wtorek, 30 czerwiec 2009

Danger Mouse & Sparklehorse

Danger Mouse & Sparklehorse present - "Dark Night of the Soul"
8,0/10

Album, którego nie ma.

Cała jazda wokół tego albumu, zamieszanie związane z jego wydaniem, jakieś dziwne historie na linii Danger Mouse/EMI - to wszystko trochę niesmaczne; tak naprawdę poszkodowani są słuchacze, bo mają utrudniony dostęp do materiału, którego wartości nawet nie śmiałbym podważać. Panowie Brian Burton (Danger Mouse) i Mark Linkous (Sparklehorse) zaprosili do nagrań całkiem solidną gromadkę pierwszorzędnych głosów i stwotrzyli muzykę działającą na wyobraźnię do tego stopnia, że swoimi fotografiami przyozdobił je sam David Lynch. Całość w formie boxu (książka + album) miała trafić do normalnej sprzedaży; trafiła jedynie książka z pustym CD i znamiennym opisem "For legal reasons enclosed CDR contains no music. Use it as you will". Rozmowy nad wydaniem ponoć trwają, muzykę można też ściągnąć z NPR lub na milion mniej legalnych sposobów (w ten sposób internet zabija sposób funkcjonowania białych kruków, co nie zmienia faktu, że chciałbym to mieć także na półce).

Jest czego słuchać, bo zaproszeni goście nie tylko świetnie dopasowali się do klimatu tych nagrań - oni do jego tworzenia bardzo aktywnie się włączyli. To jednak zaskakujące, że pod względem doboru wokalistów nie ma tu praktycznie żadnej pomyłki. Zaskakujące, gdyż obok (niewątpliwie) czujących słodko-senne klimaty wokalistów Flaming Lips czy Grandaddy, znalazło się tu miejsce dla (uwaga) Iggiego Popa, Franka Blacka czy Juliana Casablancasa, a to już (przyznacie) nieco inne muzyczne bajki. Nie będzie wyciągania za uszy do tablicy - wszyscy spisali się świetnie, a linie wokalne na tym krążku wręcz zachwycają. Dla wymienionej trójki przygotowano może bardziej dynamiczne i hałaśliwe fragmenty, wszystko jednak składa się na zgrabną całość, a niedbały wokal frontmana Strokes nigdy mnie tak jeszcze nie urzekał jak w zamieszczonym tu "Little girl".

Materiał oscyluje wokół klimatów bliskich temu, co Linkous robi na płytach Sparklehorse. Być może z większą dbałością o szczegóły, więcej jakichś pulsów w tle, więcej orkiestrowych wstawek (kapitalny "Star eyes" z udziałem Jamesa Mercera), ale z należytym umiarem. Mimo wszystko całość delikatnie podlano lo-fi sosem; z dala od czystych i przejrzystych dźwięków, wywołując skojarzenia z (do wyboru) puszczanymi od tyłu taśmami w tle, brzmieniem analogów, muzyką słuchaną przez słuchawkę telefonu. Sam Linkous udziela się wokalnie w duecie z Niną Person w "Daddy's gone", co w niczym nie ustepuje jego pamiętnej kolaboracji z P J Harvey. W ogóle po nieco już wymęczonym "Dreamt For Light Years In the Belly of a Mountain" Mark się nam jakby odrodził, a goście i współpraca z cenionym DJem nadaje jego twórczości nowy koloryt.

Sorki, że patrzę na to dziełko z perspektywy Sparklehorse, ale to już jakby wątek osobisty i znaczenie tego zespołu dla mojej muzycznej percepcji. Tak naprawdę nie mam pojęcia jaki był szczegółowy i ilościowy wkład muzyków w każdy utwór, co jednak wyrzutów sumienia we mnie nie wzbudza. Jak już się dogadają i to po bożemu wydadzą, to możemy pogadać, póki co pozostaje jedynie słuchać, może właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodziło?

czwartek, 25 czerwiec 2009

MUSIC IS MY RADAR!!!


~*~



No, jeśli ktoś do tej pory nie wiedział (możliwe??? eeee...) skąd wziął się podtytuł tego bloga, to najwyższy czas sobie uświadomić. Okazja jest i to taka, że lepiej usiąść. Otóż wczoraj na stronach GW pojawił się taki artykulik (tylko proszę nie zwracać uwagi na ten mega czerstwy opis ich artystycznej drogi):


Fakt, brzmi to jak cud, ale przecież jeszcze do niedawna sam powrót do wspólnego grania i widok Coxona z Albarnem na jednej scenie, wydawały się jakimś nieśmiesznym żartem, a jednak pierwszy raz od lat grają, więc czemu nie u nas?

Powiedzmy sobie szczerze, wszystko to trochę śmierdzi jakąś prowokacją i medialną ściemą. Tu jakiś biznesmen, tu jakieś 5 mln (!!!), tu tylko 5 tys. szczęśliwców. Cóż, połudźmy się chociaż, nawet jesli niebawem okaże się, że ktoś najzwyczajniej w świecie robi sobie z nas jaja.

PS: Dziś pierwszy raz od wielu dni za oknem jaśniej, więc ta radośniejsza odsłona ich dorobku jak najbardziej; czas zacząć sobie przypominać:





wtorek, 23 czerwiec 2009

Eels

Eels - "Hombre Lobo: 12 Songs of Desire"
4.0/10

"Hombre Lobo: 12 Song of Desire" - czyli o wilkołaku, który pożądał.

Jeśli interesowałeś się muzyką w latach 1996-98, mogłeś słyszeć o Eels z rekomendacji Pana Kszczotka w "Tylko Rocku"; jeśli interesowałeś się w roku 2001, mogła ci się udzielić podjarka Pana Kostrzewy związana z albumem "Souljacker"; jeśli z kolei dźwięki zwracały twoją uwagę dopiero w latach dominacji internetu jako medium, z pewnością udzielił ci się hype dwupłytowego kolosa - "Blinking Lights and Other Revelations".

Załapałem się na Eels w pierwszym okresie - "Beautiful Freak" i "Electric-Shock-Blues" mają stałe miejsce na mojej półce z płytami; może w tej chwili bardziej na zasadzie dokumentacji mojego słuchania i sentymentu, niż przeświadczenia o jakiejś wyjątkowości, ale też uroku im odmówić nie sposób. Wtedy postrzegano zespół (a właściwie frontmana) w kontekście twórczości Becka, dziś - z perspektywy czasu i zasług - porównania kapeli do kolesia, który przybliżył lo-fi masom, wydają się trochę nie na miejscu.

Mark Everett konsekwentnie budował swój repertuar na własnej biografii. Nie były to wesołe sprawy, jakieś samobójstwo siostry, jakiś rak matki, relacje z ojcem i takie historie. Innymi słowy - połowę sukcesu na drodze do kultowości zapewniało mu własne życie i umiejętność dzielenia się nim ze słuchaczami. Mówił o tym wszystkim dosadnie i prosto, czasem niby przewrotnie, ale zawsze z ukrytym gdzieś na drugim planie dramacikiem. "Dramacikiem" - właśnie, to co jest przekleństwem tego gościa, to fakt że nie jest on muzykiem, a "muzyczkiem", jego utwory to "utworki", jego językowe wypociny to nie teksty, a "tekściki". Tak, to co na dwóch/trzech płytach można jeszcze określać mianem "proste, ale szczere" i przedstawić jako pozytyw, na albumie dziewiątym jest już tylko irytującym grafomaństwem. E operuje zdolnością opisywania świata na poziomie rozgarniętego 10-latka i niestety nic tu nie pomagają tłumaczenia, że to pierwszy album, na którym nie śpiewa o sobie; na nic opowieści o koncept-albumie, przedstawiającym sposoby, jakimi ktoś totalnie wyalienowany ("Homre Lobo - po hiszpańsku "wilkołak") chce zdobyć obiekt pożądania. To tylko przykrywka, pod którą kryją się grane w kółko od ładnych paru lat, te same trzy utwory na krzyż, te same motywy, ta sama prostota i te same (irytujące już mocno) smutki.

To właściewie zbiór autoplagiatów i każdy z tych kawałków ma po kilka odpowiedników na innych albumach Eels. Brzmi to jak zbitka cytatów, co by jeszcze nie było takie złe, gdyby nie fakt, że E cytuje tylko siebie samego. Jest może dynamiczniej, ale też nie tak, by to kogoś zaskakiwało; jest brudniejsze i surowsze brzmienie zakorzenione gdzieś w bluesie i bluesowych początkach rocka, ale to też już było (chociażby na "Shootenanny"). Brak tu polotu, choćby namiastki świeżości i jakości, jaką jeszcze dałoby się wykroić z połowy materiału "Blinking Lights..." Nie pomogła broda, która ponoć była natchnieniem dla tych piosenek (w sensie - symbol wyobcowania), nie tym razem Mark, nie w ten sposób chłopie.

Jak długo jeszcze można szafować słowem "szczerość", w celu ukrycia postępującego z czasem braku kreatywności, powtarzania się, infantylizmu i nadmiernej prostoty? To pytanie do recenzentów tego albumu, którzy napiszą że E nagrał kolejny piękny zbiór piosenek.

P.S. Za to koncert w Polsce bym w końcu zobaczył, bo podobno nieźle wymiatają. W ogóle Everetta trudno nie lubić, więc mu ten album (jak kilka innych) wspaniałomyślnie wybaczam.

poniedziałek, 15 czerwiec 2009

Grizzly Bear

Grizzly Bear - "Veckatimest"
9,2/10

Warto nie zasypiać przy "Veckatimest"

Zasypiałem przy "Veckatimest" wiele razy. Zasypiałem przy "Veckatimest" gdy udręczony pracą chciałem sobie umilić chłodne wiosenne wieczory; zasypiałem przy "Veckatimest" w senne niedzielne poobiednie popołudnia i w sobotni deszczowy poranek. Zasypiałem przy "Veckatimest" po winie, zasypiałem po piwie i wódce. Zasypiałem na materacu, na leżaku, w fotelu i w wannie. Zasypiałem ze śliczną dziewczyną u boku, zasypiałem w samotności (tu fajnie by było wtrącić coś o wylegiwaniu się na kanapie z moimi dwoma słodkimi zidiociałymi sukami, ale obie staruszki odeszły do krainy cieni - niech spoczywają w pokoju). Jednym słowem zasypiałem przy "Veckatimest" już wszędzie i o każdej porze, lecz niech nikogo nie zmyli to moje zasypianie; przyczyną wcale nie była nuda i beznadzieja bijąca z dziełka Amerykanów, przeciwnie - przyczyną była indolencja mojego zmęczonego umysłu niezdolnego ogarnąć ogromu muzycznych wrażeń. Zadziałał swoisty mechanizm obronny: nie ogarniasz? uciekaj! Wniosek z tego przydługiego wstępu banalny - jeśli zabierasz się za ten album, musisz być wyspany.

Jest rzeczą wprost nieprawdopodobną jaki dystans dzieli ich kolejne albumy. Już "Yellow House" był w stosunku do minimalistycznego lo-fi debiutu sporym postępem. Przyjęty entuzjastycznie był w istocie zaledwie czymś pośrednim między niewyraźnym "Horn of Plenty", a wypieszczonym do granic, błyszczącym barokowym blaskiem, strukturalnie finezyjnym folkiem "Veckatimest". Przerażający jest perfekcjonizm każdego dźwięku na tym krążku, to budowanie z poszczególnych elementów wysmakowanych struktur, dopasowanie każdej najmniejszej cząstki i ich wzajemne korelacje. Te wokalne harmonie czasem brzmiące jak natchnione, niemal kościelne zaśpiewy, czasem przywołujące na myśl śliczne wokale Beta Band, no i (porównanie tak wyświechtane i banalne, że aż nieprzyzwoite) często inspirowane Beach Boysami, czego zresztą muzycy specjalnie nie ukrywają. Przy czym, mimo opasłej formy, udaje się zespołowi sprytnie unikać nadęcia i zbędnego patosu, nie ma co - bije z tego po oczach światło (zresztą nawet dosłownie - obejrzyjcie video do "Two Weeks"), a zwroty akcji (niby płynne, łagodne, a jednak zaskakujące) nie pozwalają na emocjonalne skrajności. Najlepiej obrazują to słowa Edwarda Droste na temat "All we ask" (źródło: "Drowned in sound"): "I, for some reason, decided to flip it around, do it on guitar and make the whole chord progressionmuch happier, removing most of the minorchords".

Niektóre z tych kawałków (przepraszam: utworów) dojrzewały latami, w tym czasie projektowano je (to dobre określenie, bo to misterne konstrukcje), zmieniano koncepcje, dopieszczano brzmienie, wzbogacano doświadczeniami z artystycznego życia (trasa z Radiohead), burzono i tworzono na nowo - i to wszystko słychać. W takich przypadkach łatwo przedobrzyć, ale im udało się skończyć w momencie apogeum twórczych możliwości; misternie tkany plan sie ziścił, powstało dzieło kompletne.

Sorki za podniosły ton, ale to drugi album w tym roku, który mną dosłownie wstrząsnął. W ogóle czas sobie uświadomić kim dla współczesnej sceny (indie-folkowej??? yyy, właściwie jakiej do cholery???) są ci kolesie. Dwa kapitalne albumy Grizzly Bear w trzy lata ("Horn of Plenty" nie liczę - debiut jak debiut, bonusowy krążek z remiksami lepszy) i oba spokojnie wskakują do 100, a może 50 dekady. Do tego Department of Eagles, współpraca z Beach House czy Dirty Projectors. Co to ma być? Jakieś pieprzone automaty?

Nie, nie zasypiajcie przy "Veckatimest", nafaszerujcie się ciężkostrawnymi świństwami na noc, zróbcie sobie kawę - siekierę, otwórzcie okno na oścież, weźcie jakieś tabletki czy coś, broń Boże nie zasypiajcie!

czwartek, 11 czerwiec 2009

Rewizja 2005/2006


~.~

Jak sobie wyświetlicie dział "recenzje" na www.screenagers.pl i posegregujecie teksty według autorów, to zauważycie że jest tam nadal mała działka z moim imieniem i nazwiskiem. Kiedy w latach 2005-2006 decydowałem się wysyłać swoje prace do redakcji portalu, byłem pełen skrywanej zazdrości w stosunku do piszących tam, z racji ich muzycznej wiedzy, obycia i bywania na koncertach, które pozostawały w sferze moich marzeń. Porcys i Screenagers odwiedzam regularie od lat i podziwiam tych wszystkich, którzy potrafili wstać z kolan rozprawiając nawet o największych świętościach i wyzwolić się z dominującej u nas jeszcze kilka lat temu konwencji pisania o muzyce. Autorzy tych serwisów udowadniają, że o muzyce alternatywnej (ale również masowej) można naprawdę mówić rzeczy głębsze, analizując zjawiska w sposób szerszy niż standardowa notka w kolorowej prasie, no i z jajem. Koniec z traktowaniem recenzji jako koniecznego dodatku, dlaczego nie mają funkcjonować jako oddzielny kulturowy byt?

Te portale bardzo się różniły: do Screenagers przylepiono łatkę dzieciuchów łykających zachodnie hajpy, do Porcys - przemądrzałych studentów i zblazowanych malkontentów (zdaję sobie sprawę, że gdyby porcysiak zanalizował jakikolwiek mój tekst o muzyce, najpewniej zniszczyłby mnie jednym celnym ciosem), ale w ciągu lat te dwa obozy się dotarły i w sumie bardzo do siebie zbliżyły, ustalając kanon pisania o muzyce bez niepotrzebnych obciążeń związanych choćby z faktem dorastania w czasach, gdy płyty trzeba było sprowadzać z zachodu (wiecie o co mi chodzi, np. dla Kaczkowskiego każdy nowy koncertowy album Gilmoura, to będzie najpewniej album dziesięciolecia - w sumie takie niegroźne wariactwo, ale kiedy to ustanawia kanon pisania/mówienia o muzyce, to już raczej niebezpieczne). Nowe portale wypełniły pewną niszę, skupiły się zarówno na artystach niezależnych, jak i typowo komercyjnych (głównie Porcys), o których jednak potrafili pisać w sposób nieszablonowy. Nie ma świętości, jest analiza zjawiska, często ostra i dosadna, może czasem nawet niesprawiedliwa (że już o ostatnich personalnych jazdach nie wspomnę), ale o ileż lepsza od wyświechtanych, przewidywalnych do bólu artykułach o albumowych pojedynkach gigantów (tu mój drwiący uśmieszek) Green Day Vs Placebo (WTF?).

Ok, to tyle słodzenia - do meritum. Tak więc pełen zazdrości i z postanowieniem, że "ja też tak chcę", przesłałem tych kilka tekstów do redakcji Screenagers. Teraz po paru latach je przejrzałem i stwierdziłem, że większość niestety nie daje rady. Nawet się poważnie zastanawiałem czy nie poprosić o zdjęcie ze strony, ale w sumie po co? Niech sobie będą jakimś tam świadectwem pewnego etapu mojego słuchania, w sumie i tak niewielu to obchodzi. A nuż kiedyś argument "wiesz, pisałem dla screenagers" będzie szczytem lansu działającym na 18-latki? Kto wie? Krótkie sprostowanie jednak nie zaszkodzi, jakby co trzeba mieć argument, że "przecież to wszystko odwołałem":

1. The Boy Least Likely To - "The Best Party Ever" (wtedy - 8/10, dziś - góra 6/10) - tu na szczęście nie było za bardzo czego spieprzyć. Oczywiście zawyżona ocena związana z autentyczną potrzebą posiadania swoich typów, które niekoniecznie zbiegają się z typami otoczenia (tzn. Pitchfork to hajpował także, ale nieskutecznie). Pomijam fakt jakichś słabych wstawek odnośnie urzędującego prezydenta, które miały sprawić by było kontrowersyjnie (LOL) czy ustawianie tej płyty w kategorii debiut roku (LOL!), mimo to nie czerwienię się aż tak bardzo na myśl o tym tekście.

2. Andrew Bird - "Andrew Bird and The Misterious Production of Eggs" (wtedy - 8/10, dziś - 7,5/10) - lubię ten tekst, nie z racji jego finezji (no raczej, bo jest tu kilka śmiesznych kawałków o "pięknych dźwiękach"), ale z racji tematu. Bird był u nas kompletnie nieznanym muzykiem (do tej pory zresztą ilość publikacji na jego temat w rodzimym języku jest dość uboga) i było to jakieś wyzwanie. Zresztą często powtarza się, że Bird wypłynął na fali hajpu Sufjana Stevensa, co w kontekście wcześniejszego dorobku Andrzeja jest bzdurą.

3. (SMOG) - "A River Ain't to Much to Love" (wtedy - 6/10, dziś - 6/10, a mimo to opinia o płycie zupełnie inna) - no siara, siara naprawdę. Pisanie o Callahanie w kategoriach licealnego "kojenia bólu, gdy za oknem deszcz", to nieśmieszny żart. Brak dobrze opisanego kontekstu tak bardzo wypaczający obraz muzyka oraz spłycanie jego dorobku do kategorii "alt. country mniej melodyjnego niż Bonnie "Prince" Billy" - to powinno być karalne. Dziś mam tego świadomość (żeby nie było), a jak ktoś chce tekstu godnego opisywanego artysty to tutaj. O moim proszę zapomnieć i już nie wypominać, już mi wystarczająco wstyd.

4. Live - "Songs From The Black Mountain" (wtedy - 2/10, dziś - pewnie 1/10, gdyby mnie ktoś zmusił, żeby tego słuchać) - mogę się poszczycić faktem, że ta recenzja otwierała nowy rozdział Screenagers (szata graficzna), ale to w zasadzie wszystko czym mogę się w związku z tym tekstem pochwalić, bo jechanie po takim zespole jak Live żadnym wielkim wyczynem nie jest.

5. Ed Harcourt - "The Beautiful Lie" (wtedy - 7/10, dziś - góra 5/10) - do tej notki jakoś trudno mi się przyczepić, jeśli chodzi o stronę leksykalną, natomiast do merytorycznej już tak, a bardziej do znaczenia tej muzyki. Dziś pojęcie płyty siódemkowej, to jednak określenie czołówki roku, a tu daję tak zawyżoną ocenę płycie, która stanowi w zasadzie "takie nic", wałkowane już miliony razy. Generalnie tego gościa nie ma, nie było nigdy. Są trzy kawałki z debiutu i to wszystko, za mało by istnieć.

6. Elbow - "Leadders of the Free World" (wtedy - 6/10, dziś - 4,5/10) - z Elbow to w ogóle dziwna historia. No ok - nudziarze, ale niektóre rzeczy im wychodziły całkiem sprawnie. Ten album tragiczny jak dla mnie, z tym że gdy na tym blogu recenzowałem ostatnią ich płytę, to też bardzo przesadziłem z oceną (więc ja się na nich nabieram regularnie). Czas weryfikuje opinie; wszystko się sprowadza w przypadku tej kapeli do debiutu i chyba jednak rację mieli Ci, którzy mówili, że nie ma o co kopii kruszyć. Samej recki się nie wstydzę, ale dumny też nie jestem.

7. Mercury Rev - "Secret Migration" (wtedy - 7/10, dzisiaj - 5/10) - tu z kolei wstyd okropny. Stopień "czerstwości" tej recki wydaje się dla innych nieosiągalny. Żałosne stwierdzenia w stylu: "bajka z innego świata" (że hę?), "baśniowa aura", "opisywać nieopisywalne". Nie no - mega LOL. Ta recka to hybryda tego, czego sam w pisaniu o muzyce najbardziej nie znoszę. To jest straszna taniocha, w dodatku na maxa naciągana, bo to był najsłabszy album Mercury Rev. Jedyne czym mogę się pocieszać, to faktem że chciałem nakreślić kontekst i napisać coś o wczesnych dokonaniach Mercury, które rodzime kolorowe pisma zazwyczaj pomijają, sprowadzając ich dorobek do Deserter's Songs (a to zbrodnia, sorry ale takie teksty świadczą o chujowości piszącego). Ale zaraz zaraz, jak tak doczytuję, to widzę że ten kontekst to ja nakreślam bardzo nieudolnie, a wszystko i tak sprowadzam do Dezerterów, więc...

8. Bonnie "Prince" Billy & Matt Sweeney - "Superwolf" - (wtedy - 9/10, dziś - 8/10) - przede wszystkim Bonnie to mój ulubieniec, a ta recka pisana była z pozycji klęczącej i to jest główna jej wada. No i znowu popisałem się całkiem przyzwoitą liczbą czerstwych określeń (a w ogóle te wnikliwe analizy warstwy lirycznej też zabawne). To jednak nie zmienia faktu, że dla mnie "Superwolf" nadal stanowi jedno z lepszych dokonań księcia, więc głównych założeń bym tu specjalnie nie zmieniał.

środa, 3 czerwiec 2009

Casiotone For The Painfully Alone

Casiotone For The Painfully Alone - "Vs. Children"
7,5/10


Posiadanie brody zaczyna powoli określać artystyczny byt - pokaż mi swoją brodę, a powiem Ci ile smutku w twej muzyce.

Występ Casiotone For The Painfully Alone - jednoosobowego projektu Owena Ashwortha - będziemy mieli okazję obejrzeć podczas tegorocznej edycji Off Festivalu, ale to nie jedyny powód, dla którego warto poświęcić artyście tych kilka wymęczonych zdań. Przede wszystkim brodacz nagrał coś co nazwał "Vs. Children" i co mi troszkę krzyżuje blogowe plany, bo miało być o tym, że nowa P. J. Harvey nie daje rady albo o tym, jak u nas olewa się dorobek Harry'ego Nilssona, no ale dobra...

Zabawki jakich zwykł używać Owen do tej pory i jakie składały się na bardziej syntezatorowe (no Casio przecież!), mechaniczne brzmienie, pełne sampli, loopów i tym podobnych wynalazków, postanowił tym razem przyozdobić czymś cieplejszym - stąd pianino, akustyki czy melotron. Daje to efekt takiego nieco surowszego Sparklehorse i czegoś równie minimalnego co topornego (choć w tym przypadku to określenie wcale nie jest pejoratywne). Większość tych utworów można skwitować określeniem "miniaturki", co się tyczy zarówno długości, jak i nieskomplikowanych struktur, a więc trzymania się jednego motywu, na którym te cudeńka jadą.

No właśnie - cudeńka. Operując prostą melancholijno-dostojną barwą, gdzieś na granicy Callahan/Wagner (Kurt - żeby nie było wątpliwości) i niezwykłą zdolnością eksponowania najróżniejszych odcieni zadumy, tworzy muzyk osobliwy (zaledwie 30-minutowy) zestaw, będący świadectwem ponadprzeciętnych umiejętności władania umysłem słuchacza. Niezwykle ważny aspekt stanowią teksty - tu wszystko rozgrywa się już na poziomie frazy czy nawet pojedynczych słów. Począwszy od przywołania legendy Bonnie & Clyde, snuje podmiot nieco tajemnicze, choć sugestywne i mroczne historie. Ciekawe jak np. w takim "Killers" Ashworth rozpatruje kwestie potencjalnego macierzyństwa/ojcostwa i jego konsekwencji. Jest niby przewrotnie, bo w kontekście antykoncepcji padają słowa "We could be killers just for one night" (co jest oczywistą trawestacją "Heroes" - Bowiego), ale uwierzcie, że nikomu tu do śmiechu, szczególnie gdy obok padają wyznania w stylu: "Til you are dead/thats how long you are parent".

To raczej nie jest album do nieustannego katowania, nie ma potrzeby. To album na okazje szczególne; to jest w zasadzie album na takie chwile, w których masz ochotę zaszyć się w ciemnej komórce, by masturbować się swoim własnym smutkiem. Niby emocjonalny masochizm, ale zdarza się każdemu. A rano i tak zaświeci słońce i wtedy można śmiało zgolić brodę.

czwartek, 28 maj 2009

Camera Obscura

Camera Obscura - "My Moudlin Career"
7,8/10


"Ładna ta płyta, ale wszystkie piosenki takie same"
(Kasia - żona ma przyszła)

Camera Obscura - szkocka kapela przez wielu spisana na straty jako gorsza wersja Belle & Sebastian (zresztą Murdoch ich nawet produkcyjnie wspierał), a od wydanego w 2006 r. "Let's Go Out of This Country" przedstawiana jako drużyna ekspertów od ładnych piosenek opartych na Spectorowskiej ścianie dźwięku, co wredni krytycy mogliby równie dobrze drwiącym uśmieszkiem skwitować, ale jakoś nikt nie chce.

Może sobie dziś szanowny słuchacz pomrukiwać, że to co w latach 60-tych było krokiem milowym w dziedzinie aranżacji, dziś jest przecież oczywistością. Te wszystkie gęste, uginające się od ciężaru nakładanych ścieżek piosenki, te akustyki, orkiestracje, smyki i dęciaki, to już jakby mocno nieświeże. Fakt - mocno nieświeżo brzmi ta muzyka, ale o dziwo Szkoci potrafią zrobić z tego zaduchu atut. "My Moudlin Career" otula słuchacza nieco filmowym czy wręcz festiwalowym klimatem ze sporą dawką lukru, lecz z istotnym założeniem, że "oni tak specjalnie" i przede wszystkim z prześlicznymi melodiami. Aranżacja - słowo klucz dla tych nagrań, bo atmosfera przepychu w tym przypadku powala. Także wokal Tracy Campbell bardzo retro, przy czym równie miękki i ciepły co gorzki - większość zamieszczonych tu historii opowiada o stosunkach damsko-męskich z perspektywy "kobiety zawiedzionej". Wokal, który z jakichś powodów kojarzy mi się z głosem Neko Case.

Uwaga Kasi nie bezzasadna - to nie jest muzyka którą rozpatruje się w kategoriach rozrywki czy mocnych wrażeń, a raczej nastroju i detali. Te nagrania - wbrew pozorom - wymagają kilku bardzo uważnych podejść, ale opłaca się, bo po wszystkim trudno je z pamięci przegonić. Łatka brzydszego rodzeństwa B&S odkleja sie w tempie niemiłosiernym, a brzmieniowy wypas i niedzisiejsza wrażliwość w połączeniu z "tymi" melodiami, składają się na ich własny kawałek tortu. Zresztą mniej tu takiego inteligenckiego wydźwięku, jaki charakteryzuje ich starszych kolegów, mniej aluzji do filmu czy literatury, a więcej ukierunkowania na emocje (odczucie pewnie bardzo subiektywne). Zresztą oni też potrafią być uroczo intertekstualni, choćby przez nawiązanie do Paula Simona:

On the bus radio "Fifty ways to leave your lover alone"
I laughed at the irony
But life is stupid, the irony all lost on me
I got lost on me

No i w ogóle coś mi świta, że w kategorii "piosenka", to Camera Obscura w tym roku rządzi.

wtorek, 19 maj 2009

Conor Oberst And Mystic Valley Band

Conor Oberst And Mystic Valley Band - "Outer South"
5.9/10


"Dzienniki Meksykańskie cz. II"

Dziwna sprawa z Oberstem. Nigdy mi do końca jego pomysł na muzykę (a raczej śpiew) nie podchodził, ale raz za czas - w miarę regularnie i z wyraźną podjarką - sięgam po nowe wydawnictwa, w jakich się udziela; co mnie w efekcie umacnia w przekonaniu, że... nigdy mi jego pomysł na muzykę (a raczej śpiew) nie podchodził.

Dobrał sobie podczas meksykańskich wojaży całkiem zgrabną i sprawną drużynę o zerowym poziomie "spinki", więc i on sam jakby mniej nerwowy. To ortodoksyjnych fanów pewnie zasmuci, mnie zaś cieszy niezmiernie, bo w końcu poziom irytacji we mnie znośny. Z tym młodzieńcem (no może już nie do końca) trochę jak z Antonym, albo manierę łapiesz albo się krzywisz z niesmakiem; tzn. tak go widziałem do teraz, bo naprawdę sie nam chłopak wyrobił. Zresztą Oberst skomponował jedynie połowę materiału "Outer South" i w niej się wokalnie udziela, co dodatkowo łagodzi emocjonalny ładunek tych nagrań.

Jeśli chodzi o same dźwięki, to do historii muzyki soft - rock - folk - country, wkład ten album wnosi żaden, co niekoniecznie go dyskwalifikuje - się rozumie, że chcąc słuchać tylko tego co świeże i oryginalne, na starcie skreślilibyśmy 99 % muzyki rozrywkowej, więc spoko loko i wrzucamy na luz. Wprawdzie już po wydaniu nieszczęsnej "Cassadagi" marzenia o nowym Dylanie można było sobie w głębokie zakamarki najbardziej niedostępnych miejsc wsadzić, lecz nie zmienia to faktu, że "Outer South" o swoistym wyrobieniu i dojrzałości świadczy. Jest dźwiękowy rozmach, bogactwo, ale też klawiszowa miękkość i aranżacyjna perfekcja, co się razem na zapatrzenie w lata 70-te składa.

Oczami duszy widzę gorycz zawiedzionych:

- "Conor grzeczniejszy, głos jakby mniej drżący, a dźwięki dojrzalsze. Gubi przez to coś, co go wyróżniało na tle setek wokalistów. Szczerość, pasja, egzaltacja, a nawet pretensjonalność - jeśli w tym chłopak nie przesadza, to jakby już nie on był, jakby kto inny. "

Ja na to:

- Może mniej w tym gówniarskich emocji, ale zauważcie dzieci, że teraz jego głos podporządkowany piosence, a nie piosenka głosowi. Nieznośna maniera nieco utemperowana staje się manierą już tylko charakterystyczną i frapującą, a kawałki skomponowane przez niego na "Outher South" do najlepszych tu należą. Więc w czym problem? Dorastamy dzieci kochane, dorastamy.

Problem z tym albumem mam następujący: będąc wreszcie w takim punkcie swojej artystycznej drogi, jaki bez zastrzeżeń i z pełną przyjemnością łykam, facet wydaje krążek, którego jest zaledwie współautorem. Nie żebym miał coś do współtowarzyszy artystycznej niedoli, ale brak członkom Mystic Valley Band czegoś na tyle charakterystycznego, by się tym jakoś szczególnie podniecać. Nie wychodzą chłopaki poza estetykę dojrzałego Dylana/późnego Mike'a Scotta i mimo całej sympatii oddać trzeba, że bez lidera ich wartość spada dramatycznie.

Zostaje kilka bardzo przyjemnych kawałków i jeden dosłownie masakrujący świadomość każdego, kto posiada choćby ślad jakichkolwiek ludzkich odruchów - delikatny "White Shoes". Pojedyncze dźwięki strun, drżący głos Obersta, klimatyczny pogłos, piękny tekst, rozbrajająca melodia i dawkowanie emocji w końcówkach zwrotek. Chlip (ej no!), chlip (no daj spokój pszemo!!!!), smark, chlip (weź się stary ogarnij - boszzz, jaka siara przed kumplami), chlip...

środa, 13 maj 2009

Animal Collective

Animal Collective - "Merriweather Post Pavillon" 9,6/10

Tej recenzji nie było.

Tej recenzji nie było, zapomnijcie o niej. Ta płyta, jak żadna inna w bieżącym roku, jakimkolwiek omówieniom się nie poddaje. Przy próbie opisu "Merriweather Post Pavillon" poległo już wielu - nie mam ochoty być następnym w kolejności.

Nie jestem profesjonalistą, nie znam się na nutkach, nie ogarniam wszystkich tych maszynek do generowania dźwięków, zasad działania konsolet z dziwnymi pokrętłami; nie znam historii wszystkich przewijających się tu wpływów, nie czaję wszystkich trudnych pojęć, jakimi mądrale zazwyczaj określają dźwięki Animal Collective. Nie chcę być też przesadnie oryginalny, nie będę próbował zestawiać tego z jakimiś muzycznymi zjawiskami kompletnie z dupy, nie potrafię - wymiękam.

Nie wiem jak się to określa, kiedy nakłada się dana liczba ścieżek, a rytmy funkcjonują równolegle, prostokątnie czy koliście, tworząc całość, przy której po raz pierwszy w historii tej kapeli tańczę (ale nie chcielibyście na to patrzeć, uwierzcie). Nie chcę się też powtarzać, bo przecież mógłbym wspomnieć o przerabianiu wokalnych sztuczek lat 60-tych na nową modłę, zakwaszeniu całości albo o rytmach plemiennych. O tych rzeczach pisze się standardowo przy okazji wydania każdego nowego dzieła kolektywu, a przecież one wszystkie tak bardzo się różnią. Wydaje się, że średnio uzdolniony pismak jest w stanie bez problemu stworzyć tekst uniwersalny na temat tej muzyki, recenzję - matkę, którą z grubsza opisze każdą ich płytę zamieniając jedynie tytuły. To wcale nie świadczy o magii języka, a raczej o tym jak nie daje rady w zetknięciu ze "zjawiskami", bo ten zespół jest zjawiskiem, a dobiegająca końca dekada jest ich dekadą.

