjork. O kwiatach we włosach Joni Mitchell też miało być, i o smutku Billie Holiday...

Tak być miało, ale nie będzie, bom (wedle tradycji) świętowanie Dnia Kobiet zaczął już w piątek. Pisanie czegokolwiek większego po piątkowym świętowaniu jest w obecnym stanie ciała mego i ducha raczej niemożliwe. A z racji tego, że zaraz świętowania ciąg dalszy - cały wpis sprowadzić mi wypada do jednego, ale jakże wymownego obrazka. Czy Feist w tym filmiku nie jest uroczą kwintesencją kobiecości? Dla niżej podpisanego jak najbardziej.

PS. Chór kurczaków rządzi.

sobota, 21 lutego 2009

"Odeszły" w 2008

-

Czytałem kilka blogowych wpisów z cyklu "Odeszli w 2008". Smutna i niewdzięczna to rola zawrzeć "wagę" wydarzenia jakim jest chociażby śmierć Freddiego Hubbarda w krótkiej, lakonicznej formie blogowego posta. Ja podejmuję się zadnia dużo bardziej błachego. Postanowiłem w kilku zdanich pożegnać się z albumami, które nie doczekały zimy 2009 na mych (coraz bardziej uginających się pod naporem sterty plastiku) półkach z płytami. Litościwie ślę im to ostatnie wspomnienie, swoistą laurkę, by z pamięci nie umknęło, że były częścią mej historii.

Ok, a tak na poważnie, to pozbywanie się płyt jakichkolwiek jeszcze do niedawna było dla mnie dość traumatycznym przedsięwzięciem. Trochę na zasadzie "wszystkie dzieci nasze są i te brzydkie też trzeba kochać". Mało tego, ja zawsze miałem taki delikatne zboczenie, że jak ważny dla mnie artysta wydawał słaby album, to ja go katowałem bardziej. Doszukiwałem się drugiego dna, jakichś ukrytych pod przykrywką słabych utworów znaczeń, skrywanego geniuszu i sensu, które trzeba wydobyć i których się trzeba dosłuchać. Najczęściej nic tam nie było oprócz marnych nagrań (ot, ironia losu), no ale jeśli w wieku 17 lat w soboty dorabiałeś na budowie, a potem cąłą tą kasę wywalałeś na płyty, to musiałeś ich potem słuchać tak długo aż się spodoba, nie ma bata. I choć sytuacja się od tego czasu zmieniła, to nawyk pozostał. Dopiero niedawno zorientowałem się, że mam dom zawalony stertami CDków, do których w ogóle nie wracam. Dlaczego? Bo to słabe plyty? Bo ja już czegoś innego od muzyki oczekuję? Bo nie wytrzymały próby czasu? Różne są przyczyny, ale zasadę wprowadziłem prostą - kupować owszem (sorki, bez tego już nie funkcjonuję), ale i pozbywać się tego, co nie daje rady (tak by ciągły ruch w interesie był). Ten rok był przełomowy, bo trochę tego poszło. Te poniżej, to tylko niektóre, nie wszystkie fatalne, ale dla mnie wszystkie już bez większego znaczenia:

Smashing Pumpkins - "Adore"; "Machina/The machines of God"
Zwan - "Mazy Star of the Sea"
Billy Corgan - "The Future Embrace"


Tak się zlożyło, że jeden z najbardziej wpływowych gości, jeśli chodzi o moją edukację muzyczną, był autorem chyba najbardziej spektakularnego artystycznego upadku, jaki obserwowałem. Autor praktycznie całego pumpkinsowego repertuaru, a więc klasycznych "Gish", "Siamese Dream" i "Mellon Collie and the Infinite Sadness", na których tak fantastycznie łączył brytyjskie, nieco rozmyte brzmienie z energią na miarę czasów muzycznej dominacji kapel z Seattle. Dla zapatrzonego w muzykę ze Stanow gówniarza, to właśnie Dynie były furtką do poznawania tych wszystkich wyspiarskich shoegazów, dream-popów i innych wynalazków. Niestety forma Billego spadała wprost proporcjonalnie do rozrostu jego Ego. W momencie, w którym łysy uświadomił sobie, że jest dużym chłopcem, przestał być w jakimkolwiek artystycznym aspekcie interesujący. Nudne "Adore", nieznośnie naiwne "Zwan", jakieś podpinanie się pod modę na lata 80 na solówce i dwa nieudane powroty do gitarowego łojenia. Na każdym z tych krążków równie słabe piosenki i emocje jakby już nie do końca szczere. Smutna historia przyznacie, ale zawsze zostają trzy klasyki i kilka singli.

