niedziela, 21 grudnia 2008

święta, święta - cz.1

-
cz.1

Jak świętować, to świętować. W szale hipermarketowych zakupów, sprzątania strychów, mordów dokonywanych na karpiach i tego typu barbarzyństw, umyka nam fakt, że przecież o Boga tu chodzi. Bóg jako byt, zasada, istota? Kwestie filozoficzne zostawmy na boku. W sumie nie w tym rzecz w co każdy tam sobie wierzy. W tak niepoważnym miejscu jak ten blog chciałbym raczej zając się kwestią Boga jako inspiracji. "Inspiracji" nie koniecznie znaczy pochwały i kokietowania. Nie oznacza słodkich infantylnych piosenek o stajenkach i klękających krówkach. Inspiracji tzn. wysiłku intelektualnego, momentu zadania pytania "o co właściwie chodzi" z wszelkimi konsekwencjami jakie to pytanie niesie. Wątpić jest rzeczą ludzką i bez wątpiących ten świat nie ruszałby do przodu. Warto o tym pamiętać w przerwach między pierogami, a przygodami Kevina w nowym Jorku.


Bóg inspiruje w najróżniejszy sposób. Ten subiektywny przegląd nie jest wynikiem wielogodzinnych studiów i przemyśleń, a raczej spontaniczną próbą pokazania choćby wycinka tego, jak religia może oddziaływać na twórczość naszych ulubionych artystów. Czas więc zacząć przegląd dziesięciu piosenek o Bogu.

10. Nick Cave & The Bad Seeds - "Into my arms" ("The boatman's call" - 1997)

Któż mógłby taką listę otwierać jeśli nie Cave - artysta, u którego elementy biblijne stanowią jeden z integralnych składników twóczości. A że odczytuje ją w jedyny, niepowtarzalny i często obrazoburczy sposób - w tym jego siła. "Into ma arms" to moment odpoczynku od opowieści o mordercach i psychopatach z "Murder ballads". To Cave liryczny i introspektywny z tak dosłownym teledyskiem, że aż na granicy dobrego smaku. "Into my arms" to opowieść o człowieku, który stracił wiarę w Boga, ale nie stracił wiary w miłość. Banalne? Nie w ustach tego gościa.



9. Johnny Cash - "Why me Lord" ("American recordings" - 1994)

Nagrywając "American Recordings" Cash był już nieco schorowanym panem po 60. Akustyczna płyta z coverami wyprodukowana przez Ricka Rubina uchodzi za mrugnięcie okiem w kierunku młodszej publiczności. Cała seria amerykańskich standardów (było ich w sumie 5) spełniła zadanie i zmieniła spojrzenie środowisk niezależnych na rolę i twórczość tego artysty. Jego minimalistyczna wersja "Why me Lord?" Krissa Kristoffersona bez tych damskich wokali w tle i obdarta z wszelkiej słodyczy oryginału, poraża głębią wokalu i automatycznie przestaje mieć tak jednoznaczną wymowę jaką sugerował wyśpiewany tekst.


8. Genesis - "Jesus he knows me" - ("We can't dance" - 1991)

Wydany po pięcioleniej przerwie w działalności "We can't dance" w niczym nie przypominał dokonań grupy z okresu, gdy triumfy święcił rock progresywny. Genesis stał się zespołem popowym, ze sprzedażą płyt liczonych w milionach, teldyskami hulającymi po MTV i muzyką przypominającą raczej solowe dokonania Collinsa niż wcześniejsze okresy działalności grupy. Wyobrażam sobie jak fani wczesnego gabrielowskiego Genesis, musieli nienawidzić tej płyty. Tymczasem znalazło się tu kilka prawdziwych hitów, w tym "Jesus he knows me" - niezpomniana parodia pseudo mesjaszy wyciągających od ludzi kasę podczas telewizyjnych show. "Jesus he knows me" to w istocie kpina z płytko pojmowanej religijności kultury zachodu, ludzkiej naiwności i chęci zbawienia za wszelką cenę. Efekt komercyjny - ogromny; edukacyjny - żaden. Podobno byli tacy, co zadawali pytanie, gdzie mogą wpłacać datki. Cóż, niektórzy są niereformowalni.



7. Super Furry Animals - "God! Show me magic" ("Fuzzy Logic" - 1996)

Debiut futrzaków, mimo kilku niedoskonałości, dawał już zapowiedź najważniejszych elementów stylu najbardziej niedocenionej brytyjskiej grupy lat 90-tych. Opener pod wdzięcznym tytułem "God! Show me magic" nie tylko definiuje power-pop łącząc punkowy rytm ze świetną, nachalną melodią, ale przedstawia także specyficzne poczucie humoru Walijczyków. Nawet w takiej niepoważnej formie można zadawć Stwórcy pytania najważniejsze: o czym nie przeczytasz w gazecie, czego nie pokazuje telewizja i co jadł dziś na śniadanie twój chomik?


6. Tori Amos - "God" ("Under the pink" - 1994)

Każdy, kto choć trochę interesował się jej twórczością wie, że Tori w życiu przeszła wiele, więc do takich obrazoburczych kłótni z Bogiem jak w "God" ma pełne prawo. Kawałek o tym, że Bóg czasami po prostu nawala, że najczęściej nie daje rady, że cała ta religia tak strasznie zmarginalizowała rolę kobiet, a on jest tak bezczynny i wygodny tam na górze. Kto by pomyślał, że wideo do utworu o takiej nazwie można przystroić szczurami? Tori intryguje.

2 komentarze:

hennessy.williams pisze...

Nieźle, czekam na ciąg dalszy. Swoją drogą dzięki mrugnięciu okiem do młodszych, Cash zmienił powszechną (w sensie stereotypową) opinię o kantry i za to mu pomnik należny.

pszemcio pisze...

tak, ale chyba też Cash jest takim trochę odmieńcem na tle tych klasyków country. chociaż nie wiem, bo w temacie jestem raczej słaby:)