czwartek, 3 lipiec 2008

Opener 2008

***
Od 04.07 do 06.07.2008 odbędzie sie kolejna odsłona festivalu Opener w Gdyni. Mimo ciągłej medialnej gadki przedstawiającej to wydarzenie jako jeden z naważniejszych festiwali tej części świata, przed Openerem jeszcze długa droga, by to życzenie urzeczywistnić i by grać chciał tu każdy. Tegoroczna edycja jest chyba najbardziej krytykowaną za line-up od początku istnienia przedsięwzięcia. Fakt, że troche nas organizatorzy rozpieścili, serwując w 2007 roku wykonawców z ekstraligi, bo żadna z tegorocznych gwiazd nie ma takiego statusu jaj Bjork czy Beastie Boys. Nie ma też odpowiednika parkietowego wymiatacza jakim był LCD Soundsystem i brak rockowego bandu na miarę legendy Sonic Youth. Nawet Muse (bez względu na to jaki stosunek mam do ich muzyki) to był zespół z aktualnej (medialnej) czołówki. Tym razem tak różowo nie będzie, większość znanych nazwisk i nazw ma swoje najlepsze lata dawno za sobą. Tragedii jednak nie ma, więc śmiało można do Gdyni tyłek ruszyć. Oto wykonawcy, których koncerty interesują mnie najbardziej:

Dzień 1

18:00 Mitch & Mitch; 19:00 - Muchy. Nie będę udawał, że mam w jednym palcu polską scene muzyczną, ale jeśli wierzyć kilku osobom, którzy takową wiedzę posiadają, to zacząć należy od Tent stage, gdzie od 18:00 gra Mich & Mitch. Zaraz potem skoczymy obejrzeć największą nadzieję polskiej alternatywy ostatnich lat, czyli maglowane ostatnio namiętnie przez wszystkich i wszędzie - Muchy. Medialny rozgłos, jaki nadano kapeli, to spory kredyt zaufania od krytyki. Teraz muszą udowodnić, że ta wrzawa była zasłużona. Zobaczymy.


21:00 - Editors. Najpierw ustalmy fakty. Jest to zespół, który dokonał masakrycznej zżynki z Inerpolu, a więc także przy okazji mieszczą się w strefie wpływów Joy Division. To jednak nie zmienia faktu, że debiutu Editorsów słuchało się nieźle, a koncertowo podobno wymiatają. Przy słabości - szczególnie rockowej - tegoroczej rozpiski, ich koncert to jest jakaś atrakcja. Myślę że obejrzę z ciekawością. Jak będzie coś nie tak uciekamy na The Cribs - choć mówi się, że to jakaś brytyjska trzecia liga (nie wiem - nie znam).


23:00 The Racounteurs. Nie znam drugiego albumu drugiego wcielenia Jacka White. Ale jedynka była tak marna, że naprawdę nie ma sobie czym głowy zaprzątać. Obejrzę, bo to jednak White - połowa White Stripes, a ci swego czasu (fakt że dawno) dawali radę przynajmniej dwoma albumami. Poza tym widziałem koncert White Stripes (też na Openerze) i wierzcie mi, to się działo na scenie rzucało na kolana. Liczę, że tym razem (mimo braku porównywalnego materiału) też mnie Jacuś zaskoczy.

01:00 Rosin Murphy. No to potańczymy, moja znajomość solowej twórczości Rosin jest praktycznie zerowa, ale to co znam z klipów podoba mi się niezmiernie, więc nastawiony jestem pozytywnie. Poza tym to piękna kobieta jest.


Dzień 2

19:00 Erikah Badu.
Miano królowej soulu zobowiązuje. Nie chce się kiedyś tłumaczyć przed dziećmi czemu nie byłem na jej koncercie, mimo że miałem okazję.

21:00 Interpol. Dla mnie najważniejszy tegoroczny koncert. Interpol zabłysnął dwoma fantastycznymi albumami czerpiącymi z dorobku post punkowych herosów. Oczywiście Joy Division, ale i Echo And The Bunnymen czy Psychedelic Furs. Mimo wyraźnych inspiracji mają swój rozpoznawalny styl, niezłego wokalistę i to coś. Ostatni krążek był pierwszym poważnie krytykowanym i jestem chyba ostatnim, pozostałym przy życiu obrońcą tegoż. Duża atrakcja - tak myślę.


22:00 - Cocorosie. Mimo że Cocorosie od drugiego albumu jawi mi się jako parodia raczej niż twócze podejście do muzyki (jakby niektórzy chcieli), to mam świadomość, jakie to interesujące dziwaczki i jaką atrakcją mogą być na scenie. Chciałbym zobaczyć chociaż fragment.

00:00 Sex Pistols. Trochę kiszka z tym koncertem dziadków z najsłynniejszego zespołu punkowego ever. Popatrzę z szacunku dla legendy. Nic więcej.