Czego mi będzie brakowało? Może "Stand inside your love" i "I of the morning" (głównie z końcówkę) z "Machiny", ale pierwszego z nich mam jeszcze na składaku "Greatest Hits", a bez drugiego jakoś przeżyję. Poniżej "Stand inside your love"


Eels - "Daisies of the Galaxy"


Panu E ze swoim oszczędnym podejściem do instrumentów, epatowaniem infantylnymi tekstami i dupowatym wokalem, starczyło pary na dwie niezłe płyty. Faktycznie, mimo że mało odkrywcze i czerpiące wiele chociażby z twórczości Becka, miały urok i klasę. Potem w kwestiach zasadniczych brodacz zaczął sie powtrzać oferując już słabszy songwriting, niby przywdziewając nowe szatki, ale rdzeń zostawiając ten sam. "Daisies of the Galaxy" ma bardziej naturalny i folkowy wydźwięk od poprzedniczek i taki nieco irytujący pierdołowato-poczciwy klimat. Zabrakło świeżości poprzedniczek. Podniesie sie jeszcze wprawdzie E na podwójnym "Blinking Lights and Other Revelations", ale to bardziej takie dzieło życia pisane przez wiele lat, więc nie dziwota.

Czego będzie mi brakowało? Wszystkiego i niczego.

Neil Young - "This Note's For You"; "Trans"


Ech, fakt że trzymałem w domu coś takiego jak "Trans" tłumaczę jedynie miłością do twórczości Younga bezgraniczną. Fatalny to album z fatalnego okresu w karierze muzyka. Young zmarnował prawie całe lata 80 odzyskując formę dopiero na "Freedom" pod koniec dekady. "Trans" to eksperyment z elektroniką, który dziś budzi ewentualnie pusty śmiech i zażenowanie. Mam wrażenie, że moje gry na Atari 65XE miały lepsze ścieżki dźwiękowe. "This Notes For You" lepsze, sporo dęciaków i "R&B". To jednak nie taki Young jakiego cenię, a utwory nie tak dobre, by poruszyć (choć sukces komercyjny był).

Czego mi zabraknie? Fantastyczny, jazzowy "Coupe de Ville", głównie z powodów osobistych. Poniżej klasyczne już wideo do "This Note's For You", czyli Neil naigrywający się z Michaela Jacksona i stojących za jego sukcesem korporacji.


The Coral - "The Invisible Invasion"



Ci zaś z albumu na album staczają się po równi pochyłej, prezentując coraz bardziej ckliwą interpretację klasyki lat 60. Dwa pierwsze krążki na półce zdecydowanie wystarczą - tu wkrada się już nuda i rutyna.

Czego zabraknie? Pewnie "In the morning" za śliczną melodię.


Portishead - "Third"


Wszystko opisałem już w recenzji. Zdecydowanie niepożądany powrót - myślę, że czas przyzna mi rację.

Czego mi będzie brakowało? Niczego.

The Cure - "The Cure" ; "4:13"


"4:13: też już było recenzowane, a "The Cure", to może nawet niższy poziom. Zespół, który tak strasznie niszczy swą legendę, że aż głupio się pastwić. Nie kopie się leżącego.

Czego zabraknie? Dokładnie tego czego w przypadku "Third"

Siouxie and the Banshees - "Scream"


Całkiem niezły album, choć mało jeszcze miał wspólnego z gotycką aurą, jaką pokochali fani. Dość surowa i skromna produkcja. Sprzedałem, bo nie wracałem do tego i raczej nie zamierzałem.

Czego mi zabraknie? Pewnie ich wersji "Helter Skelter"

Elliot Smith - "XO"


Sorki, ale nie przyjmuję zachwytów nad tym krążkiem jako jednym z najważniejszych w karierze Elliota. Gdyby na tym zakończyć, Smith mógłby być co najwyżej inspiracją Eda Harcourta, a nie tak poważanym dziś songwriterem (inna sprawa ile tego gadania wynika z "historii jego życia i śmierci", a ile z twórczości - do analizy). Nudna płyta - po prostu.

The Rockfords - "The Rockfords"


Ha! No było coś takiego. Dosyć żenujące wydawnictwo pobocznego projektu gitarzysty Pearl Jam. Cud że się sprzedało na aukcji (zadziałał opis: "zespół gitarzysty PJ"). Jestem więc mistrzem maketingu, a sam album radzę omijać z daleka.

Czego mi będzie brakowało? Chroń mnie Panie!

Perry Farrell - "Song Yet to be Sung"


Co się stało z Farrelem? Nie ma gościa po Porno for Pyros. Album nie taki tragiczny, no ale wymagać należy. Trochę poleciał Perry w elektronikę i jakieś azjatyckie klimaty, co samo w sobie niczym złym nie jest, ale fakt że właściwie mamy tu tylko jedną bardzo dobrą piosenkę już tak.

Czego mi będzie brakowało? No właśnie tej tytułowej piosenki, która poniżej:




Do tego solówka Jamesa Ihy, "Nonsuch" XTC (ale raczej z racji posiadania wczesnego wydania - chcę remastra), "Around the Sun" i "Reveal" R.E.M, "4 Track Demos" PJ Harvey, coś Waterboysów, "The Chain gang of love" Raveonettes, właściwie wszystko co miałem Black Rebel Motorcycle Club i wiele pozycji, o których już zdążyłem zapomnieć. Niech spoczywają w pokoju

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi...