środa, 11 listopada 2009

"Rogowiecki i Brzozowicz co się na muzyce znają."


~*~

"Z tego się nam jednak nie układa jakaś spójna całość, ja lubię albumy, które mają pewną koncepcję" - jak widać (słychać) w TV o muzyce może każdy.



(link do fragmentu audycji TVP Kultura, ukradłem z bloga: http://obroncyindierocka.wordpress.com )



Well, it seems like they can be anything,
Any kind of creature they want to be.

~*~

środa, 12 sierpnia 2009

Scyklu "zaległe", czyli Ufffff - 2009

Spóźniony jestem masakrycznie - wiem...

Z racji ograniczeń czasowych i nadmiaru obowiązków, jakiejś mega wyczerpującej temat relacji nie będzie, zaledwie kilka słów o koncertach, które zobaczyć zdołałem i kilka spostrzeżeń o samym festivalu. Ogólne wnioski raczej banalne, bo najzwyczajniej w świecie mi sie podobało i uważam, że w kategorii muzyki gitarowej drugiego planu (drugiego w sensie popularności - nie dokonań), lepszej opcji w tej chwili w naszej okolicy nie ma. To jest impreza stworzona dla mnie, więc wybaczcie, że na myśl o artystach przyszłorocznych już się moczę.

Zaczęło się w moim przypadku od sceny głównej, gdzie wystartowali The Thermals. Wychowankowie Sub Popu zagrali (tylko) solidnie, prosto i melodyjnie, ale z kopem mocno kontrolowanym i do tego dość schematycznie. W roli rozgrzewki przed doznaniami intensywniejszymi spisali się średnio. Lepiej było z objawieniem ostatich miesięcy - Micachu and The Shapes; zagrali krótko i zajebiście "inaczej". To co na ich debiutanckiej płycie brzmi może zbyt szkicowo, dopiero przy bezpośrednim kontakcie raczy słuchacza pełną paletą barw. Wokalistka (Mika Levi), tak bardzo antykobieca, jest kimś na granicy twórcy (twórczyni?) i fana (fanki?), mieszaniną czegoś artystowskiego i amatorskiego zarazem, bohemy i dziewczynki śpiewającej do butelki szamponu przed lustrem w łazience. To wszystko świetnie korespondowało z sympatyczną Sceną Leśną, świetnie brzmiało i świetnie zostało przyjęte.

The Pains of Being Pure at Heart ponoć zawiedli, tzn. w sensie brzmienia. Szczerze? Nie pomyślałem tak ani przez chwilę. Mnie - na podstawie albumu - wydawało się, że w zamierzeniu tak własnie być miało, więc w tym sensie nie skumałem żalów. Inna sprawa, że zespół w wersji live jakby gubił melodie i raz za czas ziewnąć musiałem. Niby ok, ale bez większej podjarki. Jak na razie zespół studyjny zdaje się.

Wybór między Janerką, a Marrisą Nadler nie był szczególnie trudny, jeśli się Lecha kilka razy na żywo widziało. Odegranie "Łodzi podwodnej" niewątpliwie było wydarzeniem, ale chęć poczucia klimatu, w jakim specjalizuje się wiecznie smutna Amerykanka, wygrała. To był niezły koncert, odegrała praktycznie całą ostatnią płytę. Faktycznie trochę posępna i wyalienowana laska, miała w sobie coś upiornego i wciągającego zarazem. Koncert może nie porywający, ale perfekcyjny pod względem wykonania. I jedynie banalna konstatacja, że klub byłby dla niej lepszy.

Fucked Up na leśnej traktowałbym raczej w kategorii ciekawostki niż artystycznego wydarzenia. Brzydki, gruby, łysy facet z opuszczonymi spodniami, charczący do mikrofonu i (przy tej całej muzycznej agresji) bez obciachu podlizujący się publiczności. Zachwalał festiwal i szczęśliwy był niezmiernie, w sumie pozytywny typ, gdyby nie ta muza...

Dwie wisienki na koniec dnia pierwszego; najpierw mój prywatny koncert wieczoru - The Week That Was na Scenie Trójki. Bałem się o frekfencję, a było całkiem nieźle i - co ważne - niewiele osób wyszło podczas samego występu. Na scenie jakby jeszcze bardziej geometryczni, jeszcze bardziej rytmicznie odjechani. Do tego melodie w stylu "Come home", tak bardzo epatujące ich "brytyjskość", że intensywniej już chyba nie można. Koncert z każdym kawałkiem coraz bardziej perfekcyjny. Wielki szacun

No i Spiritualized. Całkiem przyzwoita frekwencja pod główną. Podkręcanie tempa z każdą minutą. Było tak jak chcieliśmy: hipnotycznie, transowo, z epatowaniem uduchowionego przekazu do granicy wytrzymałości. Pierce przez cały wystep bokiem do publiczności. Sporadycznie sięgał do repertuaru "Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space", ale to raczej nikomu nie przeszkadzało, bo poziom wkręcania śruby był i tak wystarczająco wysoki. Klasa.

W sobotę na pierwszy ogień poszła Gaba Kulka. Budzi mój podziw swoboda z jaką ona operuje głosem, ale co z tego skoro sprowadza się to do polskiej wersji Kate Bush/Tori Amos. Robiła wrażenie przez jakieś 15 minut, potem już raczej przynudzała. Wielkim rozczarowaniem (największym dla mnie osobiście) był występ Casiotone For the Painfully Alone. Mam nadzieję, że to jedynie kwestia miejsca, że Owen Ashworth gra zbyt intymne dźwięki, by sie mogły sprawdzic na letnich festiwalach. Ten koncert od początku nie brzmiał, poszczególne kawałki się zlewały, a to co najważniejsze, czyli teksty, było nie do rozszyfrowania. Na dodatek słońce jeszcze grzało, nie ten czas i nie to miejce. To był jedyny koncert wieczoru, na którym autentycznie świeciło pustkami i to nie dlatego ze Casiotone to produkt nieznany, ale dlatego ze ludzie masowo zaczynali opuszczać namiot. W sumie najmutniejszy akcent całości.

Handsome Furs muzyczne braki świetnie nadrabiają energią sceniczną. Są stworzni na letnie festivale, bawią swoją ekspresją. Figury geometryczne, jakie kreśliła w powietrzu nogami pani obsługująca klawisze, były znacznie bardziej skomplikowane niż jej gra, ale wraz z wyraźnie niestroniącym od używek partnerem na wokalu, dali wszystkim zgromadzonym niezłego kopa. Ocena końcowa pozytywna. CKOD na głównej niczym aboslutnie przy odgrywaniu swojego pamiętnego debiutu nie zaskoczyli. Wciąż drażnią i irytują tym swoim licealnym buntem i wciąż udowadniają, że materiał z ich najlepszego krążka jest właściwie kanonem naszego podwórka. Odczucia słuchacza jak zawsze ambiwalentne.

Byłem nieźle podjarany koncertem The Car Is On Fire, bo w odróżnieniu od malkontentów, łyknąłem ostatni album w całości. I się w tym zdaniu jedynie utwierdziłem, bo oni po prostu wytmieli. Od pierwszego kawałka porwali publikę, a potem nie mylili się ani razu. Czekanie na każdy kolejny utwór wśród pokaźnego tłumu piszczących fanek, było czymś naprawdę ekscytującym. Odeszli w chwale, serio.

Wooden Shjips - największe zaskoczenie festiwalu, wkręcali śrubę długaśnymi gitarowymi, niemal youngowymi setami, przyozdobionymi mnóstwem pogłosów, co dawało mocno psychodeliczny efekt. Stałem w dość dużej odległości od sceny, a jednak smak kwasu czułem wyraźnie. Jermy Jay - widziałem może połowę występu; zaczęło sie fatalnie, bo od technicznych problemów, potem usłyszałem kilka solidnych synth popowych nawiązań do dekad minionych, ale sie zbytnio nie angażowałem, bo biegłem na The National.

Ten koncert zasługuje na oddzielny wpis. Nie spodziewał się tego chyba nikt, kto zna ich tylko z płyt. Ekspresja Matta Berningera (wyraźnie po kilku głębszych), jego sposób poruszania się na scenie, budowanie napięcia, agresywna żonglerka emocjami w tych - wydawałoby się - nastrojowych pieśniach, to wszystko robiło kapitalne wrażenie. Stałem z otwartą gębą, nie tylko ja zresztą - koncert festivalu.

I niedziela, czyli w naszym przypadku (już w klubie) Iowa Super Soccer i Mark Kozelek. Dla pierwszych duży plus: skromność, śliczny i kruchy repertuar, głos i buźka wokalistki - 5 za całokaształt. A Kozelek? Kozelek robi co chce, a publiczności się nie podlizuje, przeciwanie - żart ma raczej cięty i na granicy szyderstwa (akcja z fotografem). No ale tacy artyści nie są od lubienia, więc na odbiór muzyki w moim przypadku to nie wpływa. Był klimat w restauracji (mimo efektów dźwiękowych zza okien), ale muzyk chyba przesadził z długością występu. W pewnym momencie to, co zaczęło się ekscytująco, nużyło i usypiało. Powodowała to głównie formuła - czyli tylko on i gitara. To jednak zupełnie inna bajka niż granie zespołowe Red House Painters. Oczywiście "ten" wokal, możliwość usłyszenia "tego" artysty - to jest "coś" dla fanów, ale jak ktoś takiego sentymentu w sobie nie nosi i był tam raczej z ciekawości, mógł się trochę wynudzić. Miałem wrażenie, że to taki koncert, na którym wypada klaskać bardzo głośno, wypada zagadywać po angielsku, żeby artysta coś fajnego ze sceny odpowiedział, wypada siedzieć do końca nawet jeśli byłeś znużony, a po wszystkim wypada mówić, że było pięknie (bo przecież.. ach, slow core, wiesz... legenda... wiesz...), nawet jesli nie było. Powiedzmy że było ładnie, a to jednak różnica.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Off 2009!


~*~


Jeśli jesteś cycatą blondynką i chciałabyś umówić sie ze mną "na kawę" w piątkowe popołudnie, to masz pecha; widocznie za mało się starasz, bo biegam właśnie od sceny do sceny, ciągnąc za sobą zdyszaną Kasię i biadoląc na czym świat stoi, że człowiek nie ma czasu nawet browara załyczyć. Gdzieś tak od 17.30 mam usposobienie nieprzychylne, spojrzenie groźne i energię 18-latka; naiwnie i dosadnie wytykam Ameryce jej obłudę, bo jestem na koncercie The Thermals. Bunt jest męczący, więc się nieźle zjarałem, ale szybciutko zapierdalam (sorki, ale innego określenia nie znajduję, tak właśnie - zapierdalam) na scenę leśną, gdzie przy pomocy różnego rodzaju sprzętu użytku domowego rządzi Micachu and the Shapes ze swoimi nieźle odjechanymi eksprymentami i z wokalistką myślącą, że jest chłopcem. Ostatnie dźwięki tarki czy odkurzacza i już nieźle zmachany wskakuję z powrotem na główną, żeby posłuchać The Pains of Being Pure At Heart i zanurzyć się w szeleszcząc0-melodyjnym repertuarze tegorocznej amerykańskiej sensacyjki. Po tych trzech (jakże wykończających) występach trochę luzu, za to o 21:00 biegusiem pod scenę trójki, bo tu zgoła odmienne klimaty i emocje. Wyciszam się wraz z melancholijną ulubienicą Amerykanów - Marrisą Nadler, w repertuarze której raczej smutek i mrok bezkresny. Się nawet porządnie nie zdołałem uspokoić, gdy już po chwili lecę obejrzeć (owiane legendą) hardcorowe wybryki Fucked Up, a zaraz po nich (znowu na trójkowej scenie) gości ze Szkocji, nieźle główkujących odnowicieli brytyjskich tradycji, właściwie Field Music pod inną nazwą, czyli The Week That Was (i tu zdaje się będzie punkt kulminacyjny tego wieczoru jak dla mnie, choć z racji zerowej popularności obawiam się o frekfencję). Chociaż nie (co ja gadam?? co ja gadam w ogóle?!). Jaki punkt kulminacyjny??? Godzina 0:15 - psychodelliczna jazda ze Spiritualized!!! Uff, mogę jechać do domu.

Drugi dzień zaczynam też około 17:00, bo wtedy startuje Owen Ashworth i jego Casiotone For The Painfully Alone. Jest faktycznie "alone", ma tylko te swoje Casio, jest synentyczny i piekielnie smutny. Korzystając z chwili zerkam na Hansome Furs, mimo że o Kanadyjczykach więcej czytałem niż słuchałem ich muzyki, a klimaty około-Wolf Parade średnio mnie obecnie kręcą. Ciekawość jednak zwycięża. Potem chwila przerwy, kręcę się między scenami, nasłuchuję co lepszych kawałków i docieram na występ The Car Is On Fire. Jeśli ma przeważać materiał z nowej płyty, to już mi się podoba (czy ja już pisałem o "Ombarrops!? Nie pisałem? Ooops.). Po Carsach Jeremy Jay, ale nie oglądam do końca, bo muszę mieć najlepszą z możliwych miejscówek pod główną, gdzie zagrają jedyni godni spadkobiercy Tindersticks - The National!!! Wydarzenie wieczoru, zespół, który sam jeden by mnie do Mysłowic spokojnie przyciągnął. Ponuro będzie oj ponuro, ale z traumy wyciągnie nas The Field - bo Kasia tego bitu raczej nie odpości. Jest 4:00 nad ranem - wracamy.

W niedzielę już wypieszczeni, wypielęgnowani, wypachnieni i uczesani odcinamy się z Kasią od festivalowego brudu i piwska. Zaliczamy jedynie klubowy koncert Marka Kozelka (twórcy legendy Red House Painters i Sun Kill Moon). Po takiej dawce dream-popu pełni jesteśmy melancholii i zadumy; wracamy do domu w milczeniu, świat wydaje się dziwnie spokojny i świadomość, że w poniedziałek trzeba iść do pracy, obchodzi nas jakby mniej...

Mniej więcej tak to sobie wyobrażam. Dobranoc miśki moje.

wtorek, 28 lipca 2009

a kiedy byłem młody...




~*~

Nie ma chyba nic gorszego dla kreowania swojego sieciowego wizerunku, niż przyznanie się w połowie 2009 r., że jedną z pierwszych kapel, do jakiej pałałeś miłością bezgraniczną, był Pearl Jam. W ogóle grunge jako zjawisko tak masakrycznie wyeksploatowane przez media, w kolejce do rozmaitych revivali stoi chyba nawet za pudel-metalem (chociaż chwilę, czy on już nie miał swojego małego come backu w postaci The Darkness? Kto dziś pamięta The Darkness?). Brzmienie Seattle (umówmy się na chwilę, że coś takiego istniało) skompromitowane głównie przez straszne post-flanelowe historie typu Nickleback, Creed czy Staind, faktycznie stało się synonimem kaszany, z jaką mógł się równać jedynie nu-metal. Pearl Jam zawsze już będzie za to zjawisko obwiniany bardziej niż bezkompromisowa Nirvana, bo hołdując w znacznej mierze mainstreamowym klasykom, zdecydowanie intensywniej inspirował przeboje typu "How you remind me", które musiały być wystarczająco gitarowe, by być w zgodzie z trendem (a właściwie post-trendem), lecz na tyle ugrzecznione, by nie kłuć uszu słuchaczy komercyjnych stacji radiowych. Rzutuje więc na obraz Peal Jam niestety bardziej grono naśladowców niż dorobek, o którym nikt poważny dziś już nie powie (i racja), że jest mistrzostwem świata (kilka lat temu czytelnicy "Teraz Rocka" wybrali "Ten" na album wszech czasów, co dowodzi jedynie skali popularności). Rzutuje to na obraz kapeli, ale chyba niesłusznie. Samo choćby porównywanie tak bardzo przestrzennego i podatnego na improwizację "Ten" czy coraz bardziej uciekających od kompromisu (również w stosunku do komercyjnej machiny) "Vs" i "Vitalogy", a także dorosłego (brzmieniowo) "No Code" do armii topornych naśladowców, byłoby jednak przegięciem. Również wskazanie źródeł nie pozostawia wątpliwości kto tu według jakich zasług mierzony być powinien. Grunge w swych początkach był jednak tworem wynikającym w znacznej mierze z reakcji na niespokojne czasy (sytuacja polityczna wczesnych lat 90-tych, konflikt w Zatoce Perskiej itd.) oraz dominację grzecznego rocka uosabianego przez Bon Jovi; jasne, że "Ten" to juz ogromna akcja promocyjna, kreowanie Veddera na głos pokolenia i tego rodzaju (śmieszne z dzisiejszej perspektywy) szopki, ale wszystko co było tuż przed oraz obok i co tych muzyków konstytuowało (że wspomnę choćby Green River, Mudhoney, Mother Love Bone), to już każe patrzeć na nich z zupełnie innej perspektywy niż na rzesze naśladowców.

Dziś na Pearl Jam patrzy się jak na relikt przeszłości; po niedawnej reedycji "Ten" w najważniejszych portalach internetowych, zajmujących się muzyką (umownie) "niezalezną", dominował ton raczej pobłażliwy, na zasadzie "to nie nasza muzyka, ale wam coś o niej powiemy - patrzcie jak się wtedy muzycy spinali przy mikrofonach", a słuchacze chyba już dawno łyknęłi, że przyznanie się do fascynacji tym zespołem stawia ich na pozycji przegranej. Sam zresztą także wyrosłem z miłości bezgranicznej do Pearl Jam, ale jednak chciałbym żeby zachowano jakąś równowagę; to był zespół co najmniej przyzwoity, a że konwencja akurat niemodna i teatralne pozy w oczy kłują? Cóż, to moda i konwencja właśnie.

Cały ten oczywisty wywód nie zmienia faktu, że po "Yield" zespół masakrycznie zaniża i ekscytacja towarzysząca czekaniu na kolejny album (już 20 września) w moim przypadku jest zerowa. Chciałbym się rozczarować, chciałbym żeby (tak jak u ich guru - Neila Younga, który tyle razy już się podnosił) można było mówić tylko o słabszym etapie kariery, po którym następuje kolejny cios między oczy, ale takie rzeczy to chyba tylko u starszych panów z Kanady. Zdaje się, że bardzo im zależy na odbudowaniu marki, bo produkcję materiału znowu powierzyli współtwórcy ich największych sukcesów - Brendanowi O'Brienowi. "Backspacer" będzie zawierał 11 premierowych kawałków, z których dwa już znamy. O ile "Get some" naprawdę przywraca nadzieję, to "The Fixer" momentalnie ją studzi.


poniedziałek, 20 lipca 2009

Wilco

Wilco -Wilco (The Album)
5,0/10

A ty? Czy wierzyłeś, że jest szansa na coś więcej?

Forma tego bloga jest dość łopatologiczna, ocenę wystawioną albumowi otrzymujesz czytelniku już pod samym jego tytułem, więc o elemencie zaskoczenia w trakcie lektury mowy nie ma. Skoro tak i skoro notą dostajesz w pysk już na starcie, potraktuj ją jak tezę, którą tekst stara się rozpaczliwie udowodnić. Pozwól, że przedstawię ci 12 argumentów udowadniającach, że "Wilco (The album)" rozczarowuje; argumentów słabych i łatwych do obalenia przez średnio rozgarniętego przedszkolaka, bo bazujących jedynie na bardzo subiektywnej dychotomii: podoba się/nie podoba się.

Recka przyjmie formę najbardziej ssącą z możliwych, a więc opisu poszczególnych kawałków po kolei. Dlaczego? Bo ostatnio wszyscy tak strasznie starają sie takich tekstów unikać, że zatęskniłem.

Jeśli miałbym się silić na ustalenie jakiekolwiek konceptu dotyczącego tego krążka, to napisałbym że to "album o czekaniu". Nie, nie chodzi o to, że Tweedy ma jakieś głębsze przemyślenia dotyczące życiowej postawy stoika, nie chodzi też o miłosne tęsknoty i tym podobne bzdurki (chociaż może), to raczej album o czekaniu słuchacza na naprawdę dobry kawałek Wilco. Czy czekanie na dobry kawałek podczas słuchania przeciętnej płyty może być w jakikolwiek sposób pasjonujące? Sprawdźmy:

1. "Wilco (the song)" - piosenka jakich Tweedy mógłby pisać pewnie tysiące, średnie tempo trochę nabijane klawiszami i upstrzone gitarowymi brudkami, bez polotu. Czekam.

2. "Deeper down" - ładne rzeczy w tle, ładne, ale nie o tło w muzyce Wilco chodzi. Nie porywa melodia, utwór który chce, ale nie może sie rozkręcić. Wciąż czekam.

3. "One wing" - siłą tego zepołu, oprócz zdolności do komponowania lekkich piosenek wykorzystujących elementy country czy nawet beatlesowskie melodie i harmonie ("Summerteeth" - moja ulubiona płyta w ich dorobku), jest niewątpliwie melancholijno-swojski wokal Jeffa, składający sie na to nieokreślone "coś" odczuwane mega-subiektywnie; m. in. dzięki niemu wychodzili z opresji na "Sky Blue Sky" z 2007 r. i w tym utworze też wyszli, mimo że żadne to arcydzieło. Na ciary nadal czekam.

4. "Bull black nova" - po co? Zastanawiam sie po co taki kawałek? Po co te sonicowe gitary? (w sensie - dorosły Sonic, czyli np. "Nurse"). To jakby nie ich brocha, a poza tym to mi w ogóle nie koresponduje z resztą materiału, od takich rzeczach są inni - lepsi. Czekam.

5. "You and I" - duet z Feist. Na pierwszy odsłuch to ładne jest, ale jak człowiek pomyśli to... kurde taka damsko-męska konwencja prostej piosenki przy ognisku na obozie harcerskim. No ładne, ładne, choć w sumie banalne. Na mrówy nie starczy. Czekam zatem.

6. "You never know" - ha! No wreszcie! Ej no serio, uśpiony zaledwie poprawnością poprzedniczek, nie oczekiwałem już nawet takiego momentu. Początek wprawdzie żadnych wyżyn nie zwiastuje, ale już na etapie 0:52, gdzie zabójczy refren z fantastycznie wtórującym chórkiem rozdzielonym pojedyńczymi dźwiekami kalwiszy tworzą niezwykle zgrabną całość - kolana mi miękną. Takie klimaty opisowi się nie poddają, bo to wchodzi przez skórę. Tego oczekuję po tym zespole. Doczekałem się, chcę więcej.

7. "Country Disappeared" - szkoda że taki kontrast, nieco przynudnawa rozwlekła kompozycja bez wyrazu. Powrót do stanu czuwania.

8. "Solitaire" - tendencja zwyżkowa, to co ładnie i delikatnie sie zaczyna, brzmi jednak zbyt szkicowo, by mogło zadowolić marudy takie jak ja. Nie zaskoczę więc nikogo, pisząc "I still havent't found what I'm kooking for".

9."I'll Fight" - no, człowiek sobie myśli, że coś naprawdę fajnego, to powtarzanie fraz, zgrabna melodia, wreszcie nuta jaka do nas trafia, ale hola! Czy ja tego już wcześniej nie słyszałem? Słyszałem, bo to taka szybsza wersja "On and on and on" - czyli powtarzamy się, czyli nadal czekam

10. "Sonny feeling" - znów typowo jak dla nich, ale też bez wyrazu (normalnie określenie "typowo dla nich" byłoby komplementem); już nawet nie bardzo wiem do czego sie przyczepić, bo każdy opis będzie równie bezbarwny jak ten kawałek.

11. "Everlasting Everything" - taki dobry utwór na podsumowanie, nieco Lennonowskie pianino i bogaty aranż. Ładne i na tle tej płyty zwraca uwagę.

I nagle sie człowiek orientuje, że nie ma już na co czekać.

Żeby nie było - trudno skasyfikować ten materiał jako jednoznacznie słaby, ale analizując to w kontekście kapeli, która w latach 90-tych wypuściła dwie najprawdziwsze perły alt. country, a w 2002 r. zdefiniowała (choć nietypowo) niepokój całego pokolenia po 11.XI, równie trudno uznać "The album" za udany, więc ocena idealnie po środku.

PS. Wiem, że ta recka strasznie nudna, ale jakoś mi to koresponduje z zawartością krążka.

czwartek, 16 lipca 2009

Marissa Nadler

Marissa Nadler - "Little Hells"
6,9/10

To absolutnie nie jest album na poranne słońce, rażące zaspane oczy śpiochów czy też na letnie wieczory przy piwie i grillu. To nie jest towarzysz wakacyjnych wypraw tudzież soundtrack do 30-stopniowego skwaru. To właściwie anty-letni krążek, za który pewnie bym się w ogóle nie zabrał, gdyby nie fakt, że Marissa przyjeżdża na offa, a do tego ostatnimi czasy ciągle padało.

Najpierw może maciupka dygresja: jestem na etapie kupowania aparatu fotograficznego, żadne tam cuda i profesjonalka - ot dobry aparat na imieniny jakiejś cioci Jadzi (czy ja mam ciocię Jadzię?) lub pierwsze urodziny chrześniaka. Taki coby dobre fotki strzelał, ale bez mojego nadmiernego wysiłku, bo ani się specjalnie nie znam, ani się specjalnie nie pasjonuję. Jasne, niech ma zoomów tysiące i martyce kilometrowe, niech świeci blaskiem luksusu na ciotczynej imprezce, a co - niech widzą. Mieliśmy już nawet taki jeden profesjonalnie wyglądający kupić, jużeśmy się podpalili zdrowo, ale jak przyszło robić foty, to jakieś takie niewyraźne w tle i zamazane. Powie ktoś: aparatem z manualnymi ustawieniami robić zdjęcia trzeba umieć - no może, ja w takim razie nie umiem i raczej mi się uczyć nie chcę, więc odstawiłem na sklepową półkę.

Z muzyką jest jakby odwrotnie, jak coś zbyt ostre, zbyt przejrzyste i kanciaste, to jest w moich uszach raczej kiszką. To co istnieje tylko na powierzchni, bez (podskórnie choćby wyczuwalnego) drugiego dna - w uszach moich wcale nie brzmi, wcale nie kręci i nie zachęca. Wolę raczej jakieś niespokojne zniekształcenie, fałszywą nutę czy niedopowiedzenie; wolę raczej mieć ciągłe przeświadczenie, że do końca nie ogarniam, niż ogarniać po jednym odsłuchu. Chyba dlatego mi ten album siada, że Marissa swoje, płynące w żółwim tempie, mroczne pieśni przyozdabia właśnie takim nieco rozmytym, niewyraźnym tłem. Nie ważne czy trzon stanowi tu jakiś klawiszowy motyw, jak w ulatującym 10 cm nad ziemią, otwierającym całość "Heart paper love", czy niemal post-punkowa rytmika w "Mary come alive" albo akustyki w prześlicznym "Ghost and lovers" - zawsze w tle jakieś nieokreślone plamy robiące mi dobrze. Sama artystka wtóruje temu wszystkiemu swym nieco nawiedzonym i majestatycznym głosem, wybijając sie wśród wokalistek zbyt często ulegającym modzie na post-bjork-infantylne-wokale. Z dostojnością i lekkim nawiedzeniem opowiada historie, w których na równych prawach funkcjonują: miłość, śmierć, duch, kochanek i cienie przeszłości. Lekkie uczucie przesytu i znużenia w pełni rekompensuje klimat, wyczuwalna duchowa więź z 4AD (nie bez przyczyny określa się jej muzykę jako gotycką), a może też kimś młodszym - na zasadzie tworu pośredniego między wczesną Cat Power, a Beach House. W każdym razie to ten typ muzyki, który się do kotleta nigdy nie nada.

Marissa jest artystką niezwykle lubianą na zachodzie, co kompletnie sie nie przekłada na nasze podwórko (jakaś tam recka na Porcys, głównie o tym że przynudza). Szlechetne to - trzeba przyznać - nudziarstwo, nawet jeśli nieco przeceniane; i nawet jeśli u niektórych faktycznie wywołuje gwałtowną potrzebę snu, to i tak trudno tym balladom odmówić smaku, co przy takiej (nieco posępnej) estetyce wcale nie było oczywiste.

Co do aparatu, to nadal szukamy czegoś co da nam zdjęcia tak dosłowne, że aż tandetne; tak ostre i kanciaste, by ciotka Maryśka (czy ja mam ciotkę Maryśkę?) piszczała z zachwytu, wydymając przy tym swoje pulchne policzki. Co do Marrisy - nadal słucham wieczorami.

środa, 8 lipca 2009

Dirty Projectors

Dirty Projectors - "Bitte Orca"
7.6/10

Słów kilka o trzecim w kolejności, najintensywniej hajpowanym albumie roku.

Kolejne recenzje najnowszego wydawnictwa Dirty Projectors, to kolejne zachwyty, ustawianie ich (ostatnio bardzo modne) w kontekście tych, przez których są lubiani (a więc David Byrne, Bjork, Phil Elvrum czy Grizzly Bear) i podkreślanie na każdym kroku eksperymentalnego charakteru tego dzieła, co najczęściej popiera się gadką o akademickiej karierze frontmana - Dave'a Longstretha.

Jest dobrze, jest może nawet najlepiej od kilku ładnych lat. Chodzi o to, że dawno już albumy tak mocno promowane przez pismaków nie przedstawiały tak wysokiego poziomu. Każdy z trzech oczywistych typów ("Merriweather Post Pavillon", "Veckatimest", "Bitte Orca") prezentuje się co najmniej bardzo przyzwoicie, a wszystkie razem świadczą jak na razie o roku 2009 wręcz rewelacyjnie. Dodać trzeba, że w dobie internetu te (nie tak znowu łatwe w odbiorze) wydawnictwa, radzą sobie świetnie także w sferze marketingu; żadna tam nisza i piwnice, raczej świetnie prosperujące kapele.

Wśród wspomnianych typów "Bitte Orca" może jawić się nawet jako twór najciekawszy. Najciekawszy w sensie muzycznej zagadki, na zasadzie domysłów "co przyniesie kolejny utwór", a nawet "co przyniesą kolejne nuty". Już otwierający "Cannibal resource" zwraca uwagę na wypolerowane brzmienia, pulsujący rytm upiększony krótkimi i nieco poszatkowanymi partiami chórków, które często są żeńskim odpowiednikiem podobnych historii na ostatnim krążku Grizzly Bear (tym tropem idą także "The Bride" i "No intention"). Dwójka - "Temecula" - przypomina klimatem "trudny pop" spod znaku solowych dokonań Archera Prewitta, ale w bardziej odjechanym, psychodellicznym wydaniu i z atonalnymi zapędami. Po dwóch odsłonach wiemy, że na tym wydawnictwie wydarzyć może się praktycznie wszystko. Znalazło się miejsce dla nowoczesnego - podbitego wyraźnym bitem - R'n'B w postaci singlowego "Stillness in the move" (video poniżej), który jest właściwie jedynym momentem spełniającym wymogi utworu promocyjnego, za sprawą nośnej melodii i kapitalnego wokalu jednej z trzech udzielających się tu wokalistek.

Faktycznie może się wydarzyć wszystko, np. akustyczny, upiększony smykami "Two Doves" czy wzbogacony już niemal "Medullowymi" chórkami "Useful chamber", w których głos wokalisty wyraźnie ciągnie w kierunku Hogarty'ego - z tym że tutaj to tylko element znacznie bardziej rozbudowanej struktury. Czasem spokojne i trochę przerysowane wokale (znowu Antony się kłania) porozdzielane są perkusyjnymi wstawkami z lat świetności Led Zeppelin (The Bride) tudzież za sprawą kapitalnych kobiecych zaśpiewów utwór przybiera nieco etniczny charakter ("Remade horizon").

To może (dla równowagi) coś na ostudzenie zapału do wystawienia niespotykanie wysokiej noty, co w oczach czytelników byłoby zapewne kolejnym dowodem na gówniarskie łykanie każdej podjarki zachodnich portali muzycznych. To co mnie trochę mierzi, to fakt, że element zaskoczenia wydaje się tu raczej celem niż środkiem. Brakuje momentów bardziej ludzkich; poza "Stillness is the move" nie ma fragmentu, w którym pomyślałbyś: "dobra, koniec główkowania - może zapomnijmy się przez chwilę". Pod tym względem dwa wspomniane wcześniej tegoroczne hajpy wygrywają na całej linii. Już nawet nie wspominam o melodiach, ale dziw, że przy takiej różnorodności praktycznie nie ma tu hooków; brak mrówek na plecach rekompensuje chłodna akademicka analiza, a mrużenie oczu z zachwytu zastępuje oczekiwanie na kolejne fajerwerki. W zasadzie też nieźle, ale ja czuję, że najlepsze mają jeszcze przed sobą.

wtorek, 30 czerwca 2009

Danger Mouse & Sparklehorse

Danger Mouse & Sparklehorse present - "Dark Night of the Soul"
8,0/10

Album, którego nie ma.

Cała jazda wokół tego albumu, zamieszanie związane z jego wydaniem, jakieś dziwne historie na linii Danger Mouse/EMI - to wszystko trochę niesmaczne; tak naprawdę poszkodowani są słuchacze, bo mają utrudniony dostęp do materiału, którego wartości nawet nie śmiałbym podważać. Panowie Brian Burton (Danger Mouse) i Mark Linkous (Sparklehorse) zaprosili do nagrań całkiem solidną gromadkę pierwszorzędnych głosów i stwotrzyli muzykę działającą na wyobraźnię do tego stopnia, że swoimi fotografiami przyozdobił je sam David Lynch. Całość w formie boxu (książka + album) miała trafić do normalnej sprzedaży; trafiła jedynie książka z pustym CD i znamiennym opisem "For legal reasons enclosed CDR contains no music. Use it as you will". Rozmowy nad wydaniem ponoć trwają, muzykę można też ściągnąć z NPR lub na milion mniej legalnych sposobów (w ten sposób internet zabija sposób funkcjonowania białych kruków, co nie zmienia faktu, że chciałbym to mieć także na półce).

Jest czego słuchać, bo zaproszeni goście nie tylko świetnie dopasowali się do klimatu tych nagrań - oni do jego tworzenia bardzo aktywnie się włączyli. To jednak zaskakujące, że pod względem doboru wokalistów nie ma tu praktycznie żadnej pomyłki. Zaskakujące, gdyż obok (niewątpliwie) czujących słodko-senne klimaty wokalistów Flaming Lips czy Grandaddy, znalazło się tu miejsce dla (uwaga) Iggiego Popa, Franka Blacka czy Juliana Casablancasa, a to już (przyznacie) nieco inne muzyczne bajki. Nie będzie wyciągania za uszy do tablicy - wszyscy spisali się świetnie, a linie wokalne na tym krążku wręcz zachwycają. Dla wymienionej trójki przygotowano może bardziej dynamiczne i hałaśliwe fragmenty, wszystko jednak składa się na zgrabną całość, a niedbały wokal frontmana Strokes nigdy mnie tak jeszcze nie urzekał jak w zamieszczonym tu "Little girl".

Materiał oscyluje wokół klimatów bliskich temu, co Linkous robi na płytach Sparklehorse. Być może z większą dbałością o szczegóły, więcej jakichś pulsów w tle, więcej orkiestrowych wstawek (kapitalny "Star eyes" z udziałem Jamesa Mercera), ale z należytym umiarem. Mimo wszystko całość delikatnie podlano lo-fi sosem; z dala od czystych i przejrzystych dźwięków, wywołując skojarzenia z (do wyboru) puszczanymi od tyłu taśmami w tle, brzmieniem analogów, muzyką słuchaną przez słuchawkę telefonu. Sam Linkous udziela się wokalnie w duecie z Niną Person w "Daddy's gone", co w niczym nie ustepuje jego pamiętnej kolaboracji z P J Harvey. W ogóle po nieco już wymęczonym "Dreamt For Light Years In the Belly of a Mountain" Mark się nam jakby odrodził, a goście i współpraca z cenionym DJem nadaje jego twórczości nowy koloryt.

Sorki, że patrzę na to dziełko z perspektywy Sparklehorse, ale to już jakby wątek osobisty i znaczenie tego zespołu dla mojej muzycznej percepcji. Tak naprawdę nie mam pojęcia jaki był szczegółowy i ilościowy wkład muzyków w każdy utwór, co jednak wyrzutów sumienia we mnie nie wzbudza. Jak już się dogadają i to po bożemu wydadzą, to możemy pogadać, póki co pozostaje jedynie słuchać, może właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodziło?

czwartek, 25 czerwca 2009

MUSIC IS MY RADAR!!!