Dzień 3

17:00 - Hatifnats.
Bo opowieści o zespole już chodzą po wsi powoli.

19:00 - 20:00 - po trochu Lao Che i Kobiety. Też bez ciśnienia, a z czystej ciekawości.

21:00 - Goldfrapp. Chociaż znam słabo i nigdy nawet nie chciałem bardziej.

23:00 Massive Attack. Legnda trip-hopu, to najważniejszy zespół dnia. Nie wiem jak z formą, ale niech będzie chociaż w połowie tak jak dawniej. Wrócili oni, wrócili Portishead. Boję się jedynie gry na sentymentach, no ale poczekajmy.


00:00 Scianka. Nadal są najważniejszym polskim zespołem niszowym, a ich koncert to zawsze spore wydarzenie.

01:00 - no i tańczymy przy Chemical Brothers (przecież nie można mieć co roku LCD Soundsystem).

sobota, 28 czerwiec 2008

Bonnie "Prince" Billy

Bonnie "Prince" Billy - "Lie Down In The Light"
8.2/10

Pisanie o tym, że się Bonnie odrodził to nadużycie, bo sugeruje jakąś wcześniejszą zapaść co raczej jest bzdurą. Jednocześnie trudno nie dostrzec zwyżki formy, jakiej nie było od czasu "Superwolf". Covery z "Ask Forgiveness" były światełkiem w tunelu, które na nowym krążku - ku mojej nieposkromionej radości - rozbłysło z impetem.

Juz otwierający "Easy Does It" wyznacza kierunek: będzie akustycznie, na nutę folk-country, z wżerającymi się w mózg melodiami, które na pierwszy rzut są przecież zwykłymi pieśniami pełnymi tradycji przerabianej już miliardy razy. Wszystko to jakby pogodniejsze i bardziej naturalne niż przeceniany "The Letting Go". Mam wrażenie, że znowu chodzi głównie o piosenki, o prostszy przekaz i proste - tak rozbrajająco naiwe i szczere - teksty. Niby wiele się nie zmienia w muzyce księcia, a jednak zaskakują piękne klawisze w "For Every Field There's Mole" wymienione potem na rewelacyne klarnetowe solo. Fantastycznie wtóruje całości pani Ashley Webber, drugi głos tej płyty (w "You Want That Picture" - w roli pełnoprawnej wokalistki). Tu i ówdzie przebłyskują aranżacyjne urozmaicenia - tak charakterystyczne dla poprzedniego krążka, ale dominuje raczej tradycja z czasów "Ease Down The Road" (jest i steel guitar - łatka alt. country zobowiązuje).

Większość tych piosenek można podporządkować konkretnym etapom twórczości Bonniego - od Palace music do "Lettnig Go", co paradoksalnie nie daje wrażenia powtarzalności i ograniczeń, a raczej rodzaju podsumowania - kwintesencji. Po nieudanej kolaboracji z Tortoise i przekombinowanym "Letting Go" ta płyta jest jak powiew świeżego powietrza. Puszczam nie nocą, a w sobotni słoneczny poranek, popijając kawę na tarasie - kowbojski kapelusz chroni mnie przed słońcem.

Pisze się o "Lie Down In The Light", że jest jasną stroną "I see Darkness", jej zaprzeczeniem lub dopełnieniem (jak kto woli). To prawda, to oczywiście nie wyklucza piekielnie smutnych momentów, ale generalnie - jak idiotycznie to nie zabrzmi - nadzieja bije z każdej nuty. I - sądząc po tytule - o to chodziło. Smutny kowboj rozmyśla o życiu i rozmawia z Bogiem. Może i głupie, ale prawdziwsze niż cokolwiek co dane mi było ostatnimi czasy słyszeć.

wtorek, 17 czerwiec 2008

dEUS

dEUS - "Vantage Point"
4.0/10

Tom Barman i (jego nowa) spółka, konsekwentnie podążają wytyczoną od początku ścieżką - w myśl zasady, by każdy kolejny album dEUS był słabszy od poprzedniego.

Dam sobie uciąć cokolwiek, że nikt nie podejrzewał aż takiej miernoty "Vantage Point". Owszem, można teorię o równi pochyłej kolejnych wydawnictw Belgów podtrzymać bez trudu, ale trzeba też widzieć z jakiego pułapu zaczynali. "Worst Case Scenario" i "In A Bar Under The Sea" to niekwestionowane klasyki gitarowego rocka lat 90-tych. W czasch świetności flanelowych koszul dEUS serwował dawkę muzyki praktycznie niedefiniowalną. Od tradycji niezal-rocka spiętej klamrą Velvet Uderground i Sonic Youth, a także świrów pokroju Zappy i Beefhearta, do mainstreamowego rocka, popu i jazzu. Od modnych wówczas gitarowych herosów rzędu Smashing Pumpkins czy Nirvany po eksperymenty w klimatach Becka. Byli (są?) "muzyczną odpowiedzią Belgii na wszystko czym chciałbyś ją zaskoczyć". I nawet jeśli późniejsze, wyciszone i przebojowe "Ideal Crash" oraz bardziej gitarowe, choć też nastawione na piosenki "Pocket Revolution", nie miały "tej" świeżości, to i tak zespół jawił się jako pewniak, który nie nagrał słabej płyty - band godny swojej nazwy. Niestety "Vantage Point" znacznie ten obraz zmienia.

Początek jest nawet obiecujący, bo funkujący "When She Comes Down" bezboleśnie wprowadza w całość, podając w refrenie całkiem ładnie rozlane gitarowe dźwięki. Nie mam też problemu z nerwowym "Oh Your God", choć dalekie to od rewelacji. Cały bajer polega na popierdolonym podkładzie i narastającym wraz z wokalem rytmem (znamy te chwyty na pamięć). Ale jakby bez iskry, bez ostatecznego rozwiązania; brzmi to zaledwie jak początek czegoś większego, co niestety nie następuje. Jakbym miał jeszcze coś ciekawszego wyłuskać to ewentualnie "Favourite Game", zbudowany z prostackiej, ale dającej kopa gitarowej sekwencji wspartej energetyczną wokalną wstawką. No i "Architect", bo przy całej swej "kanciastej" strukturze jest po prostu mega przebojowy. Dużo łagodniejsze i bardziej "syntetyczne" brzmienie plus istniejący jedynie w teorii perkusista, a jednocześnie kompozytorska niemoc, nie pozwalająca poprowadzić tych (często za długich) kawałków do jakiegoś ciekawszego punktu - oto smutny obraz tej płyty. Do tego masakrycznie zaniża końcówka. Trudno zauważyć gdzie kończy się, a gdzie zaczyna najbardziej (raczej w zamierzeniu) odjechany "Is A robot". Nie rusza "Smokers Reflect" - kompletnie bez wyrazu; podobnie "The Vanishing Of Maria Schneid" - a chciałbym by było inaczej, bo gościnnie wystapił tu Guy Garvey z Elbow.

Całość niestety najzwyczajniej nudzi i razi przeciętnością. Widziałem juz nawet jakies "sponsorowane" recenzje mówiące o najbardziej przebojowym albumie dEUS; srutututu - te piosenki ciągną się jakby były 15 minutowymi, progresywnymi potworkami. I tylko żal, że to coś jest sygnowane tak uznaną i ważną marką. Nazwa zobowiązuje do cholery!

środa, 4 czerwiec 2008

Mount Eerie; Woelv - 03.06.08 Katowice

Koncerty, na których być się CHCE, mają to do siebie, że zawodzą, bo rzeczywistość rzadko jest w stanie sprostać wyobraźni. Być może dlatego występ Mount Eerie tak mocno utkwi mi w pamięci. Pewnie, że chciałem bardzo, tylko kompletnie nie wiedziałem czego się po takim występie spodziewać.

Kilka dość kiepskiej jakości obrazków widzianych na YouTube, to za mało by sprecyzować wymagania. Phil Elvrum takie aranżacyjne odloty serwował na albumach Microphones, że można było oczekiwać jakichś efektów specjalnych czy innych bajerów, tymczasem nieziemski był jedynie powtarzany namiętnie dowcip o kosmitach, pozdrawiających Ziemian wdzięcznym "peace" z użyciem trzech nieskoordynowanych paluszków (he, he). Elvrum to taki ktoś, kto kompletnie nie wyróżnia się spośród publiczności, jaka przychodzi na jego występy. Gdy spacerował wśród krzesełek przed koncertem, wielu chyba nie zdawało sobie sprawy, że to ten miły pan będzie przygrywał nocą. Strasznie sympatyczny gość - jeśli go skonfrontujemy ze smutkiem ziejącym z ostatnich dzieł Mount Eerie.

Najpierw była Kanadyjka o wdzięcznym pseudonimie Woelv. Nikt chyba specjalie nie czekał, a tu niespodziewanie zrobił się z tego koncert według niektórych przebijający występ twórcy "Glow Pt. 2". Woelv - samiutka na scenie ze swoją gitarą - to niewielkich rozmiarów, przeurocza osóbka o pięknym głosie, którą umiejscowiłbym gdzieś między nostalgiczną Bjork, Joanną Newsom i elegijno-religiną Sinead. Trochę baśniowych klimatów, którym blisko do Sigur Ros, trochę kombinowania z gitarowymi motywami, które powtarzane niczym mantra i delikatnie modulowane w połączeniu z "tym" wokalem, dawały efekt powalający. "Dziękuję" po każdym utworze, mówione z wdziękiem 6-latki, budowanie napięcia, jej gesty plus niespotykany urok tych niby folkowych piosenek sprawiły, że raczej nikt z obecnych o artystce nie zapomni. W pewnym momencie powiedziała: "zdaję sobie sprawę, że nie wiecie o czym śpiewam, ale to nie są aż tak smutne piosenki". Faktycznie nie wiedzieliśmy - śpiewała po francusku.

No i Mount Eerie, czyli Elvrum - gość dla którego "Rondo Sztuki" nawiedziło tego wieczoru ze 150 osób. Kameralny klimat, za plecami artysty oszklona ściana, za którą widnieje oświetlone katowickie rondo - w pewnym momencie muzyk powiedział, że nigdy jeszcze nie grał w tak zabawnym miejscu, pewnie nie tylko on. Niesamowite jak ten niepozorny facet wspaniale brzmi na koncercie, jak potrafi naturalnie przejść z błahych akustycznych dźwieków w ton najbardziej przejmujących z możliwych pieśni. Jak sobie improwizuje, zmienia konstrukcje utworów, albo najzwyczajniej w świecie zapomina tekstu i jest to naturalne jakby "tak miało być". W pewnym momencie tak się zirytował lukami w pamięci, że w środku utworu zaczął grać powtarzaną w kółko partię z "Glow 2" - "I forgot my songs, I forgot my songs, I forgot my songs, my songs are gone". No i brawa.

Nie wiem czy bardziej wzruszały mnie momenty z "Glow Pt. 2" czy z "Flashlight". Nie ważne, koncert - tak jak płyty Microphones i Mount Eerie - odbiera się całościowo. Wyć się chciało momentami. A wszystko to nam robił facet z gitarą i projektorem. Dla niżej podpisanego - koncert życia.


P.S. Na zdjęciu kosmita autorstwa Elvruma na moim egzemplarzu "Glow Pt. 2".

sobota, 31 maj 2008

Phil Elvrum w trasie...

Bóg istnieje. Na krótką trasę po polskich klubach przyjechał guru amerykańskiej alternatywy, jeden z najbardziej "niezależnych" wśród tych, którzy zasługują na takie miano. Gość, który zdefiniował na nowo pojęcie Lo-Fi - Phil Elvrum. Phil wystąpi jako Mount Eerie (którego jest jednoosobowym członiem). Pod tą nazwą muzyk wydał w 2005 r. fantastyczny "No flashlight". Nie wiem, jaki materiał będzie grany na koncertach, w każdym razie pretekst jest, bo właśnie ukazała się nowa epka Mount Eerie - "Black Wooden Ceiling Opening EP" oraz wznowienie klasycznego albumu "Glow Pt. 2", wydanego pod szyldem wcześniejszego projektu Phila - The Microphones. To właśnie The Microphones i "Glow Pt. 2" sprawiły, że o artście stało się głośno. Więcej o tym niezwykłym krążku poniżej:

1. Porcys
2. Allmusic
3. Pitchfork

To się już dzieje. Pierwszy koncert miał miejsce w studiu radiowej Trójki - 30.05.2008. Od dzisiaj do 05.06 Mount Eerie zagra w następujących klubach:

31.05. - Gdańsk, Cafe Delfin
01.06. - Poznań, Kisielice
02.06. - Kraków, Kawiarnia Naukowa
03.06. - Katowice, galeria Rondo Sztuki
05.06. - Warszawa, Saturator


Szczegóły trasy i więcej informacji o projekcie tutaj. W katowickim występie będę miał przyjemność uczestniczyć.



sobota, 24 maj 2008

The Gutter Twins

The Gutter Twins - "Saturnalia"
6.0/10

Najważniejszą informacją towarzyszącą wydaniu albumu The Gutter Twins jest fakt, że za niedługo wystąpią w Polsce.

Trochę nie ogarniam po co nowa nazwa. Dlaczego Dulli i Lanegan uparli się, by nie wydawać tej płyty pod szyldem Twilight Singers? Rozumiem, że chodzi o podkreślenie funkcjonowania artystów na równych prawach jako wokalistów i twórców. Ok. - tylko że muzycznie od Twilight to wyraźnie nie odbiega, poza tym panowie współpracują ze sobą od lat, a efekt zmiany jest taki, że przeciętny sluchacz, który obu kojarzył całkiem dobrze - nie koniecznie słyszał o The Gutter Twins.

Nigdy specjalnie mnie Lanegan nie ruszał (a już w ogóle nie kumam na czym miałby polegać fenomen dowodzonego przez niego w przeszłości - Screaming Trees), ale jego gościnny udział w nagraniach Twilight Singers dawał zawsze świetne efekty. Niski, Waitsowy tembr głosu to antyteza wokalu Grega i jego emocjonalnych odlotów. Byłem za to fanem tego drugiego; dokonania Afghan Whigs to przewodnik po meandrach moich lat młodzieńczych, a albumy Twilight brzmią zadziwiająco dobrze, jeśli sobie uświadomię kontekst (no wiecie, ja już jestem dorosłym facetem, emocje wieku młodzieńczego już mnie nie dotyczą, a bogowie młodości tacy jak Dulli ważą dziś po 100 kg. - to nie jest łatwa sprawa).

Muzycznie niczego nowego dzięki The Gutter Twins nie uświadczymy. Bliżej tu do brzmienia "Powder Burns" niż chociażby debiutu Twilight czy konkretnej gitarowej jazdy Afghan Whigs. Właściwie bliźniacy jadą na wcześniejszych patentach. Być może delikatnie przesunęli środek ciężkości, bo mimo dyskretnego podpierania się elektroniką, całość naładowana jest nieco większą dawką bluesa i soulu co sprawia, że brzmią korzenniej i mroczniej. Przy tym wszystkim główną zasługę Lanegana widziałbym w fakcie, że trochę ratuje koledze dupę, urozmaicając swoim głosem piosenki, które inaczej trudno byłoby odróżnić od jego wcześniejszych dokonań. O jakichś radykalniejszych ruchach - co może sugerować zmiana nazwy - zapomnijcie.

Nie ma sensu przytaczać poszczegółnych tytułów bo całość dość równa, ale warto pochylić się nad "All misery", w którym głos Lanegana - początkowo na bakier z rytmem - z każdą sekundą dąży do idelnej harmonii i mocnej końcówki. Budowanie napięcia, nieoczywista konstrukcja - fajnie gdyby takich momentów było więcej. Do tego "Idle hands", bo promieniuje żywiołowością nagrań Afghan Whigs, co momentalnie stawia go w albumowej czołówce (szczególnie za ten wsamplowany motyw kobiecego chórku). No i jeszcze niezłe: "Who will lead us" i "Seven stories underground"- przede wszystkim za wokalny popis byłego frontmana Screaming Trees.

To chyba wszystko. Kilka niezłych momentów (do tego jesteśmy przyzwyczajeni), ale ogólnie bez specjalnych wyżyn i spektakularnych porażek. Nowych fanów nie przybędzie, a ze starszymi spotkamy się we sierpniu w Warszawskiej Proximie (kto w grudniu 2006 r. widział tam Twilight Singers - ten wie, że warto).

sobota, 17 maj 2008

Portishead

Portishead - "Third"
5.9/10

"Third" - najbardziej oczekiwany, najbardziej komentowany i najbardziej przereklamowany album roku.

Udało się - po 11 latach Portishead wrócili z nowym materiałem. Mało kto wierzył, że to możliwe. Najbardziej rozpoznawalny (i chyba najlepszy) obok Massive Attack zespół reprezentujący bristolską trip-hopową rewolucję sprzed dekady, wydaje nowy album. To musiało być wydarzenie i tak też jest. Nie było w tym roku goręcej komentowanej płyty, nie ma chyba też drugiej, która tak bardzo podzieliła krytyków i słuchaczy.

Wiadomo czym był ten zespół, autorzy dwóch absolutnych klasyków lat 90-tych. Skład, który oparł swój styl na nowoczesnych hip-hopowych beatach połączonych z oldschoolowymi elematami jazzu czy muzyki filmowej. Dodajmy charakterystyczny, piskliwy, śmiertelnie smutny głos Beth Gibbons i dostawaliśmy orginalną, bardzo klimatyczną mieszankę nowoczesnej muzyki, która brzmiała jak soundtrack niemych filmów z początków kinematografii. Stare-nowe dźwięki plus jedna z najbardziej enigmatycznych i oryginalnych wokalistek naszych czasów, balansująca na granicy sztuki i kiczu - tak, to było coś.

Minęło 11 lat, o czymś takim jak trip-hop mało kto pamięta, a oni wracają. Ryzykowne.

Oczekiwałem powtórki z rozrywki, bo przecież dwa pierwsze albumy - choć już klasyczne - zbyt się od siebie nie różniły. Na temat wyższości "Dummy" nad "Portishead" można prowadzić akademickie, bezsensowne spory, a i tak doszlibyśmy jedynie do stwierdzenia, że obie wielkie. I faktycznie świetnie się tego po latach słucha. Czy tak samo będzie z "Third" za jakiś czas? Nie.

Już sama nazwa jest pomyłką. "Third" sugeruje kontynuację poprzedniczek, a jest czymś zupełnie innym, zarówno w kwestii stylu jak i poziomu wydawnictwa. "Trzeci" - a może chodzi o motyw trójki? Trójca święta? Trzej królowie? Yyyyy... trója z minusem?

Zacząć wypada od tego, że to juz żaden trip-hop. W tej chwili Barrow, Gibbons i Utley generują dźwiękowy misz-masz ze znacznym udziałem żywych instrumentów i przede wszystkim tak eklektyczny, że umykający klasyfikacjom. To dobrze, to bardzo dobrze. Nagranie trzeciej takiej samej płyty rzuciłoby ich w muzyczny niebyt, zjadanie własnego ogona, kulanie się na starych patentach - oto na co są wyczuleni dzisiejsi recenzenci. "Rzućmy więc coś innego, pokażmy jak się rozwijamy" - pokazali.

Ta płyta to linia, a właściwie zygzak. Dwie poprzedniczki to były koła, piękne linie wokalne do podkładów łagodzonych przez staroświeckie dźwięki. Bezbłędne kompozycje i autentycznie cierpiąca Beth. Wszystko od początku do końca w jednym praktycznie tempie - albumy kompletne. "Third" jest inne , nigdy nie wiesz co się wydarzy, nie wiesz dokąd zmierza utwór, nie wiesz dokąd zmierza album. Dużo tu kontrastów - mechaniczna, industrialna muzyka kontra głos Beth; bezduszne dźwięki, które aż drażnią i ona - łkająca. "Third" generuje przede wszystkim niedopowiedzenia i znaki zapytania - super, gdyby nie jeden drobny szczegół: tu najnormalniej brakuje dobrych kompozycji.

Opener - "Silence" - nie zdążyży nabrać wiatru w żagle, a już zostaje jakby przez przypadek ucięty; ale jest ok. - nastawiony na perkusyjny rytm, z wyraźnym udziałem wiolonczeli i Beth śpiewającą: Did you know what I lost/Do you know what I wandted. Kolejny - "Hunter" - zaskakuje gitarowym rzężeniem i narastającym elektronicznym motywem burzącym harmonię pozornie ładnej piosenki, by w efekcie zakończyć zabawę radioheadową gitarą - robią wszystko by nie było za słodko. "Nylon Smile" to uboga kuzynka kilku kompozycji Bjork z jej przepięknej "Medulli". "The Rip" - chyba najlepszy w zestawie - świetnie podkręca tempo. Nie wiem dokąd prowadzi mechaniczny "We carry on" - oprócz industrialnego klimatu nie ma tu nic, ani melodii, ani pomysłu w jakim kierunku to pociągnąć (no bo chyba nie w stronę tego gitarowego motywu żywcem wyciągniętego z albumów Sonic Youth); podobnie ze stukającym "Machine Gun". Pomyłką jest folkujący "Deep Water". No wiecie, nie przeczę, te staroświeckie chórki są piękne, ale to raczej jako ciekawostka na stronę B singla, a nie na regularny album Portishead. Być może "Small" jest jakimś tam konstrukcyjnym nawiązaniem do rockowych, psychodellicznych suit, ale w sumie co z tego? To jeden z ostatnich momentów albumu, a ja nadal nie wiem co z tym zrobić i w jakim miejscu jesteśmy.

Coś mi tu nie trybi. Ciągle mam wrażenie jakby muzycy sami nie wiedzieli co chcą zagrać. Niby fajnie, że poszukują, nie żerują na starych sentymantach, a umysły mają otwarte. Ale to akurat wiedzieliśmy zawsze, a ten album zwyczajnie nie chwyta. Jakieś to strasznie niedopracowane. Nie ma tragedii, ale od takich zespołów należy wymagać. Tak więć Beth życzymy udanej kontynuacji kariery solowej, a całej reszcie już podziękujemy.

niedziela, 4 maj 2008

The Dodos

The Dodos - "Visiter"

7.3/10

Nie wiem czy ktoś kiedyś widział na oczy debiut The Dodos, wydany właściwie własnym sumptem "Beware The Maniacs". Ważne, że nagrany w tym samym roku dla Freenchkiss - "The Vistiter", odbił się w muzycznym światku sporym echem. Zasłużenie.

The Dodos to duet. Dwóch kolesi: ponoć nieprzeciętnie umuzykalniony, uniwersalny - Meric Long i ponoć w przeszłości heavy metalowy bębniarz - Logan Kroeber. Jeśli dodamy do tego zainteresowanie afrykańskimi rytmami oraz muzyką country, to powinniśmy dostać niezły kocioł pomysłów. I tak chyba jest.

The Dodos pojawili się nagle, ale znakomicie się wpasowali w istniejący muzyczny kontekst. W czasach gdy synonimem niezależności muzycznej, otwartości umysłu i wszelkiego rodzaju bossostwa stali się Animal Collective - twórcy "The Visiter" serwują nam album znacznie nawiązujący do estetyki dzieł nowojorczyków. Są więc The Dodos czymś pośrednim między freak folkiem spod znaku Beirut, a freak folkiem spod znaku Animali.

Rozpoczynający całość "Walking" raczej nie zwiastuje niczego nadzwyczajnego; delikatne akustyczne palcówki, "zwykły" męski wokal wsparty głosem kobiecym (Laura Gibson - pomaga chłopakom jeszcze w kilku momentach) i tekst: You can fight the fire that's in your head. Można się więc nieźle zdziwić, gdy w kolejnym "Ren and Purple" słyszymy zapowiedź animalowej zabawy rytmen. To właśnie w takich momentach polirytmicznych odlotów i zmian tempa, jakich doświadczamy też w kapitalnym "Foals", długo rozpędzającym się, pokręconym "Paint The Rust" czy zapierdalającym "Jodi", goście dają upust swoim nietypowym zainteresowaniom (nietypowym? LOL - Afryka jest chyba obecnie najbardziej trendy muzycznym obszarem). A wszystko to tworzone przez zaledwie dwóch muzyków na akustykach, przy czym perkusista raczej unika wysokich dźwięków.

To tylko jedna strona medalu, bo oczywiście ogół spowija akustyczno-country-bluesowa mgiełka (ale z silną potrzebą uciekania od oczywistości). Do tego dochodzą Beirutowe, pseudo-bałkańskie zaśpiewy plus kilka po prostu bardzo ładnych, prostych, delikatnych, piosenkowych momentów. Całość - mimo że nieco za długa (59 minut) - bardzo udana. Rokują na przyszłość jak mało kto, więc jeśli nigdy nie zrozumiałeś fenomenu Animal Collective, to - paradoksalnie - właśnie "Visiter" może być niezłą zachętą by dać im "kolejną szansę".

sobota, 26 kwiecień 2008

Elbow

Elbow - "The Seldom Seen Kid"

8.0/10

Nie ma się nad czym za bardzo rozwodzić - pierwsza tegoroczna ósemka.

Nie będzie dużo na temat kontekstu, bo go w tej chwili praktycznie nie ma. Przy okazji debiutu Elbow przebąkiwano coś o tworzeniu nowej Manchesterskiej sceny i bla bla bla (zresztą starałem się trzy lata temu to jakoś nakreślić tutaj). Dziś ten zespół, to trochę taka samotna wyspa wśród brytyjskich nudziarzy dominujących na tamtym rynku kilka lat temu, jedni z ostatnich, którzy mają jeszcze w temacie coś sensownego do powiedzenia (no bo kto? Coldplay? Litości). Album bez szumnych zapowiedzi i bez jakiegoś specjalnego ciśnienia. A wszystko przez to, że po dwóch znakomitych płytach goście zaproponowali dość bezbarwną dawkę pozbawionych emocji pieśni, upchanych na przeprodukowanym "Leaders Of The Free World". Przyznam, że sam za bardzo nie czekałem, a na pewno nie spodziewałem się usłyszeć tego, co dziś już znam na pamięć.

"The Seldom Seen Kid" zbiera w prasie fantastyczne oceny. Czy słusznie? Sprawdźmy:

1."Starlings" - najpierw chaos potem błogie wyciszenie, pianino, wokale z tyłu, spokojny śpiew co się ślicznie nasila, hook - 4:00 - cisza, potem głos i świdrujący twój mózg dźwiękowy atak.

2."The Bones Of You" - chyba najbardziej w klimatach "Leaders of the Free World" , dość nadęty moment, dużo przeskadzajek w tle, sporo gospelowych zaśpiewów. Ale ładnie podnoszą ciśnienie gdzieś tak na wysokości 2:20; stopniują napięcie i od tego momentu jest mniej przewidywalnie. Chyba najmniej lubię z całego albumu, dziwne bo pod numerem 2 najczęsciej bywają killery.

3. "Mirrorball" - klawisze, klawisze, klawisze, i to nie jest budowanie utworu na motywie ala Coldplayowe - "Clock", także nie jak na debiucie Elbow, tu nie ma chadzania na skróty. Na tym albumie klawisze to delikatne pulsowanie w twoim mózgu kolego, a jak się tak trochę rozwleka i nabiera barw to się luźno kojarzy z "Piramind song". Profan ze mnie - wiem.

4. "Sounds For Divorce" - umięśnieni czarnoskórzy niewolnicy wychodzą na pola bawełny śpiewając pieśń umęczonych. Brzmi "korzennie", polecam fajne video, ładny refren.

5. "An Audience With The Pope" - odpowiedź na Cave'a i jego "Red Right Hand". Hook - 1:48 - wchodzą wokale z tyłu i tak na dwa głosy, szacunek.

6. "Weather To Fly" - znów wokale Garveya się nakładają. Nieźle to rozegrali, głos w tle niczym Annie Lennox. Kapitalnie na tym jednym zdaniu powtarzanym w kółko zbudowali utwór. Mistrzostwo.