Poznałem Animal Collective w 2005 r., przy okazji wydania "Feels", który to album aż do teraz pozostawał moim ulubionym w ich dyskografii. Pewnie trochę z sentymentu i siły "pierwszego rażenia", ale też z racji nieprzeciętnego jak na nich ładunku "normalności". Nie żeby były tam konwencjonalne piosenki, ale ktoś kto (jak ja) miał np. obcykaną wczesną dyskografię Mercury Rev, bez problemu mógł to załapać (nie wyobrażam sobie poznawania ich muzy od "Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished", choć to rzecz wielka. Po prostu nie byłbym gotowy, wiem o tym). "Merriweather Post Pavillon" zostawia w tyle i "Feels" i (jednak!) "Spirit...". Mniej szorstki od "Starawberry Jam" i zdecydowanie najspójniejszy w dotychczasowej dyskografii. Tradycyjnie już (jak każdy ich album od czasu "Sung Tongs") został w chwili wydania okrzyknięty najbardziej przyswajalnym dokonaniem Amerykanów. Czy to prawda? A czy to ważne?

Ta recenzja nic ciekawego Wam nie powie, bo właściwie nie jest recenzją. Ten pożałowania godny tekst, to bardziej dezinformacja niż konkret. Kilkadziesiąt linijek o niczym, pseudoekspercka nowomowa, która kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym się zaczęła. Jeśli jednak dotarłeś aż tutaj - gratuluję; jesteś wyjątkowo wytrwałym i odważnym człowiekiem, jesteś moim małym prywatnym blogowym superbohaterem. Jednym słowem - jesteś już gotowy na Animal Collective.

środa, 6 maj 2009

Cymbals Eat Guitars

Cymbals Eat Guitars - "Why There Are Mountains"
5,6/10


Od coverowania wczesnych nagrań Weezer, przez współpracę z gościem odpowiedzialnym za ostatni album Modest Mouse, aż po prestiżową miejscówkę w "best new music" Pitchforka - tak mniej więcej wygląda dotychczasowa kariera nowojorczyków.

Jeśli na serio myślę o kimś, że jest artystą niezależnym, to raczej nie w tym rzecz czy jest sprzedajną dziwką, pławiącą się w mamonie wielkich wytwórni, czy może nagrywa dla kumpli w śmierdzącej i ciemnej piwnicy (takie wartościowanie jest już dawno nieaktualne, darujmy sobie, naprawdę). Jeśli mówię o "niezależności", mam na myśli przede wszystkim jej sens czysto artystyczny, coś co sprawia, że słuchając wykonawcy wyczuwasz inwencję otwartego umysłu, wnoszenie czegoś absolutnie swojego. Schematy? Trendy? Zarżnięte i ograne do granic wytrzymałości patenty? Konwencje i pozy? Artysta niezależny korzysta z nich (owszem, no bo jak nie korzystać?), ale naznacza tą twórczość swoją osobowością tak silnie, że słuchaczowi otwierają się w mózgu kolejne klapki. W tym sensie Prince był (jest?) tworem równie wartościowym co Velvet Undergroud czy Pixies, z kolei rzesze nowych rockowych kapel mają z artystycznym buntem wspólnego tyle co nic. Czas zdewaluował stereotypy rządzące powszechnym odbiorem muzyki wszelakiej (ojjjjjj, wkradł się banał).

Cymbals Eat Guitars są niezależni niestety jedynie w tym "piwnicznym" znaczeniu. No faktycznie trochę syndrom kopciuszka (częste to ostatnio), którego próbuje się (pewnie z powodzeniem) przedstawiać światu jako objawienie. Niestety - paradoksalnie - o wątpliwościach co do ich twórczości zadecydowało to, co miało dać im tą pozorną "niezależność". Wyciągnięci z nory przez producenta ostatniego krążka Modest Mouse (Kyle "Slick" Johnson), całkowicie łyknęli estetykę bossowskiego indie lat 90-tych, żerując na nieustającym sentymencie krytyków do gitarowych arcydzieł w klimatach "There's Nothing Wrong With Love".

Kolejny paradoks - "Why There Are Mountains" brzmi świetnie, ale jest to taka świetność, w której nie ma ani odrobiny zapowiedzi własnego stylu, raczej czerpanie z uznanych, choć dziś już dość zatęchłych źródeł (kiedyś wręcz wzorcowych dowodów na otwartość umysłu). Miotają się więc między gitarowymi i perkusyjnymi zagrywkami, w których często wypadają jak cover band Modest Mouse (tam gdzie brzmienie bardziej się rozrzedza) albo ulegają wyraźnym wpływom Built To Spill (tam gdzie brzmienie się zagęszcza), czasem epatując luzackim podejściem do tematu w klimacie Pavement i rażąc barwą wokalu, który bywa skrzyżowaniem Brocka z Martchem. Owszem, można sie doszukiwać jakiegoś echa pseudo-folku z dęciakami trochę w klimatach dynamiczniejszych kawałków Bright Eyes ("Indiana") albo pokłosia shoegaze'u w "Share", ale w sumie nie trzeba, bo lata 90-te definiują ten krążek w dostateczny sposób.

Bardzo ambiwalentne uczucia towarzyszą słuchaniu tych nagrań, bo panowie mają dobry warsztat kompozytorski, tylko że jakby nie do końca własny. Najlepiej definiuje to "Cold spring" - najpierw się zachwycasz, a potem sobie zdajesz sprawę, że to jedynie perfidny plagiat. Głupia sprawa.