~*~



No, jeśli ktoś do tej pory nie wiedział (możliwe??? eeee...) skąd wziął się podtytuł tego bloga, to najwyższy czas sobie uświadomić. Okazja jest i to taka, że lepiej usiąść. Otóż wczoraj na stronach GW pojawił się taki artykulik (tylko proszę nie zwracać uwagi na ten mega czerstwy opis ich artystycznej drogi):


Fakt, brzmi to jak cud, ale przecież jeszcze do niedawna sam powrót do wspólnego grania i widok Coxona z Albarnem na jednej scenie, wydawały się jakimś nieśmiesznym żartem, a jednak pierwszy raz od lat grają, więc czemu nie u nas?

Powiedzmy sobie szczerze, wszystko to trochę śmierdzi jakąś prowokacją i medialną ściemą. Tu jakiś biznesmen, tu jakieś 5 mln (!!!), tu tylko 5 tys. szczęśliwców. Cóż, połudźmy się chociaż, nawet jesli niebawem okaże się, że ktoś najzwyczajniej w świecie robi sobie z nas jaja.

PS: Dziś pierwszy raz od wielu dni za oknem jaśniej, więc ta radośniejsza odsłona ich dorobku jak najbardziej; czas zacząć sobie przypominać:





wtorek, 23 czerwca 2009

Eels

Eels - "Hombre Lobo: 12 Songs of Desire"
4.0/10

"Hombre Lobo: 12 Song of Desire" - czyli o wilkołaku, który pożądał.

Jeśli interesowałeś się muzyką w latach 1996-98, mogłeś słyszeć o Eels z rekomendacji Pana Kszczotka w "Tylko Rocku"; jeśli interesowałeś się w roku 2001, mogła ci się udzielić podjarka Pana Kostrzewy związana z albumem "Souljacker"; jeśli z kolei dźwięki zwracały twoją uwagę dopiero w latach dominacji internetu jako medium, z pewnością udzielił ci się hype dwupłytowego kolosa - "Blinking Lights and Other Revelations".

Załapałem się na Eels w pierwszym okresie - "Beautiful Freak" i "Electric-Shock-Blues" mają stałe miejsce na mojej półce z płytami; może w tej chwili bardziej na zasadzie dokumentacji mojego słuchania i sentymentu, niż przeświadczenia o jakiejś wyjątkowości, ale też uroku im odmówić nie sposób. Wtedy postrzegano zespół (a właściwie frontmana) w kontekście twórczości Becka, dziś - z perspektywy czasu i zasług - porównania kapeli do kolesia, który przybliżył lo-fi masom, wydają się trochę nie na miejscu.

Mark Everett konsekwentnie budował swój repertuar na własnej biografii. Nie były to wesołe sprawy, jakieś samobójstwo siostry, jakiś rak matki, relacje z ojcem i takie historie. Innymi słowy - połowę sukcesu na drodze do kultowości zapewniało mu własne życie i umiejętność dzielenia się nim ze słuchaczami. Mówił o tym wszystkim dosadnie i prosto, czasem niby przewrotnie, ale zawsze z ukrytym gdzieś na drugim planie dramacikiem. "Dramacikiem" - właśnie, to co jest przekleństwem tego gościa, to fakt że nie jest on muzykiem, a "muzyczkiem", jego utwory to "utworki", jego językowe wypociny to nie teksty, a "tekściki". Tak, to co na dwóch/trzech płytach można jeszcze określać mianem "proste, ale szczere" i przedstawić jako pozytyw, na albumie dziewiątym jest już tylko irytującym grafomaństwem. E operuje zdolnością opisywania świata na poziomie rozgarniętego 10-latka i niestety nic tu nie pomagają tłumaczenia, że to pierwszy album, na którym nie śpiewa o sobie; na nic opowieści o koncept-albumie, przedstawiającym sposoby, jakimi ktoś totalnie wyalienowany ("Homre Lobo - po hiszpańsku "wilkołak") chce zdobyć obiekt pożądania. To tylko przykrywka, pod którą kryją się grane w kółko od ładnych paru lat, te same trzy utwory na krzyż, te same motywy, ta sama prostota i te same (irytujące już mocno) smutki.

To właściewie zbiór autoplagiatów i każdy z tych kawałków ma po kilka odpowiedników na innych albumach Eels. Brzmi to jak zbitka cytatów, co by jeszcze nie było takie złe, gdyby nie fakt, że E cytuje tylko siebie samego. Jest może dynamiczniej, ale też nie tak, by to kogoś zaskakiwało; jest brudniejsze i surowsze brzmienie zakorzenione gdzieś w bluesie i bluesowych początkach rocka, ale to też już było (chociażby na "Shootenanny"). Brak tu polotu, choćby namiastki świeżości i jakości, jaką jeszcze dałoby się wykroić z połowy materiału "Blinking Lights..." Nie pomogła broda, która ponoć była natchnieniem dla tych piosenek (w sensie - symbol wyobcowania), nie tym razem Mark, nie w ten sposób chłopie.

Jak długo jeszcze można szafować słowem "szczerość", w celu ukrycia postępującego z czasem braku kreatywności, powtarzania się, infantylizmu i nadmiernej prostoty? To pytanie do recenzentów tego albumu, którzy napiszą że E nagrał kolejny piękny zbiór piosenek.

P.S. Za to koncert w Polsce bym w końcu zobaczył, bo podobno nieźle wymiatają. W ogóle Everetta trudno nie lubić, więc mu ten album (jak kilka innych) wspaniałomyślnie wybaczam.