7. "The Loneliness Of A Tower Crane Driver" - chyba najsłabszy moment, widać że chcieli pokombinować - stąd nieoczywista kompozycja, ale jakby mniej serca w tym. Za to w końcówce więcej emocji i patosu. Uratowali.

8. "The Fix" - wokalny duet z Richardem Hawleyem, o którym się myśli, że mógłby być Markiem Laneganem. Knajpiane

9. "Some Riot" - najpiękniejszy, och i ach. I think when he's drinking he's drowning some riot. What is my friend trying to hide? Utwór z gatunku nieopisywalnych. Cause it's breaking my heart, it's breaking my heart. And it's breaking my heart to pull out the rain. Brother of mine, don't run with those fuckers.

10. "On A Day Like This" - tłuściutki aranż. Wypas jakich niewiele; zbliżamy się do końca ze smykami co linię wokalu powtarzają za Guyem.

11. "Friend Of Ours" - brak słów, kolejny po "Some Riot" fragment, w czasie którego nerwowo szukamy chuseczek. Smark i chlip. Do poduszki.

Najambitniejsza, jednocześnie najbardziej intymna płyta Elbow. Album poświęcony zmarłemu przyjacielowi grupy - co wymusza poważny odbiór, a przy okazji daje materiał dużo głębszy niż żałosne postękiwania kolejnych niespełnionych kochanków. Respect, serio.

sobota, 19 kwiecień 2008

Los Campesinos!

Los Campesinos! - "Hold on Now, Youngster..."

6.7/10
Pewnie nigdy nie przejąłbym się hajpem związanym z Los Campesinos!, gdyby nie postać Dave Newfelda, który to wyprodukował i który ma też na koncie dokonania uwielbianego przeze mnie Broken Social Scene. Zresztą związki kapel wydają się silniejsze. Nie chodzi jedynie o fakt, że Campesinosi supportowali Kanadyjczyków na początku swej kariery, ale też o jakąś tam koncepcję radosnego grania, wykonywanego przez pokaźny dość kolektyw (chociaż tutaj muszą trochę nadgonić, bo w obecnym składzie jest ich zaledwie siedmiu - co przy rozmiarach BSS jest wynikiem lichym).

Właściwie już otwierający całość "Death to Los Campesinos!", definiuje styl grupy. Głośne (rozdarte) wokale, od których można nabawić się porządnego bólu głowy; sporo gitarowej, radosnej energii, kombinacje wokali będących mieszanką Art Brutowego darcia ryja bez specjalnych melodcznych ambicji, ewentualnie zajeżdzających Modest mousowo-Destroyerową manierą w partiach wolniejszych i dość słodkich wokali kobiecych (dla równowagi jak mniemam). Właściwie dalej jest podobnie, z tym że tu i ówdzie znajdziemy jakieś ładne zmiany tempa czy silniej wyeksponowane partie skrzypiec albo zmiany proporcji na stanowiskach wokalisty. Zdarza się, że granica "pożyczania" od innych zostaje - delikatnie mówiąc - osiągnięta bez specjalnej chęci ukrywania się z tym faktem; ale z drugiej strony taki "Knee Deep At ATP" chyba właśnie dlatego tak mnie ruszył, że jest żywcem wyciągnięty z ostatnich albumów Modest Mouse, a "We Are All Accelerated Readers" przyśpiesza mi puls bo tak bardzo kojarzy się z Bejarem i New Pornographers

I generalnie nie miałbym zbyt wielu ALE do tej sympatycznej bandy, gdyby nie fakt, że maniera "dziecinnego" śpiewania, przeplatana motywami rodem z piosenek Tęczowego Music Boxu - jakiej hołdują muzycy - to piaskownica dawno już zajęta przez artystów pokroju Architecture In Helsinki czy The Boy Least Likely To, a sama konwencja się chyba przejadła i wyeksploatowała. Przy czym trochę tu paradoksów, bo przy wszystkich tych brakach własnego stylu, melodycznych niedoborach i nieco irytującej infantylności - są kapelą, która funduje ponadprzeciętną (w skali tego roku) liczbę hooków przypadających na jedną piosenkę.

Postrzega się ich jako jedną z niewielu wyspiarskich kapel (Walia), które pozbyły się balastu brytyjskiej tradycji Beatles-Smiths-Stone Roses, więc siłą rzeczy musieli uwieść Amerykańskich krytyków piszących dla niezależnych portali. Zresztą muzycznie bliżej im właśnie do Amerykańsko - Kanadyjskich wzorców niż europejskiej tradycji. W każdym razie warto mieć na nich oko. Gdy przestaną się drzeć, nagrają krótszy, pozbawiony zbędnych dźwięków materiał z większą zawartością Los Campesinos! w Los Campesinos!, to może się z tego wykluć coś znacznie większego. Czego tej zgrai rozwydrzonych bachorów nawet życzę.